niedziela, 30 czerwca 2019

PRZEBOJOWE OPOLE – Polsat, 2019


Zacznijmy od dwóch życiowych prawd: 1.Nie wszystko, co odbywa się w amfiteatrze opolskim to święto polskiej piosenki, 2.Jaka stacja, takie Opole.
Polsat postanowił zorganizować wesołą imprezę wakacyjną i zapełnić nią weekendowe wieczory. Pierwszego dnia, który sobie odpuściłem, były kabarety (właśnie dlatego sobie to odpuściłem), ale drugi dzień miał za zadanie olśnić publiczność na widowni i przed telewizorami cudownością naszej sceny muzycznej. Tegoroczny koncert nosił tytuł „Jedziemy na wakacje” i już od zobaczenia zestawu wykonawców człowiek był gotów jechać, byle dalej.
Koncert prowadził Maciej Rock bez skarpet, Maciej Dowbor bez Koroniewskiej i Basia Kurdej-Szatan bez talentu.

Całość rozpoczęło nieszczęście o nazwie KOMODO z koszmarną, łupaną przeróbką hitu Cutting Crew „I Just Died In Your Arms”. Wokalista nawet próbował miejscami śpiewać na żywo. Następnie panowie schrzanili na tym samym bicie „Chałupy welcome to”, zamieniając Chałupy na Opole. Chyba nawet wyrafinowana publika Polsatu nie była przegotowana na taką ucztę.

Panowie z zespołu ENEJ zaproponowali tę samą piosenkę, co zawsze, a tym razem miała ona tytuł „Tak smakuje życie”. Smutne to życie. Składa się z jednej, biednej piosenki, zapętlonej na zawsze na zawsze na zawsze na zawsze na zaw… przepraszam. Po tej piosence Enej zagrał jeszcze raz tę samą piosenkę, ale tym razem nazywającą się „Zagubiony”. To chyba o słuchaczu, który błądzi po wstędze Möbiusa, starając się znaleźć wyjście…

W ramach przerywnika wystąpił kabaret Nowaki. Poziom żartów kojarzył się z uroczą plażą – pusto i płasko.

Rosyjski duet FILATOV & KARAS zaprezentował utwór „Time Won’t Wait”. Duet to pan, udający że gra na keyboardzie oraz drugi pan, stojący nad konsoletą i klaszczący. Gościnnie wystąpił z nimi wokalista z programu wymiany – prawdopodobnie imigrant z kraju, gdzie jeszcze nie wymyślono luster. W tle balet pokazywał, jak zachowuje się ludzkie ciało w przypadku problemów z korzonkami.

Kabaret Nowaki kontynuował śmiertelne strzały swoimi żartami, a tuż po nim Polsat pochwalił się, że stać go na ACE OF BASE. Problemem jest jedynie to, że obecnie to się nazywa „Jenny Berggren’s Ace Of Base”, bo grupa rozłożyła się na czynniki pierwsze i była wokalistka występuje w imieniu wszystkich. Co w zasadzie nie robi żadnej różnicy, muzyka jest straszna, jak była („All That She Wants”, The Sign”), tylko pani nieco starsza i z większym trudem łapie oddech, z jeszcze większym trudem wydaje z siebie poprawne dźwięki a z największym trudem dźwigają to słuchacze.
Po nieodzownej przerwie na napełnienie kieliszków, tudzież kubków, na opolskiej scenie pojawił się znów koszmar KOMODO, który tym razem „uwspółcześnił” balladę Whitesnake, „Is This Love”, robiąc z niej remizowy przytup. Przypomnijmy, że lata temu z Whitesnake majstrowała też Mandaryna - tak ku przestrzodze.

FILATOV & KARAS wrócili na scenę niczym nieświeże śniadanie i wykonali pieśń o wyrafinowanym tytule „Au Au”. To mógł być okrzyk bólu kogoś, kto przedwcześnie wyciągnął zatyczki z uszu.

