niedziela, 31 marca 2013

Bajnajty na koniec marca

Zbiór zdjęć nocnikowych, które - robione od stycznia do marca - się pętały po komputerze.


To, oczywiście Joli Bord.





Mniej i bardziej efektowne Śródmieście Południowe.


Na Pragie też można...

I kończymy, powoli, na Woli. Uff.

Ja jak zwykle.


sobota, 30 marca 2013

Służew nad Dolinką - przerywnik estetyczny

Po wczorajszych dołach, związanych z sypiącą się nieprawdziwą i prawdziwą Wolą, dziś odlatujemy w ciepłe strony, znaczy się na południe. Tam, na  Służewie słońce wesoło muska swymi promieniami balustrady balkonów a zieleń wyziera spod czego by tam nie miała wyzierać. I ludzie żyją dostatnio.










piątek, 29 marca 2013

Helloween/Gamma Ray Stodoła 27 marca 2013



Na początku zimowej wiosny fani power metalu mieli prawdziwe święto. Na jednej scenie wystąpiły legendarne Helloween i trochę mniej legendarne Gamma Ray. Niewtajemniczonym wyjaśniam, iż zespół Gamma Ray założony został przez byłego gitarzystę (i na pierwszym albumie także wokalistę) Helloween, Kaia Hansena. Nie zyskał takiej popularności jak macierzysta formacja, ale wśród fanów gatunku cieszy się sporą estymą. Amatorzy dyniowego grania powinni być zatem przeszczęśliwi, mając przed sobą obie te grupy naraz – i zakładam, ze większość z nich była, pomijając tych, którzy upili się jeszcze przed koncertem. No ale dzięki właśnie takim melomanom kluby zarabiają na sprzedaży alkoholu.


Zanim jednak podano dania główne, na scenie zainstalował się support w postaci brazylijskiego Shadowside. Mimo dobrych chęci i pozytywnego nastawienia, nie przełknąłem w całości ich występu i po paru utworach najzwyczajniej w świecie poszedłem na piwo. Zespół miły, wokalistka z niezłymi warunkami – chodzi mi o głos – ale, niestety, twórczość przypomina najgorsze czasy „gotyckiego metalu” z późnych lat dziewięćdziesiątych, czyli rozwlekłe kompozycje z naprzemiennym wyciem pani i growlowaniem pana, plus jakieś tam szczątkowe melodie w refrenie. Występ Shadowside trwał zdecydowanie za długo. No ale dzięki właśnie takim wykonawcom kluby zarabiają na sprzedaży alkoholu.

Gamma Ray wyszli na scenę jako drudzy i mieli chyba najlepsze nagłośnienie ze wszystkich trzech występujących ansambli. Nie jestem wielkim fanem Gammy i szczerze mówiąc, trochę przynudzali, jak dla mnie, grając wprawdzie z równą, niemiecką precyzją, ale bez finezji i przebojowości. Najbardziej w pamięć zapadły mi: kompozycja z nowej EP-ki, „Master Of Confusion”, wykonany na zaplanowany bis „Send Me A Sign”, oraz „Future World”, czyli kower występującego po Gamma Ray Hellowen. Poza tym GR wykonali jeszcze jeden nowy numer, monotonnie łomoczący „Empire Of The Undead”, trzy sztuki z ostatniego pełnowymiarowego krążka „To The Metal” (tytułowy, „Rise i „Empathy”) oraz „Men, Martians and Machines” z krążka "Somewhere Out In Space", „The Spirit” z drugiej płyty i „Dethrone Tyranny” z „No World Order”. Zastanawiać może brak czegokolwiek z „Land Of The Free”, ale grupa musiała pociąć repertuar, jako że dysponowała jedynie godziną, która utwierdziła mnie absolutnie w mojej opinii na temat Gamma Ray: solidna, niemiecka robota, która zupełnie mnie nie rusza i nie wzrusza. Najbardziej rozbawili mnie fani Gamma Ray w koszulkach Gamma Ray, którzy wyszli z koncertu Gamma Ray. I resztę występu ukochanego zespołu przesiedzieli w barze. No ale dzięki właśnie takim fanom kluby zarabiają na sprzedaży alkoholu.




Dość późno, bo grubo po 22, pojawili się na scenie Helloween. Przy skromnej scenografii (motyw z okładki rozpięty w tle na szma… banerze) dali kolejny wspaniały koncert. To był mój „trzeci raz” z Helloween i muszę przyznać, że za każdym razem zabawa jest przednia. Wpływ na to ma nie tylko przebojowy repertuar, ale to że grupa przy każdej kolejnej trasie dokonuje przeredagowania setlisty, żeby nie grać w kółko tych samych kawałków. Dodatkowym atutem jest Andi Deris, znakomity showman, potrafiący wciągnąć publiczność do zabawy. Przy występie Helloween tym bardziej statycznie wypadła Gamma Ray, gdzie muzycy przez cały wystep byli praktycznie przykuci do swoich stanowisk.

