sobota, 30 listopada 2013

Neon nights cz.21

Ostatni dzień miesiąca - ciemno, zimno, poświećmy sobie zatem...

A nie, przepraszam, cóż za falstart. Akurat tym sobie nie poświecimy, ale następnymi - i owszem.










A ten neon już się pojawił przy okazji wpisu z wystawy "Zdjęcie miasta".  Ale szkoda mi go było tak zostawiać.


Dziś poświeciły nam neony ze Śródmieścia i Mokotowa. Dziękujemy za oklaski.

piątek, 29 listopada 2013

Wanda i Banda - 30-lecie zespołu. Stodoła, 28 listopada 2013






Przyznam szczerze, że w zasadzie to poszedłem tak trochę dla jaj na ten koncert, a nieoczekiwanie nawet mi się spodobało. Nie stawiając twórczości pani Wandy Kwietniewskiej i jej ansamblu szczególnie wysoko – mimo paru ewidentnych hitów -  nawet na tle tzw.polskiej muzyki pop rockowej lat 80 (Maanam, Lady Pank, Lombard itp.), przypuszczałem, że w Stodole podczas jubileuszu 30-lecia Wandy i Bandy będzie może ze sto osób, w tym połowa z otoczenia zespołu. A tu niespodzianka – cała Stodoła była pełna. Średnia wieku mocno powązkowska, ale i trochę młodzieży się załapało. W pierwszej połowie sali ustawiono krzesła z racji tego, że zaproszeni byli różni oficjele, przedstawiciele mediów, fonografii i paru innych instytucji. Potem i tak część z nich podniosła się, zachęcona subtelnie przez wokalistkę słowami „Cała ta rupieciarnia wstaje”.  Druga połowa parkietu była do dyspozycji osób, które chcą sobie postać, potańczyć itp. I fajnie.

Kto zapoznał się z wydanym pięć lat temu DVD Bandy i Wandy, dokumentującym koncert z okazji ćwierćwiecza, nie odnotuje większych różnic, poza większą pompą i gośćmi. Wanda Kwietniewska, co by nie mówić o jej twórczości, świetnie śpiewa na żywo i ma niesamowitą energię oraz tak zwane jajo, co udowodniła w dość obfitych zapowiedziach, poprzedzających kolejne kawałki. I tu naszła mnie refleksja, bo przypomniało mi się oglądanie latem Opola czy innego Top Trendy, podczas którego młode zblazowane gwiazdki męczyły się, fałszując przeokropnie… i refleksja moja była taka, że ta nowa młodzież tak trudno ma, bo musi śpiewać na żywo i nie daje rady, a  dwukrotnie starsza Wanda bez zadyszki jedzie do przodu i robi tylko dwie krótkie przerwy na występy gości.  Świat jest niesprawiedliwy.

Jeśli o repertuar idzie, niespodzianek nie było i być nie mogło. Zaczęło się od „Dziewczyny zgubią cię” z solowego repertuaru Kwietniewskiej a potem były już – w wersjach zbliżonych do oryginałów – „Para goni parę”, „Fabryka marzeń”, „Hej heja hej”, „Siedem życzeń”, „Kochaj mnie miły”, „Chcę zapomnieć”, „Mamy czas”, „Nie będę Julią”  czy „Hi-Fi”, większość chóralnie odśpiewana przez publikę wraz z zespołem. Z ostatniego albumu grupa wykonała „Miłości żar”, „To nie Polska” i „Kanonady, galopady” z choreografią, której wokalistka próbowała nauczyć widownię przed utworem. Była też jedna nowość, przebojowy „Lęk wysokości”, ciepło przyjęty przez obecnych.