WILKI postanowiły podźwignąć się z niebytu i od razu zaproponowały wypicie za lepszy czas w piosence „Urke”. Robert Gawliński śpiewał, jakby sam już świętował od rana, ale to Polsat, więc każdy by się napił. A potem, oczywiście, była „Baśka” i – jakby to ująć – mimo wieloletnich wysiłków w celu uwydatnienia wielowymiarowości swej muzyki, w świadomości przeciętnego słuchacza Wilki zostaną swojską festyniarską kapelą z piosenkami o cyckach i o piciu. Żeby jednak można było udowodnić, że może być gorzej, bezpośrednio po Wilkach swoje poruszające dowcipy prezentował kabaret Nowaki.

Następnie wystąpiło coś o nazwie „C-BOOL” i był to istotnie ból. Utwór „DJ Is Your Second Name” polegał na tym, że jakaś panna jęczała do mikrofonu, koleś przy konsolecie udawał, że bawi się w chowanego z pokrętłami, a podkład i tak leciał z playbacku. Drugi utwór, Fire In My Head” polegał na tym, że jakaś panna jęczała do mikrofonu, koleś przy konsolecie udawał, że bawi się w chowanego z pokrętłami, a podkład i tak leciał z playbacku. A zaraz…

RAFAŁ SZATAN i BARBARA KURDEJ-SZATAN – „Myśmy byli sobie pisani”. W zasadzie trudno tu cokolwiek powiedzieć. Piosenka Andrzeja Zauchy w wykonaniu kolesia w podartych dżinsach i jego żony w kanarkowym szlafroku. O ile pan Szatan jeszcze jest w stanie wydać z siebie dźwięk, zbliżony do tego, który zaplanował kompozytor, to wysiłki pani Barbary powodują, że Andrzej Zaucha zamienia się w perpetuum mobile, obracające się we własnym grobie z prędkością światła. Potem już nawet żarty kabaretu Nowaki nie robiły wrażenia.

MACIEJ MALEŃCZUK zaprezentował, jak zawsze, artystyczny luz spod budki z piwem. „Ostatnia nocka” z repertuaru Yugopolis miała za zadanie uświadomić ludności, że artysta miał w karierze jakiś przebój. Potem poleciało „Dawna dziewczyno” – banalne, knajpiane nudziarstwo, które w naszym kraju, pełnym „alkoholi świata” może cieszyć się pewnego rodzaju powodzeniem. I tu Polsat wiedział, kiedy zrobić przerwę, trwającą dłużej niż lektura „Pana Tadeusza”.

FILATOV & KARAS pojawili się na scenie ponownie, tym razem z wokalistką, która nie bardzo radziła sobie z mikrofonem. Celem ich pojawienia się było zmasakrowanie starej piosenki Taylor Dayne, „Tell It To My Heart”. Oczywiście, wszystko na jedno kopyto – z przyjemnego kawałka zrobiono rąbankę na 4/4.

Na scenę wróciła była wokalistka ACE OF BASE i, ściśnięta dziwnym strojem, będącym połączeniem sokoła wędrownego i hostessy na targach kamieni nieszlachetnych, wydyszała „It’s A Beautiful Life”.

Chyba artyści sprzed dwudziestu lat byli sprzedawani w tanim pakiecie, bo na scenie pojawił się SHAGGY, który wyglądał całkiem nieźle, brzmiał też tak samo jak dwadzieścia lat temu, ale to dlatego, że w przypadku brzmienia tu nie było już nic do zepsucia. Poleciało „Mr Boombastic” i „Angel”. Następnie Shaggy otrzymał od prezydenta Opola jakąś nagrodę (bilet na Jamajkę?) i wykonał najnowszy singiel, „You”. Można artyście życzyć powodzenia z nową piosenką, bo zdecydowanie będzie mu potrzebne. Na wszelki wypadek na scenę wpuszczono po Shaggym kabaret Nowaki, żeby subtelnie wyrównać poziom.

