sobota, 31 sierpnia 2019

Wakacyjna Trasa Dwójki – Pożegnanie wakacji z Solidarnością, Gdańsk 2019



Wakacyjna Trasa Dwójki to przedsięwzięcie na wysokim poziomie artystycznym. Gwarancją jest fakt, iż za wszystkim stoi telewizja misyjna, dbająca o zaspokojenie najbardziej wyrafinowanych gustów. Ostatnia odsłona tegorocznego cyklu miała miejsce w Gdańsku, a że w tym roku minęła okrągła rocznica czerwca 1989, podciągnięto całość jeszcze pod wolność i solidarność. Wolność polega między innymi na tym, że śpiewać każdy może, z czego niektórzy tzw. artyści estradowi skwapliwie korzystają.

LECH MAKOWIECKI & ZAYAZD „Eazy Rider”. Rodzice słynnego Tomka szczęśliwie tym razem darowali sobie pieśni ojczyźniane, stawiając na przaśne country o jeździe na Harleyu. Wspaniała muzyka do prowadzenia tira albo do siedzenia przy piwie w pubie. Albo do prowadzenia pubu, siedząc w tirze. Albo do prowadzenia piwa, siedząc w pubie. Nieważne.

BONEY M. ft. Maizie Williams “Rasputin”. Jest to zabawna sprawa, bo każde z żyjących członków oryginalnego Boney M. ma swoją frakcję. Maizie Williams wprawdzie była w składzie zespołu Boney M., ale jej udział ograniczał się jedynie do udziału w klipach; na albumach nie zaśpiewała ani jednej nuty. Na koncercie wspomagało ją trio młodszych wokalistów, którzy ewidentnie nie radzili sobie z intonacją. Z tańcem też sobie radzili średnio. Najlepsza była muzyka z półplaybacku, prawdopodobnie samplująca dźwięki oryginału. Ale przynajmniej koszty zaproszenia szczątkowej legendy były niewielkie. Ceną mogła być najwyżej utrata słuchu u co bardziej wrażliwych.

FILATOV & KARAS „Au au”. Tytuł jest zapewne dźwiękiem, jaki wydawali z siebie trzeźwi jeszcze słuchacze, zatykając uszy. Wokalista, bądź osoba, która starała się pełnić jego funkcję, dreptał po scenie w ciemnych okularach i kapeluszu, niczym fałszujący niewidomy grajek pod kościołem. Ponieważ nikt nie rzucał monet (najwyżej pawia), po jednym kawałku ansambl ewakuował się.

BLUE CAFE „Buena”, „You May Be In Love”. Zespół Pawła Ruraka-Sokala nie daje, niestety, za wygraną i co jakiś czas zaskakuje niczym plastikowy kościotrup na Halloween. Dominika Gawęda tym razem zrobiła sobie krzywdę, łącząc grecką tunikę, kalosze babci Heni na grzybobranie i dziwną fryzurę, wyglądającą, jak gdyby włosy wkręciły jej się w mikser. Dość zabawnie wyglądało to z wyłączonym dźwiękiem, bo po włączeniu go było raczej smutno.

KASIA CEREKWICKA „Na kolana”. Artystka, odkurzona już po raz kolejny, przypominała desperacko swój jedyny przebój sprzed dwustu lat. Ludzie na pewno klękali na kolana, błagając, żeby przestała, albo przynajmniej zrobiła przerwę dopóki się nie napiją. Kasia przebrana była za purpurowego geparda – w końcu jak ktoś ma fantazję, czemu jej nie spełnić. Tylko niekoniecznie z mikrofonem w ręku. Kasia śpiewała: „Nic tu po tobie, twój czas już minął…” – normalnie jakby sobie sama wywróżyła.

BONEY M. „Sunny”. Artyści po niebywałym wysiłku wokalnym musieli odpocząć za kulisami, stąd przerwa. Kower piosenki Bobby Hebba poległ nawet w partiach instrumentalnych, które brzmiały jak kiepskie karaoke, sklecone na plikach midi przez nudzącego się na informatyce szóstoklasistę. Ciekawe jest to, że o ile Maizie Williams sama nie bardzo radzi sobie ze śpiewem, mogła przynajmniej dobrać pozostałych członków składu tak, by sobie z nim poradzili. Jednak postanowiła dorównać do swoich możliwości i wyszło, jak wyszło. Końcówka, zaśpiewana a capella, spowodowała zapewne że skwaśniał cały alkohol w promieniu kilometra.


FILATOV & KARAS „Time Won’t Wait”. Uparci Rosjanie wrócili na scenę po to, żeby udowodnić, że chcieć nie zawsze znaczy móc. Ba, nawet nie zawsze znaczy że się powinno próbować.