Goście Wandy Kwietniewskiej byli nieliczni i postanowili nie zepsuć piosenek jubilatki, śpiewając z nią w duecie, tylko (z akompaniamentem muzyków Bandy i Wandy) wykonali solowo po utworze własnym, a konkretnie Paweł Stasiak zaproponował „rockową” wersję „Naj story” a Małgorzata Ostrowska wiadomo co. Tu naszła mnie kolejna refleksja, że o ile Lady Pank czy Maanam utrzymały się w obiegu, to równoważny niegdyś Lombard zupełnie się zdegradował poprzez liczne zmiany składu oraz ostateczne odejście frontwoman. Małgorzata Ostrowska ma nadal znakomity głos, ale brak pomysłów na jego sensowne wykorzystanie. Pozostaje jej wydawanie przez nikogo niekupowanych, średnich płyt i śpiewanie „Szklanej pogody” na różnych imprezach. Szkoda że panie nie pokusiły się o wykonanie w duecie czegoś z pierwszej płyty Lombardu, na której śpiewały razem. Gościem Wandy Kwietniewskiej był  również znany z działalności w ekstremalnych lubelskich zespołach Marek Raduli, gitarzysta W&B na dwóch pierwszych albumach. Wykonał z zespołem ”Chcę zapomnieć”. Na widowni znaleźli się także inni muzycy W&B z różnych lat – wokalistka przedstawiła ich publiczności a szczególną owację zebrali, oczywiście, ci grający na debiutanckim krążku.

Ponieważ był jubileusz, była i pompa. Za element tejże można uznać dość kwieciste prowadzenie imprezy przez dziennikarza radiowego oraz przyznanie Wandzie odznaczenia przez Stowarzyszenie Artystów Wykonawców Utworów Muzycznych i Słowno – Muzycznych. Nagrodę wręczali Aleksander Nowacki (eks-Homo Homini) oraz, yyy, Ewa Śnieżanka, która powiedziała, w dobrej wierze, „Wanda, życzę ci wszystkiego najdłuższego, co sobie tylko wymarzysz”. Sama Wanda Kwietniewska z dużym dystansem odnosiła się zarówno do jubileuszu, jak i swojego własnego wieku („A teraz będzie jedna z naszych starszych piosenek – ale nie chodzi o Bogurodzicę”) oraz czynników ekonomicznych (o Marku Radulim: „gra jazz, ale ostatnio występuje z Anią Wyszkoni, bo z jazzu wyżyć się nie da a z Ani Wyszkoni chyba bardziej”) i chociaż nie każdy aspekt twórczości Wandy i Bandy jest dla mnie przyswajalny, to muszę przyznać, że atmosfera zabawy udzieliła się wszystkim obecnym. Tradycyjnie bawili mnie ludzie, którzy pożałowali 2 zł na szatnię a potem stali z paltami w łapach, narzekając, że im ciężko  i gorąco.

Niestety, przed koncertem miał miejsce przykry incydent w postaci supportu. Supportem był zespół, którego nazwa brzmiała chyba Flash & Karina, a może Fresh & Karina… choć powinien Flush & Karina. Grupa raczej nastoletnia wykonała kilka przeróbek np. Rihanny czy Sheryl Crow, identycznie zaaranżowanych, nudnych i zaśpiewanych przeraźliwie miauczącym głosem przez wokalistkę. Jeśli dodam, że wokalistka nazywa się Karina Kwietniewska… prowadzący imprezę przytoczył słowa Wandy Kwietniewskiej na temat radosnej twórczości zespołu córki – „jeszcze dużo pracy przed nimi”. To daleko posunięty eufemizm, ale trudno się nie zgodzić.

A swoją drogą, zabawnie wygląda teraz nadrabianie przeze mnie zaległości z dziecięctwa – jako pacholę ośmioletnie nie mogłem chadzać na koncerty Lady Pank, TSA, Turbo czy choćby Wandy i Bandy. No więc lepiej późno niż wcale, bo sentyment do posiadanych nadal analogów jest wielki.







Detalizmu kawałek

Zazwyczaj nie warto być drobiazgowym, ale przy pewnych detalach warto się zatrzymać - mówię o tych na mieście. Niby człowiek codziennie chodzi, patrzy, a za każdym razem coś nowego wpada w oko. Tu kilka takich "wpadów" z dni ostatnich.









czwartek, 28 listopada 2013

Klatki z komórki cz.48

Hm, mogę śmiało powiedzieć, że "zbliżam się do pięćdziesiątki". Bo już po raz czterdziesty ósmy - i nie ostatni przecież - zapraszam do poszlajania się po paru klatkach schodowych tu i ówdzie.