A teraz mikstura nie do przebicia: Małżeństwo KURDEJ-SZATAN koweruje Bajm. „Piechotą do lata” w ich wersji powoduje, że można przyspieszyć i udać się nie piechotą a np. ambulansem. Nokaut totalny, zniszczenie, widownia zalana hektolitrami syropu o podłym smaku. Nawet kabaret Nowaki już nie wrócił.

LANBERRY przywdziała neonowy kostiumik – przynajmniej żaden kierowca jej nie potrąci. Artystka wykonała – trudno napisać, że „zaśpiewała” – piosenkę „Nie ma mnie”. Emisja głosu u artystki oscyluje w okolicy przedszkolnego mini playback show, tudzież akademii w instytucie głuchoniemych.

KRZYSZTOF CUGOWSKI świętuje swoje pięćdziesięciolecie na scenie bez Budki Suflera. Grupa jakiś czas temu rozwiązała się a ostatnio reaktywowała, ale bez Cugowskiego. Ten występuje solo, wykonując głównie… repertuar Budki Suflera. Wraz z towarzyszącym mu zespołem Cug wykonał nieodbiegającą od oryginału wersję „Twoje radio”, bardzo stary kawałek z 1970 r., „Blues George’a Maxella”, nagrany z pierwszym składem Budki, z którego poza Cugowskim żyje jedynie basista (pojawił się gościnnie na scenie w tym utworze), „Sen o dolinie”. I przyszła pora na gości. Ryszard Rynkowski ledwie wycharczał w duecie z Cugiem „Cisza jak ta”, myląc się kilka razy w piosence, tak przy okazji. Odziana w kawałki zasłon Edyta Górniak wykonała z Cugowskim „Martwe morze” swoją krzycząco-spazmującą manierą, ale przynajmniej pamiętała tekst. Marek Raduli, były gitarzysta Budki, który obecnie marnuje się w zespole Anny Wyszkoni, zagrał w „Memu miastu na do widzenia”. A na koniec, niestety, poleciało a capella „Takie tango”, ponieważ tego oczekuje polsatowski – i nie tylko – widz. Ale poleciało tylko we fragmencie, bo wieczór zwieńczył „Jest taki samotny dom”, potężnie zagrany, z wokalizami Górniak (nie zawsze trafionymi) i kiwającym się bezładnie Rynkowskim. Cugowski zawyżył poziom wieczoru jak tylko się dało.

A na koniec wystąpił zespół SEN z - jakby to ująć - adekwatną nazwą.

Należy Polsatowi podziękować za tak szczególny wieczór. Rzadko zdarza się taka dawka dobrej rozrywki na poziomie.







czwartek, 27 czerwca 2019

Muzeum Etnograficzne - Technologia magii

W Muzeum Etnograficznym można oglądać ekspozycję pt. „Technologia magii”. Są to instalacje artystów afrykańskich, których wspólnym motywem są magiczne rytuały i ich wpływ na życie ludzkie. Wystawa to specyficzna, ale obejrzeć zawsze można.

wtorek, 25 czerwca 2019

PROCOL HARUM „The Prodigal Stranger” (Zoo Entertainment 1991/reedycja Cherry Red 2018)





To nie jest bardzo dobra płyta, ale mam do niej słabość. Gdy tylko zobaczyłem, że cichaczem, bez żadnych zapowiedzi, ukazała się wersja remasterowana, szybko sobie ją sprawiłem, szczególnie że „The Prodigal Stranger” miałem do tej pory na dawno temu wyrzuconej kasecie, nieoryginalnej zresztą, bo innych wówczas w Polsce nie było. A był to rok 1991, chodziłem do II klasy liceum i zapoznawałem się, jak wielu moich kolegów i koleżanek, z klasyką muzyki lat 60/70. Panowała wtedy moda na powrót tamtych brzmień, odkrywanie przez nowe pokolenia Purpli, Joplin, Hendrixa, Cream, Yes czy Mamas & Papas. Na jednej ze składanek o mało oryginalnym tytule „Flower Power” znajdowała się kompozycja Procol Harum „A Whiter Shade Of Pale” – niesamowita, hipnotyzująca, bajkowa, wciągająca melodią podawaną przez organy Hammonda. I ten głos Gary Brookera – głęboki, trochę szorstki, ale niezwykle melodyjny, bardzo emocjonalnie interpretujący teksty piosenek.