BONEY M. „Rivers Of Babylon”. Być może po zaśpiewaniu jednej piosenki na żywo za kulisami w ruch poszły defibrylatory itp., ale członkowie kwartetu wrócili na scenę, żeby zafałszować największy przebój grupy. Najzabawniejsze były próby indywidualnych wokaliz, wzięte jakby z zupełnie innych utworów, i w innej tonacji, oczywiście. I znowu wisienką na torcie było wykończenie utworu a capella. I faktycznie – wykończyli go doszczętnie.

RICCHI E POVERI „Mamma Maria”, „Acapulco”. Ciekawe jak to jest występować od sześciu tysięcy lat z tą samą piosenką na wszystkich scenach uzdrowisk. Państwo już w słusznym wieku, nie wypominając, postanowili nagrać sobie na nowo playback z aktualnymi głosami, żeby się nie ośmieszać, ruszając ustami do nagrania sprzed lat. Nie do końca to uczciwe, ale na pewno bezpieczniejsze dla uszu niż popisy poprzedników.

RAFAŁ BRZOZOWSKI „Tak blisko”. Gwiazda „Koła fortuny”, od lat próbująca zaistnieć artystycznie – bo medialnie niestety się udało – zaśpiewała swoją jedyną rozpoznawalną piosenkę. W zasadzie to powinno się podziękować Markowi Kościkiewiczowi, że przyczynił się do kariery Rafała. A Rafała wszyscy znają i lubią, nagrał duet ze Zbigniewem Wodeckim, całą płytę z Janem Borysewiczem, a kariera toczy się równo. Nawet bardzo równo.

BAYER FULL „Szalona blondynka”, „Moja muzyka”. Artysta ludowy Sławek Świerzyński, od czasu do czasu analizujący w mediach społecznościowych przestrzenie cudzych łóżek, zaprezentował wysmakowane dźwięki instrumentów klawiszowych, wzbogacone o doskonałe literacko teksty, wyśpiewane czystym, mocnym głosem. Płyty Sławka rozeszły się w platynowych ilościach – miliony much nie mogły się mylić.


RICCHI E POVERI “Sara perche ti amo”, “Piccolo Amore”. Skoro już przyjechali, to jeszcze zaśpiewają. Nie za bardzo wiadomo po co, szczególnie że te utwory brzmiały dokładnie tak samo, jak poprzednie. Ale dla niepoznaki miały inne tytuły.
MARYLA RODOWICZ „Małgośka”, „Kolorowe jarmarki”. Maryla nie zawiodła – wyśpiewuje resztkami głosu w kółko te same piosenki. Tym razem pieśniarkę obleczono w pomarańczowe zasłony, dość zachowawcze, jak na niektóre kreacje Rodowicz. Rolę mistrzyni ceremonii przejęła jedna z chórzystek Maryli, która wiła się na przedzie sceny i próbowała rapować w „Małgośce” z efektem takim, jak gdyby Rodowicz chciała stać na rękach.

BAYER FULL „Na Sylwestra jadę w góry”, „Serca dwa”. Sławek przybył na scenę ponownie, by przedstawić swoją wizję folkloru podmiejskiego, opartego na łupaniu syntezatora i zaśpiewach pijanego chłopa na weselu. Znowu wygranymi byli właściciele sklepów monopolowych, otwartych o tej porze.

KASIA CEREKWICKA „Bez ciebie”. Kasia też wróciła na scenę, tym razem ubrana w różową garsonę a la „Dynastia”, po to żeby sobie pojęczeć. Przykre jest okropnie, że artystka źle się czuła, ale gdyby cierpiała bez mikrofonu, oszczędziłaby z kolei cierpień publiczności.

RAFAŁ BRZOZOWSKI „Magiczne słowa”. Biorąc pod uwagę jakość twórczości Rafała, jego charyzmę, bogactwo produkcji, głębię tekstów i chwytliwość melodii, magiczne słowo jest jedno: „Kurtyna!!!”

MARYLA RODOWICZ „Wszyscy chcą kochać”, „Ech, mała”. Maryla, ściśnięta lateksowym gorsetem niczym z odrzutów z garderoby Teresy Orlovsky, oraz obuta w nabite ćwiekami skórzane onuce do pół uda (w sam raz na upał) ledwo dała radę wyjęczeć dwie piosenki. Na plus – nieoczywisty repertuar w tym wejściu, na minus – repertuar w tym wejściu.