To Bemowo - zestaw klasyczny, bez frytek.



Beżowy Muranów.


Mroczne Stare Bielany.



A na Ursynowie czekali z czerwonym dywanem...

środa, 27 listopada 2013

To może jeszcze jedna pocztówka z Targówka

Jakoś ostatnio bywam częstym gościem na Targówku i Bródnie, zatem automatycznie pojawia się tu co jakiś czas porcja zdjęć z tych terenów. Niestety, nie zawsze światło dopisuje. A miejscami aura jest wręcz żenująca, ale niestety, taki urok tej pory roku, która po prostu musi minąć i już.














wtorek, 26 listopada 2013

Śmieszne rzeczy cz.3

Dziś kilka śmiesznych rzeczy, nie tylko z Warszawy, ale tak ogólnie. Na początek może coś z klimatów muzycznych.

Zajrzyjmy sobie do działu "zagraniczny metal" (chodzi o gatunek muzyczny, nie o śrubki z NRD) w Merlinie.

Fakt, Sir Cliff jest ciężki do zniesienia. A "Millennium Prayer" czyli "Ojcze nasz" śpiewane na melodię "Auld Lang Syne" straszy bardziej niż cała dyskografia Vadera.


Ostrą jazdę zapewnia też Petula Clark - vide: kategoria. Tu jeden z moich ulubionych czadów Petuli i wcale nie jest to dałntałn. Który też lubię.


To z tramwaju. Aż mnie zabolało, jak to przeczytałem. Poczułem się prawie, jak gdybym oglądał "Gorzkie gody".


Skoro jednak blog to warszawski, przejdźmy do spraw miejskich - odnotowuję co jakiś czas dość ciekawe witryny sklepowe, których wystrój polega na tym, że zaklejane są w całości powiększonymi zdjęciami produktów żywnościowych. Wygląda to idiotycznie zwłaszcza na starszych budynkach (bo architekturę nowych bloków rzadko da się jeszcze bardziej zepsuć), ale jest to efektem tego, iż po drugiej stronie, wewnątrz, stoją półki i szkoda miejsca na witrynę z dekoracją.



Tekst jest zdublowany, więc można zacząć od "Szanowni Państwo" w środku kartki. Dobre sąsiedzkie rady przyjmują czasem osobliwą formę. Inna sprawa, że co prawda, to prawda.

A na ten widok o mało nie wytarzałem się na chodniku ze śmiechu. Rezidęs MOKOTOVIA.
- Ja mieszkam w Mokotovii!
- A ja w Ochotovii!
- A ja w Novodvorovii!


Kogo ubawiły - bądź nie - powyższe obrazki, zapraszam na wieczorny spacer po Bemowie.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Tomek Lipiński & TILT - Progresja, 22.XI.2013




Tomasz Lipiński chyba już na zawsze będzie Tomkiem. Artysta zazwyczaj tak anonsuje swoje występy, choć ten ostatni – jakby nie było, koncert legendy polskiego rocka – nie był specjalnie anonsowany. Sam dowiedziałem się o nim przez przypadek, przegrzebując strony internetowe klubów w celu sprawdzenia czy coś ciekawego się nie dzieje. A w przypadku Tiltu ani pół plakatu na mieście, reklamy w pismach muzycznych – nic. Tłumaczy to zapewne (przynajmniej częściowo) słabą frekwencję, choć tłumek zgromadzonych w Progresji fanów bawił się znakomicie (ja także). Szkoda tym bardziej, że Tilt nie występuje regularnie, nie nagrywa nowych płyt – w całej karierze wydał raptem trzy studyjne – a koncerty potrafi dawać świetne, o czym przekonać można się, oglądając DVD z serii „Najmniejszy koncert świata”. Nie jest także najlepszym rozwiązaniem klub Progresja, który – poza obskurnością – mieści się dość daleko od centrum, dojazd tam jest średni i człowiek ma wrażenie, że jest w kosmosie (wokół same akademiki a obok gmach WAT).