Znając już kilka dokonań Procol Harum z zaskoczeniem przyjąłem informację, że grupa reaktywowała się i nagrała pierwszą od 1977 (a dziesiątą w karierze) płytę – „The Prodigal Stranger” właśnie. Ponieważ była to jedna z nielicznych formacji, które odwiedziły Polskę w okresie świetności, nasze media z uwagą śledziły poczynania nowo narodzonego ansamblu i TVP dość często emitowała teledysk do singlowego „The Truth Won’t Fade Away”. Co się od razu rzucało w uszy, to zupełnie inne, „nieprocolowe” brzmienie. Głos Brookera jak za dawnych lat, ale sama produkcja starała się nadążyć za nowymi czasami. Rezultatem był album, który brzmiał anachronicznie już w momencie wydania. Plastikowa perkusja, nienaturalnie zaostrzone brzmienie gitary, dużo klawiszowego lukru i chórków. Coś jakby panowie na siłę starali się podbić rynek amerykański. Zresztą, z tym „powrotem” Procol Harum to też nie do końca było tak, bo tak naprawdę na płycie z poprzedniego składu pojawili się raptem trzej muzycy oraz tekściarz, natomiast za pozostałe, liczne brzmienia odpowiadali zatrudnieni w chorej ilości muzycy sesyjni i chórzyści. I dlatego, zamiast tego, czego prawdopodobnie oczekiwali fani, wyszło coś w stylu AOR (adult oriented rock) z naleciałościami soulowymi.


Ale mimo to, że część aranży jest godna co najwyżej Michaela Boltona, na tym krążku jest kilka poruszających piosenek. Melancholia w głosie Brookera powoduje, że nie sposób nie zatrzymać uwagi na „(You Can’t) Turn Back The Page” z banalnym, ale bardzo ładnym tekstem o przemijającym czasie i utraconej miłości. Podobnie wypada „The King Of Hearts”, równie nostalgiczny, z ładnie eskponowanymi organami. Gdyby jeszcze niektóre z kawałków pozbawić tych kretyńskich, wydzierających się chórków, starających się konkurować z Brookerem, i gdyby zamienić tony klawiszowej polewy na poczciwego Hammonda… Są też momenty może trochę nachalnie przebojowe, ale również nie można odmówić im uroku: „Holding On”, „One More Time”, dynamiczne „All Our Dreams Are Sold”, ale nie da się ukryć, iż na poprzednich longach Procol Harum robiłyby za wypełniacze, podczas gdy tu błyszczą – dlaczego, o tym zaraz.

Niestety, pośród dwunastu propozycji odrodzonego niczym Feniks zespołu nie można nie zauważyć ewidentnych kaszan, zaniżających zdecydowanie ocenę całego albumu. Kaszany te są liczne: „A Dream In Every Home”, w najgorszym stylu Phila Collinsa, eksploduje lukrem, powodując natychmiastowe wymioty. Fatalne, plumkające klawisze, gitara jak u harcerzy przy ognisku i melodia niczym ostatnie konwulsje umierającej sierotki pod kościołem. „Man With A Mission” to amerykańsko brzmiący przeciętniak z topornym refrenem, „The Hand That Rocks The Cradle” brzmi jak odrzut z sesji Crosby, Stills & Nash. Bujające niczym kolęda country „Perpetual Motion” może spowodować chorobę morską a umieszczone przezornie na końcu „The Pursuit Of Happiness” zwyczajnie usypia, bo nic się w nim nie dzieje.

Kompaktowa reedycja „The Prodigal Stranger” wzbogacona jest o dwa nagrania demo, tak fatalne, że zastanawiałbym się czy nawet publikowanie ich jako ciekawostki nie jest zbyt dużym obciachem, oraz nagrane na żywo w 2003 roku „Holding On”.