Helloween promują swoją najnowszą płytę, „Straight Out Of Hell” i usłyszeliśmy z niej pięć kompozycji: tytułową, singlowe „Nabataea”, balladę „Hold Me In Your Arms”, oraz odśpiewane razem z publicznością „Live Now” i grane nawet u nas w Anty Radiu „Waiting For The Thunder”. Było też przypomnienie poprzedniego albumu w postaci zabójczo przebojowego „Are You Metal” i „Where The Sinners Go”. Z żelaznej keeperowej klasyki usłyszeliśmy już na samym wstępie „Eagle Fly Free” a nieco później „I’m Alive”, „Dr Stein” oraz „Halloween” (odegrane z Hansenem i połączone z „How Many Tears” z debiutu), „I Want Out” (zagrane na dwa zespoły). Z płyty „Time Of The Oath” poleciało „Steel Tormentor” i „Power” a z albumu “Better Than Raw” nie wykonywane wcześniej na żywo “Falling Higher”. I do tego „Hell Was Made In Heaven” z płyty z królikiem, ale to chyba niekoniecznie z okazji świąt Wielkiej Nocy.

Dziwi mnie, że obie formacje nie wykorzystały obecności muzyków, tworzących pierwszy i niedoceniany album Helloween, „Walls Of Jericho”, i nie pokusiły się o wykonanie chociażby „Ride The Sky”. No ale trudno. Gorzej mi było przebrnąć przez kwestię nagłośnienia – o ile support z urzędu miał kiepskie (łomocąca perkusj, brak basów), to całkiem przyzwoite, jak już wspomniałem, miała Gamma Ray. Niestety, przy występie Helloween podkręcono głośność ciut za dużo w górę, przez co dźwięki były mniej czytelne – niestety, hałas zabija selektywność i akustyk powinien o tym wiedzieć. Drugim minusem jest fakt, iż koncert zakończył się około północy. Większość ludzi następnego dnia szła do pracy i naprawdę gdyby wszystko zaczęło się wcześniej a przerwy między występującymi formacjami były krótsze, nic nikomu by się nie stało. No ale dzięki właśnie takim długim przerwom kluby zarabiają na sprzedaży alkoholu.




Sezon płytowo-koncertowy trwa i na razie jest bardzo udany. A Helloween z przyjemnością obejrzę jeszcze nie raz.


Ruderzyzm pozimowy z Woli

Zapewne jestem niesprawiedliwy, klasyfikując jako ruderzyzm wszystko, co się sypie i jest ceglane, ale jeśli komuś się nie podoba, niech przesłucha całą dyskografię Milesa Davisa w kwadrans, a tymczasem zapraszam po odbiór kasków przy wejściu na teren, bo na głowę się sypie...

Tu nic się nie da ukryć: burzymy stare, by walnąć nowoczesne apartamenty. Kurczę, nawet taki zdezelowany ostaniec na granicy rozbiórki jest ciekawszy niż nowoczesne stolce. Ulica bodaj Wronia.





To też Wola, i to ta prawdziwa. Ciekawe ile to cudo przy Płockiej  jeszcze postoi...


To nieprawdziwa Wola, bo przy Krochmalnej. Kurczę, jaki to musiał być ładny budynek.


Wracamy na prawdziwą Wolę. Nie wiem, jaki to ma adres, ale widać to z Wolskiej, Jeszcze.


czwartek, 28 marca 2013

Plac Narutowicza z góry

To chyba już tradycja, że gdy mam okazję znaleźć się na wysokości, niebo musi być bure, tak żeby nawet w środku dnia popsuć możliwość zrobienia zdjęć. Ale chrzanię to, i tak cyknąłem. Jak się komuś nie podoba, niech sobie weźmie fotoszopa i pokoloruje w stylu "Salvador Dali spotyka Majkę Jeżowską". A dla pozostałych - włala.












środa, 27 marca 2013

Na Litewskiej straszy

Litewska to, generalnie rzecz biorąc, bardzo sympatyczna ulica. Jednak budynek narożny z aleją Szucha jest - jakby to ująć - nieco opuszczony. I zapuszczony. Ciekawi mnie czy odbywa się tam remont, czy jakaś zaraza spowodowała nagły spadek populacji tamże. Na razie wygląda to dość smutno, zwłaszcza że reszta ulicy jest bardzo miła w oglądzie. Ktoś się orientuje, co jest grane?