poniedziałek, 31 grudnia 2012

Bajnajty rozproszone

Stąd, zowąd i jeszcze stamtąd.Znaczy się, że rok zakończymy drobnym burdelikiem fotograficznym, bo jakże by inaczej. Skoro się nazbierało, to dokonujemy analizy i selekcji, czyli podnosimy wszystkie zdjęcia, wyrzucamy w górę, a to co spadnie nam z powrotem na głowę ładujemy tutaj.

O, na przykład te są ze Śródmieścia.


Już pokazywałem bajnajtową Próżną po operacji plastycznej, ale parę dni później, gdy przybyłem tam ponownie, zniknął płot ekipy remontowej, dzięki czemu ulica wygląda już prawie normalnie. Prawie – poza faktem, że jej północna pierzeja nadal przypomina slums w centrum miasta, oraz poza świadomością, że wszystkie sztukaterie są zrobione po taniości (dykta, gips). Znaczy, ja wiem że pieniędzy nie ma, że kryzys i w ogóle, chciałbym tylko żeby te nowe elewacje przetrwały rok i nie pokruszyły się, nie odpadły, nie spleśniały itp. Wierzę, że będzie dobrze, bo trzeba tak wierzyć.



A to już Koszykowa. Na wszelki wypadek nie robiłem zdjęcia w przeciwną stronę; wówczas sfotografowałbym dziurę w przestrzeni, spowodowaną usunięciem większości zabudowań hali Koszyki. Dlatego popatrzmy sobie na jedną z kilku okolicznych kamienic, których elewacje są chyba dość mocno uproszczone w stosunku do przedwojennego wizerunku. Może kiedyś, ktoś…



A tu mamy pokazywany także już na blogu Hotel Saski, czyli zamknięcie Parkingu Bankowego od południa. Miło, że wreszcie po latach budynek ten odzyskuje świetność; mam także nadzieję iż jasny kolor elewacji utrzyma się, mimo dużej ilości spalin w okolicy.





A to urocze podwóreczko zostawiłem na deser śródmiejskiego spaceru. Wystarczy wejść w Chmielną przy Nowym Świecie, skręcić w prawo… i takie dziwne widoki jeszcze się tam uchowały.


A te z Ursusa.




Ursus to dla mnie terra incognita – byłem tam w życiu może ze trzy razy, praktycznie za każdym z nich się gubiąc. Na szczęście wyrozumiali autochtoni nakierowywali mnie na odpowiednią drogę, za co im chwała. Któregoś razu (cieplejszą porą) muszę się wreszcie zabrać fotograficznie i spacerowo za Ursus i Włochy, bo jakoś do tej pory nie było okazji. Niby SKMką to ze Śródmieścia kilkanaście minut…



A ten z Woli.





A właśnie, powyższe zdjęcie zrobiłem, wracając z wyżej wymienionego Ursusa inną drogą. Zawsze mnie fascynowała ta budowla. Groźna i kosmiczna – a na wyciągnięcie ręki…



A te dwa z Bemowa.





A to już – jak się można domyśleć – kontynuacja podróży z poprzedniego miejsca. Podjechawszy tramwajem do ratusza Bemowa i stwierdziwszy dekoracje na nim, cyknąłem co nieco. Na skrzyżowaniu Górczewskiej i Powstańców część latarń udekorowana jest świetlnymi kloszami, wiszącymi przez kilka lat na Krakowskim Przedmieściu. Krakowskie opanowały w tym roku meduzy z bombkami, toteż klosze poszły sobie w różne inne miejsca Warszawy. I dobrze, jest zimno, zgniło, nawet koniec świata nam nie wyszedł, to niech się przynajmniej coś ładnie poświeci.

Do zobaczenia w przyszłym roku.

niedziela, 30 grudnia 2012

Żoliborski bajnajcik (again)

Pierwszego dnia świąt przeszedłem się byłem Żoliborzem. Tak dla zdrowia, co by nie skisnąć w domu – dekoracje może nie powalają, ale miło że w ogóle są. Kryzys w końcu mamy, a już towarzysz Wiesław mówił, że jedna żarówka to wystarczająca ilość oświetlenia dla całej rodziny. Także źle nie jest a jak się wejdzie do centrum handlowego, to kryzysu tym bardziej nie widać. Ale ja nie o tym…

Dekoracje świąteczne na Żoliborzu wykwitły głównie – co logiczne – przed niezbyt ładnym ratuszem tegoż, i przed domem handlowym Merkury. Cóż, przynajmniej po ciemku jakoś to wygląda, bo za dnia ratusz żoliborski jawi się niczym siedziba PGR w Kiełbasiance Wielkiej.

Plac Wilsona – mam nadzieję – zacznie powoli odżywać. Psioczę trochę na kebab i na Subwaya, ale z drugiej strony takie właśnie miejsca przyciągają ludność. Miło, że zniknął widoczny chyba z innych galaktyk napis Amrit, najwyraźniej właściciele ulegli perswazji otoczenia. Bo dla równowagi jest na placu w ramach napełnienia żołądków niezbyt tani Blikle i trochę bardziej przyjazna dla kieszeni (kiedyś droższa, ale się opamiętali) Kawalerka, którą nierzadko zdarza mi się widzieć zatłoczoną – sam ledwo znalazłem miejsce, gdy zachciało mi się naleśników (bardzo dobre, tak przy okazji). A więc źle nie jest. Z placu szkoda mi tylko neonów – nie świeci już neon „Tkanin”, ostatnio miłosiernie oczyszczony z ptasich kup, nie istnieje neon „Wisły” (chamskie plastikowe kulfony z żarówkami w środku to obraza dla oczu) i jedynie wspomniana wyżej Kawalerka ma neon z prawdziwych rurek.