Oczywiście, jak to zwykle bywa, im człowiek się bardziej stara, tym mniej mu wychodzi. Płyta nie sprzedała się dobrze, ale odrodzony Procol Harum, z pewnymi perturbacjami w składzie, istnieje i sporadycznie nagrywa do dziś. Panowie wzięli sobie do serca lekcję z produkcji i już dwie następne propozycje studyjne, „This Well’s On Fire” i „Novum” brzmią bardziej naturalnie, choć mają dla odmiany słabsze i mniej zróżnicowane kompozycje. Ponieważ jednak „The Prodigal Stranger” kojarzy mi się bardzo miło, jeśli chodzi o lata nastoletnie, nie mogłem sobie po prostu nie kupić tej reedycji. I ani przez chwilę tego nie pożałowałem.


Muzeum Etnograficzne - Rzeczy kultowe vol. 1

W Muzeum Etnograficznym kończy się wkrótce (do 30 czerwca) efemeryczna wystawa „Rzeczy kultowe vol.1” – na podstawie ankiety ułożono listę rzeczy, które właśnie jako „kultowe” kojarzyły się ankietowanym. Instalacja prezentuje najczęściej wskazywane obiekty (często w pomniejszeniu lub na zdjęciach, ze względu na gabaryty). Są tu np. lalka Barbie, pralka „Frania”, film „Miś”, fiat 126p itd.

poniedziałek, 24 czerwca 2019

"Camp Blood 5" - film

To jest tak niesamowite, że aż opowiem w całości. Zresztą dużo nie ma do opowiadania.

Jak na film trwający 70 minut, atrakcji co niemiara. Najpierw jest tzw flashback z poprzedniej części, bez wyjaśnienia co się stało z główną bohaterką, która nagle znalazła się w domu (a była w lesie z seryjnym mordercą w masce klauna). Potem bohaterka idzie przez pięć minut filmu na zakupy (obserwujemy jej drogę do sklepu i słuchamy kijowej muzyki), następnie kolejnych pięć minut robi te zakupy, potem wraca przez następnych pięć minut. Podziwiamy ujęcia jeansów i płyt chodnikowych, poręcze i różne schodki po drodze, gazony z kwiatami, wszystkie półki sklepowe, oferty promocyjne, no i równie atrakcyjną drogę z powrotem. Dalej bohaterka wraz z matką (na oko starszą maksymalnie dziesięć lat) oglądają horror "Things" w tv i widzowie kilkanaście (!!!) jego minut oglądają z nimi. I to jedyny fragment nadający się do oglądania.


Kolejnego dnia bohaterka idzie do terapeuty. Uprzednio czyta kartkę, zostawioną jej przez matkę, ale widzowie jej już nie odczytują, bo... kamerzysta nie może złapać ostrości na tekst pisany grubym, czarnym markerem. U terapeuty bohaterka opowiada, co przydarzyło się jej w poprzedniej części i... znów oglądamy fragmenty poprzedniego filmu - przez ponad kwadrans! Terapeuta uznaje laskę za jebniętą, przepisuje jej - uwaga - "mild anti-psychotic" (!!!) i dziewczę z fochem opuszcza gabinet.

Ostatni fragment filmu to bohaterka, siedzącą z dwiema przyjaciółkami, odpowiadająca im o mordercy w masce klauna. Dziewczęta postanawiają... eee... wyjść do pobliskiego lasu, bo tam akurat może się czaić morderca, i go odnaleźć a następnie unicestwić. Większości leśnych scen można się tylko domyślać, bo budżet chyba nie przewidywał oświetlenia. Oczywiście, morderca w masce klauna czyha w krzakach, zabija obie przyjaciółki głównej bohaterki, która nokautuje go trzonkiem od maczety, zaciąga do jakiejś szopy i rozczłonkowuje żywcem a do domu wraca w jego masce. Amen.