KOMBI „Kochać cię – za późno”, „Słodkiego, miłego życia”, „Bez ograniczeń energii”, „Zaczarowane miasto”. Sławomir Łosowski świętuje półwiecze kariery estradowej i jednocześnie 68 urodziny, ale trzyma się doskonale. Może dlatego, że nie śpiewa, ściśnięty lateksowym gorsetem. Co więcej, Kombi bez Skawińskiego radzi sobie dźwiękowo całkiem nieźle, choć przydałby się czasem gitarzysta (jeden pan z gitarą wpadł gościnnie na dwa ostatnie utwory). Jednak formacja Skawiński/Tkaczyk z KombII nie jest w stanie podrobić syntezatorów Łosowskiego, chociaż bardzo się starali. Zgrzytem była nowa wersja „Bez ograniczeń energii”, czyli motywu z programu „5-10-15”, do którego po latach dopisano rapowany tekst. Można było to zostawić w spokoju.

PAPA D „Naj story”, „Ola-la”. Pozbawieni końcówki nazwy pięćdziesięcioletni panowie z dziwnymi tupecikami i w ciuchach nastolatków prezentują toporne, pozbawione wdzięku wersje swoich starych przebojów. Nie każde unowocześnienie wychodzi na dobre i to, co od lat robią Papa D, jest tego najlepszym przykładem. Oryginały to była świetna muzyka pop z dobrą produkcją a kaszana, którą zespół prezentuje obecnie, nie nadaje się ani do tańca, ani przede wszystkim do słuchania. Paweł Stasiak w spodniach z opuszczonym krokiem wyglądał, jakby miał się zaraz wywalić na środku sceny a fryzura gitarzysty sugerowała, iż oskalpował Sławę Przybylską.

MATEUSZ ZIÓŁKO „W płomieniach”. Człowiek, który od lat tuła się po talent showach, w których udowodnił, że ma dobry, mocny głos, nagrał… coś takiego. Potworny jęk, rozlazła melodia, tandeta okropna. Szkoda.

BLUE CAFE & LA GRAINE „Talk To Me Now”. Dominika Gawęda chyba kładła się już spać, bo była rozczochrana i miała piżamę, ale kazano jej wyjść na scenę i śpiewać w towarzystwie jakiegoś pana, który miał swoje wokale (po francusku) nagrane z playbacku. Ponieważ po czymś takim nie powinno się już więcej pić, koncert uległ szczęśliwemu zakończeniu. Do zobaczenia za rok!

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Katowice - Nowe Muzeum Śląskie: wieża widokowa

Częścią zwiedzania Nowego Muzeum Śląskiego jest wjazd na wieżę i oglądanie miasta z góry – jakże mógłbym to przepuścić? Widać prawie całe Katowice jak na dłoni: Spodek, Superjednostkę, osiedla Gwiazd i Tysiąclecia, Centrum Kongresowe, NOSPR i nie tylko.

niedziela, 25 sierpnia 2019

Katowice - Nowe Muzeum Śląskie: historia regionu vs historia hip hopu

Kolejny kawałek wystawy z Nowego Muzeum Śląskiego to historia Katowic i regionu. Szczególnie przypadła mi do gustu część poświęcona PRL, gdzie były rekonstrukcje typowych dla ówczesnego okresu pomieszczeń: pokoju dziecięcego, młodzieżowego, salonu… jest też wystawa teatralna, dużo strojów z różnych przedstawień i makiety teatrów, od szekspirowskiego Globe po projekt założenia amfiteatru na krakowskich Plantach przy Barbakanie, ale akurat ta część wydała mi się najmniej interesująca. Na koniec trafiłem na kuriozum: czasową wystawę o śląskim hip hopie. Serio.

sobota, 24 sierpnia 2019

Katowice - Nowe Muzeum Śląskie: sztuka polska

Nowe Muzeum Śląskie w Katowicach to kolos, mieszczący większość zbiorów pod ziemią. Żeby je dokładnie zwiedzić i obejrzeć wszystko, co ma do zaoferowania, potrzeba kilku ładnych godzin. Oczywiście, będę się streszczał; te fotki to tylko nieznaczny procent pierwszej części ekspozycji, ukazującej dzieła sztuki od końca XIX do XXI wieku. Jest tu m.in. Gierymski, Witkacy, Szymanowski, Ociepka, są kalesony Abakanowicz i mnóstwo tzw. Wielkiej Sztuki. No to dzień dobry.

piątek, 23 sierpnia 2019

Katowice - Nikiszowiec: muzeum

Muzeum na Nikiszowcu jest ciekawe, ale może wpędzić w depresję. Poza rekonstrukcją typowych wnętrz mieszkalnych rodziny górniczej, mamy ogromną ekspozycję, poświęconą… praniu. Tak. Praniu i maglowaniu, które stanowiło jedną z niewielu „rozrywek” górniczych żon, gromadnie zbierających się w przeznaczonych do tego pomieszczeniach (nie wolno było prać w domach) i kolektywnie oporządzających brudne gacie małżonków oraz własne. Do tego można na koniec obejrzeć wystawę malarstwa, m.in. z pracami Teofila Ociepki.