Kilka knajpek poza samym placem też się znajdzie, zróżnicowanych cenowo i jakościowo, ale powoli sytuacja, w której centrum Żoliborza jest pustynią gastronomiczną, znika, i bardzo się z tego cieszę.

Może z placem coś fajnego się jeszcze stanie; w końcu plac to pełną gębą. Ma pierzeje, bardzo szerokie chodniki, fajny park (a w nim kolejną knajpę w forcie) i – mimo ruchliwości – jest bardziej przyjazny dla oka niż Bankowy czy Teatralny, które placami dawno być przestały.












sobota, 29 grudnia 2012

Ursynów z góry

Typowy, grudniowy wpis: brzydkie osiedle, brudne niebo, brudna szyba... no i tak. Ale skoro się już wdrapałem, to co mi tam.

Wspominałem kilka dni temu, iż niezbyt wielką miłością pałam do osiedla Za Żelazną Bramą. Ale w sumie wielbiony i hołubiony przez fanatyków peerelowskich osiedli Ursynów też nigdy do mnie nie trafił. Żeby nie było - także częściowo wychowałem się na osiedlu z wielkiej płyty i jest kilka takich, które uważam za „sympatyczne” (co by to nie oznaczało). A na Ursynowie rzadko bywałem, toteż nigdy go nie poznałem, nie oswoiłem i nie polubiłem.

Za to przypomina mi się jedna sytuacja. We wczesnych latach osiemdziesiątych na Ursynów wprowadziła się siostra mojej mamy, zwana ciocią. Zamieszkała, i mieszka do dziś, przy jednej z dziwnych ulic, to to nie do końca są ulicami, bo są jednocześnie chodnikami, na których można zostać rozjechanym. To chyba się fachowo nazywa „ciąg pieszo-komunikacyjny”, czy jakoś. Bloki przy ulicy w kształcie dżdżownicy w konwulsjach(ulica w takim kształcie, znaczy) numerował ktoś mocno upośledzony matematycznie: 2, 7, 18, 4… itp. Odnalezienie na Ursynowie właściwego adresu w epoce bez Gógiel Ers i innych dżipiesów było nie lada wyzwaniem. Został nawet wydany specjalny plan samego Ursynowa – co było ewenementem, żeby publikować plan osobnego osiedla – z zaznaczonymi wszystkimi istniejącymi wówczas blokami (mam ów plan nadal gdzieś w starych szpargałach). Dziś to nikogo nie dziwi, ale wówczas normą było to, że ludzie błądzili po osiedlu, pytając napotkanych po drodze tubylców, gdzie tu jest ulica Findera, bo przed chwilą byli na Lasku Brzozowym a teraz są już na Puszczyka. Teraz może to śmieszyć, ale gdy się człowiek dokądś spieszył… ech.


Kiedyś Ursynów należał administracyjnie do Mokotowa (do połowy lat 90 XXw.), co dla wielu mieszkańców „prawdziwego” Mokotowa było niemal takim wynaturzeniem, jak dla mieszkańców prawobrzeżnej Warszawy nazwanie Pragą terenu Pragi Południe. Który, jak wiemy, jest Pragą, ale nie jest. Nawet w moim ukochanym serialu „W labiryncie” pada kwestia „Przecież Ursynów to Mokotów” (w momencie, gdy jedna z par szuka sobie nowego mieszkania i mają do wyboru droższy Ursynów i tańszy Tarchomin – ostatecznie wybierają to drugie, dając początki osadnictwu… dobra, to temat na kiedy indziej).

Zabawne jest to, że kiedyś Ursynów wydawał mi się nieogarnięty, nieskończony (odwiedzanie kolegów i koleżanek z podstawówki było niczym wyprawa na koniec świata), a teraz właściwie bez problemu trafię w większość miejsc na nim, mimo rzadkiego zapuszczania się tamże.













piątek, 28 grudnia 2012

Klatki z komórki cz.20

Ostatni chyba w tym roku odcinek cyklu "klatkowego", ale to nie znaczy, że ostatni w ogóle. Tyle jeszcze klatek do zaliczenia, zatem zbieram materiał na następne odcinki.

A dzisiaj na początek dokąd by tu... na Pragie? No, na Bródno. Przecież to nie Praga.



A teraz - dla odmiany - Ursus.




I co by tu jeszcze? Wola, a konkretnie Ulrychów.





czwartek, 27 grudnia 2012

Nowomiejska szaruga

Ciekawe, która z dekoracji nowomiejskich przemówi ludzkim głosem w jedną z kolejnych Wigilii. Stawiam na misia sprzed byłego kina "Wars", który zaapeluje o wyczyszczenie go z ptasich kup.

Niech no ja dorwę tego z tyłu...


Ktoś widział mój szalik?


Planowany tor saneczkowy.

Oddaj! Moje!!!

Że ja miałam operację plastyczną nosa? Ależ skąd!


Płynęlibyśmy szybciej, gdyby pani dziecko nie zabierało ze sobą wszystkich zabawek.


Niech się już skończą te święta i niech ta cholerna rodzina pójdzie już do domu.


Karuzeeeela karuzelaaaaa...


Owco-kozo-pso-whatever.


Aha, to też Nowe Miasto. Nie widać?