wtorek, 31 lipca 2012

Kuźnica - defekty specjalne i niespecjalne

Niebo nad półwyspem Helskim rzadko jest krystalicznie czyste. Pogoda określana jako "polska nadmorska" charakteryzuje się występowaniem dużej ilości różnego rodzaju chmurek, obłoczków, cumulusów i innych baranów, które - odpowiednio podświetlone - dają bardzo przyjemne defekty specjalne. Na przykład takie:






Przerywnik w postaci tęczy, którą nad morzem widziałem chyba po raz pierwszy.






poniedziałek, 30 lipca 2012

Kuźnica

W tym roku już 22 lata minęły, od kiedy przyjechałem po raz pierwszy do Kuźnicy. Urzekło mnie to miejsce od razu. I mimo upływu czasu oraz mimo tego, że wyjazdy nie wyglądają już tak, jak kiedyś, nadal mnie ta wioska fascynuje. Nie wyobrażam sobie (choć zdarzyło się ze dwa razy), by przynajmniej przez kilka dni tutaj nie być. I w tym roku się udało. W nowej lokalizacji, dalej od "centrum", ale gdy się ma wszędzie dziesięć minut pieszo, nie robi to większej różnicy. Ludzi niewiele, co mnie osobiście bardzo odpowiada, ale mieszkańcom, zarabiającym na turystyce i gastronomii już mniej. Że pogoda niekoniecznie plażowa - trudno, mnie to nie przeszkadza; nie lubię leżenia plackiem. Szkoda jedynie, że woda była trochę za zimna na pływanie, ale przecież będą następne sezony, czyż nie?


Widok od strony Zatoki Gdańskiej. Po prawej niedokończona marina, która miała być gotowa na wiosnę, ale jak to u nas... nie jest.


Półwysep Helski to różnego rodzaju iglaki. Te akurat nie pachniały, ale sosny i ich wyziewy to prawdziwa aromaterapia.


Bez plaży nie razbieriosz. Dosłownie i w przenośni.


Św. Barbara we współczesnej wariacji folkloryzującej.



Zbliżenie proletariackiej cegły z Kuźnicy.


Widok w stronę opuszczonej stacji PKP. Znaczy się, pociągi stają, ale nie ma już kasy, nie ma kiosku...
A to fragment elewacji budynku dworcowego.



I jeszcze jeden rzucik na główną ulicę, tj. Helską.



I panorama na koniec.

niedziela, 29 lipca 2012

Jurata

Jurata, snobistyczno-bryzowa, byłą snobistyczna już przed wojną. Pisałem tu w zeszłym roku o książce „Jurata – kurort z niczego”, którą nadal polecam, a która opisuje proces powstawania trędi miejscowy dla haj-lajfu. Lubię w Juracie całoroczną zieleń sosenek. I ten zapach (igieł, nie smażalni ryb). No to spacerkiem przez Juratę zatem.


"Kaper", ośrodek MSWiA.


Troszeńkę moderny, co by się poczuć prawie jak w latach trzydziestych.


Wojciech Kossak, chętnie przyjeżdżający tu latem. Kiedyś to robiłem, ale uczynię raz jeszcze i polecę (poza w/w książką o Juracie) quasi-pamiętniki Magdaleny Samozwaniec "Maria i Magdalena". Jest w nich sporo o rodzinie Kossaków oraz m.in. o ich pobytach w helskim kurorcie.


A to budynek, w którym Kossak spędzał wakacje. Dziś - kawiarnia i galeria "Pracownia".




Trzy widoczki z molo.


Zawsze zastanawiał mnie ten nowy budynek. Miał być chyba monumentalny modernizm a wyszło... no, jak wyszło.


Hotel Lido, przed wojną jedna z oaz elit artystyczno-intelektualno-politycznych. Czyli ludzi sławnych oraz tych, którzy mieli dużo pieniędzy.


Deptak nieopodal molo.

sobota, 28 lipca 2012

Jastarnia

Jeżdżąc do Jastarni przez wiele lat w ogóle nie zwracałem uwagi na drobny fakt, iż posiada ona architekturę. Zawsze było to miejsce, gdzie można kupić lody, ubrania, płyty i kasety oraz pójść do kina w dni atmosferycznie nieatrakcyjne, a nigdy nie było to MIEJSCE. Takim stało się od czasu, gdy zwracam nieco większą niż kiedyś uwagę na to, co fotografuję, oraz od kiedy nie jeżdżę na Hel na trzy tygodnie a zaledwie na dni parę. Podobno mały przysmak smakuje lepiej niż wielka micha kluch i lepiej się go pamięta. To chyba zadziałało w moim przypadku. Im mniej czasu, tym więcej wrażeń.


Zacznijmy od zdizajnowanego jakiś czas temu portu.







A teraz z portu wynosimy się w rejon różnych dziwnych starych domków.



Ep, to nie stary domek. To ratusz sprzed paru lat, stylizowany na... nieważne.


No ale to już proletariacka cegła z Jastarni.


A to chata rybacka z zachowanym wnętrzem; niestety, za każdym razem miałem pecha jeśli o godziny otwierania idzie. Widać trzeba zostawić sobie jakieś atrakcje na następny raz.



Troszkę detali starszych i nowszych...


...a na koniec ociapana styropianem mini-moderna. I żegnamy Jastarnię aż do następnego roku.

piątek, 27 lipca 2012

Gdańsk - Muzeum Archeologiczne

Gdańskie Muzeum Archeologiczne mieściło się niegdyś koło Żurawia, ale od niedawna znajduje się na Wyspie Spichrzów. Było tychże niegdyś aż 360, ale ostał się z zawieruchy wojennej tylko jeden, zwany Błękitnym Barankiem. W nim właśnie umieszczono Muzeum Archeologiczne, nowoczesne, multimedialne, interaktywne i na tyle plastycznie przekonujące, żeby nawet młodzież gimnazjalna uwierzyła, że kiedyś nie było netu a ludzie nie chodzili po ciuchy do centrów handlowych. Nie wiem czy taki przekaz do końca do młodzieży trafi, ale mnie się podobało.


Poniżej niewielki wycinek repertuaru muzealnego. Kto chce całość niech wsiada w pociąg i w jedyne sześć godzin znajdzie się w Gdańsku. Sześć godzin to tak jakby obejrzeć dwa razy pod rząd "Przeminęło z wiatrem". Mnie nie udało się ani razu, ale do Gdańska dojechałem.




Można w muzeum obejrzeć repliki plakietek, które nosili pielgrzymi, jako identyfikatory, na znak że są pielgrzymami a nie np. fan clubem Eleni w przebraniu. To jedna z wielu plakietek - wiadomo chyba czemu wybrałem akurat taką.






Różne dziwne rzeczy, uratowane i odkopane cudem z dość specyficznych miejsc. Na przykład z szamba.



Zrekonstruowano kilkanaście pomieszczeń mieszczańskich: mieszkania, gospody, różnych warsztatów i tzw. punktów usługowych.


Tyle z Ciebie zostanie, jeśli nie będziesz uważnie zwiedzał.


Poza tym można obejrzeć stare fotografie Gdańska, zapoznać się z kulturą miasta portowego, obejrzeć jak wyglądały okolice muzeum przed ich posprzątaniem (dramat) i zadumać się, co by było, gdyby wyspę ktoś porządnie zagospodarował...