Budżet wyraźnie jest mniejszy (30 dolców?), bo całość kręcona jest kalkulatorem a odtwórcy ról, nie nazwę ich aktorami, klepią swoje role, dumni że w ogóle je zapamiętali. Teraz tak: na 70 minut filmu około 15 to inny film ("Things"), około 20 to sceny z poprzedniej części, z 10 minut łącznie zajmują napisy początkowe i końcowe. No i zostajemy z szalonymi 25 minutami premierowego materiału, z czego 15 minut to wspomniane pójście na zakupy w tę i z powrotem.

Teoretycznie ten film to horror- i rzeczywiście jest straszny.

Mokotowska 57 czyli "Krakowiacy i górale"

Kamienica Rodryga Mroczkowskiego przy Mokotowskiej 57 znana jest bardziej jako „Krakowiacy i górale” z powodu zdobiących ją rzeźb. Powstała na początku XX wieku i w dość dobrym stanie przetrwała wojnę (zniszczone zostały oficyny). Właśnie dobiega końca kolejny remont budynku, bo ostatnio zaczął się on sypać a wręcz dosłownie kawałki sztukaterii spadały na ziemię, stanowiąc zagrożenie dla przechodniów. Ponieważ powietrze w Warszawie nie zawsze jest czyste i przejrzyste, ciekaw jestem, jak długo utrzyma się biel dekoracji.

niedziela, 23 czerwca 2019

#bezpieczenstwo - Generation Park

Przy rondzie Daszyńskiego powstało i nada powstaje wiele wysokich biurowców. Na jednym z nich, o swojsko brzmiącej nazwie Generation Park, zawisł powiększony rysunek siedmioletniej Małgosi Podlipskiej. Inwestor zorganizował konkurs plastyczny dla dzieci o temacie #bezpieczenstwo - zwycięska praca została umieszczona na budowie 1 czerwca i będzie wisieć tam przez rok. Na szczęście rysunku nie „zdobią” logotypy sponsorów itp. Bardzo przyjemny pomysł.

sobota, 22 czerwca 2019

"Plany na przyszłość" w Zodiaku

Coroczna wystawa „Plany na przyszłość” prezentowana była już w wielu miejscach. Najnowszą edycję można oglądać do 23 czerwca w pawilonie „Zodiak”. Projekty i realizacje z kilkudziesięciu pracowni architektonicznych dotyczą zarówno nowo powstałych budynków użyteczności publicznej, osiedli mieszkaniowych, jak i rewitalizacji różnych terenów i obiektów. Wstęp wolny.

piątek, 21 czerwca 2019

CLANNAD „Turas 1980” MIG/Radio Bremen, 2018


CLANNAD „Turas 1980” MIG/Radio Bremen, 2018





Moje uwielbienie dla irlandzkiej rodziny trwa już ponad trzy dekady i nic nie wskazuje na to, żeby stan ten miał się zmienić. Szczególnie, gdy pojawiają się takie cudeńka, jak „Turas 1980”. To odnaleziony po niemal czterdziestu latach zapis koncertu Clannad z radia w Bremie. Zespół nie odniósł jeszcze międzynarodowego sukcesu (to stanie się dwa lata po tym występie), ale już słychać pewność i pełen profesjonalizm, jeśli chodzi o wykonanie. Głosy i instrumenty brzmią czyściutko, do tego efektu dopełnia doskonała jakość archiwalnych nagrań.

Z jednej strony wydanie to nie jest obliczone na wielki sukces (niszowa twórczość, mała wytwórnia, brak ewidentnych przebojów), z drugiej wydawcy podeszli bardzo poważnie do zarówno dźwięku, jak i samej poligrafii. Zespół dostarczył fotografie ze swojego prywatnego archiwum, każdy z muzyków skreślił parę słów odnośnie tamtej trasy koncertowej (prócz Padgraiga Duggana, gdyż ten zmarł trzy lata temu), wnętrze albumu zdobi cytat z W.B. Yeatsa… jest bardzo klimatycznie.