Narzekania odłóżmy jednak na bok, bo absolutnie nie żałuję ani jednej minuty, spędzonej na koncercie Tiltu. Bo raz że Tilt to zespół z historią, dwa że od dzieciństwa lubiłem większość utworów tegoż, trzy że jeszcze nigdy osobiście nie widziałem Tomka L. & co na żywo.

Tilt od paru lat występuje w dość stabilnym składzie (trzech starych wyjadaczy z przodu i młodsza o dobre dwie dekady sekcja rytmiczna z tyłu), co jest zaskakujące, biorąc pod uwagę nieregularność występów. Panowie są doskonale zgrani, na koncercie atmosfera jest niemal intymna (grupa nie wystąpiła na głównej, podwyższonej scenie, a z boku sali, na małej scence, gdzie muzycy byli bardzo blisko publiczności) a lider prowadzi bardzo sympatyczną, acz oszczędną konferansjerkę.

Repertuar to – oczywiście – tiltowe „best of”. Runął już ostatni mur, Mówię ci że…, O jaki dziwny dziwny…, Blokada czad, Szare koszmary, Rzeka miłości, morze radości, ocean szczęścia… można by długo wymieniać. Większość utworów została w pewien sposób przearanżowana, ale na szczęście nie uwspółcześniona – po prostu zagrane są inaczej. Poza oczywistymi gitarami i sekcją obecny Tilt to dużo instrumentów klawiszowych – nie nachalnych, ale fajnie wypełniających przestrzeń (głównie brzmienia organowe oraz syntezatorowe plumkanie tu i ówdzie) – i, oczywiście, saksofon oraz flet. Nieco mocniej i szybciej zabrzmiały Szare koszmary i Mówię ci że…, za to nie do końca zachwyca mnie nowa wersja Runął już ostatni mur, zaczynająca się niczym ballada a przeradzająca gdzieś w połowie w regałowanie. Były też utwory z ostatniej, jak dotąd, płyty (Emocjonalny terror) z singlowym Miassto fcionga na czele. Ale to nie wszystko – ponieważ, jak wiadomo, Tomasz Lipiński grał nie tylko w zespole Tilt, usłyszeć można było (co mnie bardzo uradowało) Centralę z repertuaru Brygady Kryzys oraz Fallen Is Babylon – wprawdzie tiltowe, ale pojawiło się na płycie BK. Zabrzmiały także Foto i Border Line – niby tiltowe, ale utrwalone w świadomości słuchaczy w wykonaniu efemerydy Fotoness, której jedyny album doczekał się ostatnio pierwszego wydania na CD. Do tego piosenki z filmów (Jakby nie stało się nic ze „Słodko gorzkiego” i Nie pytaj mnie z „Psów II”). Chciałbym, by pan Tomasz vel Tomek był bardziej czynny muzycznie, koncertował i nagrywał, ale najwyraźniej artysta ma inne priorytety – tudzież źródło utrzymania – bo, jak napisałem, występy Tiltu są rzadkie a wydawnictwa jeszcze rzadsze. Ale nie siła lansowania się w mediach świadczy o klasie artysty – na szczęście.

A w ogóle to postuluję, by supporty występowały nie przed a po występie głównej gwiazdy. Trzy kwadranse życia – tyle zmarnowałem, próbując wysłuchać (do końca nie zdzierżyłem) radosnej twórczości bydgoskiej formacji Dopamina. Kompozycyjnie lokujący się między big beatem a polskim alternatywnym rockiem współczesnym tercet zaproponował niestrawne dla mnie kawałki z męczącym wokalem (czasem trudno było rozpoznać język, o rozumieniu tekstów nie mówiąc – choć gdy rozumiałem, o czym lider pieje, było jeszcze gorzej) i masakrycznymi „harmoniami wokalnymi”, polegającymi na tym, że basista śpiewał: uuuuuuaaałałałaaaaaaa a wokalista na tym tle produkował się z czymkolwiek innym. Wyglądało to trochę , jak zespoły , które Papcio Chmiel portretował w „Tytusach” – kto czytał, ten wie, o co chodzi.

A kto nie widział Tiltu na żywo, niech żałuje i patrzy na FB. Zespół nie posiada strony internetowej i jedynie na TwarzoKsiążce pojawiły się informacje o krótkiej, trwającej właśnie trasie.