Dwa dyski zawierają pełen koncert, podczas którego zespół wykonał materiał z pierwszych kilku płyt, ale jest tu też sporo nagrań, które rejestracji studyjnej nigdy się nie doczekały, a szkoda, choćby otwierające koncert „Turas Carolan”, napakowane wszystkim, co u Clannad w instrumentalach najlepsze. Inny, „Paddy’s Rambles Through the Fields” to solowe okienko Pola Brennana na flecie, “Valparaiso” to opracowanie wiersza irlandzkiego poety Pádraiga de Brún, zaśpiewane a capella z hipnotyzującymi harmoniami, do jakich Clannad przez lata nas przyzwyczaił. Kończące zestaw premierowych kawałków “The Old Couple” to żartobliwa opowieść o skłóconym małżeństwie, które odwiedza diabeł, zabiera kobietę do piekła, ale okazuje się ona tak okropną, wredną osobą, że diabły w piekle wkrótce mają jej dość i zostaje prędko zwrócona mężowi.

Pozostałe piosenki pochodzą z pierwszych trzech albumów grupy oraz mającej się dopiero ukazać „Crann Ull”. Część to kompozycje tradycyjne, zaczerpnięte z kultury irlandzkiej, część to twórczość własna grupy, mamy także „Down By The Salley Gardens”, muzyczną adaptację wiersza Yeatsa. Kilka z tych utworów funkcjonuje w repertuarze koncertowym Clannad po dziś dzień („Nil Se’n La”, „Dulaman”, „Two Sisters” czy „Crann Ull”). Jedyny minus – w zasadzie jeśli chodzi o poligrafię – to brak informacji przy tytułach utworów odnośnie ich autorstwa.



To Clannad jeszcze nie tylko sprzed światowego sukcesu, ale i sprzed flirtu z nowinkami technicznymi. Formacja brzmi bardzo naturalnie, mamy głównie akustyczne instrumenty, gitary, harfę, harmonijkę, flet itp. Jeśli ktoś lubi akustyczne, nasycone folkiem granie (nie oznacza to dwudziestu ballad, choć – istotnie – przeważają stonowane kompozycje), to powinien zdecydowanie „Turas 1980” posłuchać. Muzycy – publiczność także – rozkręcają się w końcówce koncertu. Mocno improwizowane, kończące koncert, „Nil Se’n La” podchodzi już nawet pod jazz rock i muzykę progresywną.

Tytuł zestawu jest nieprzypadkowy. „Turas” to w rodzimej mowie muzyków „Podróż”. Ta, której Clannad podjął się, zaczynając jako amatorski zespół pubowy, a dziś będąc profesjonalną, światową gwiazdą, jest godna podziwu i pozazdroszczenia.


Linia 36 - tym razem zielony tramwaj z Poznania na stołecznych torach


I znów pojechałem zabytkową 36-tką, ale tym razem nie warszawską. Tramwaj, wyprodukowany w 1969 roku, jeździł po Poznaniu – bądź nadal jeździ (jako zabytkowy), jeśli został tylko stamtąd wypożyczony, bo tego nie wiem. Barwy ma zupełnie inne od stołecznych, no i herb Poznania na boku. Ale zawsze bajer przejechać się czymś innym.


czwartek, 20 czerwca 2019

"Love krowe" - wystawa w Galerii Przystanek

W Galerii Przystanek, znajdującej się na ogrodzeniu parku im. Stefana Żeromskiego, można w miłych okolicznościach przyrody i całkowicie za darmo obejrzeć niebywale ciekawą wystawę fotografii autorstwa Witolda Krassowskiego. Choć tytuł jest dość zabawny, „Love krowe” (wzięty z jednego ze ściennych napisów), to sama ekspozycja rzadko dotyczy spraw wesołych: jest to PRL, głównie schyłkowy i mało przyjemny. Kryzys, pijaństwo, siermięga, opozycja i walka aparatu z nią, strajki i zamieszki, a w to wszystko gdzieś tam po cichu wmieszany wypoczynek i rozrywka. Polecam zarówno tym, którzy tamte czasy pamiętają, jak i tym, którzy na szczęście nie muszą. Pokazuję kilka zdjęć na zachętę, a resztę – bo całość jest dość obszerna – proponuję obejrzeć samodzielnie.