sobota, 31 grudnia 2011

piątek, 30 grudnia 2011

Plac Unii Lubelskiej

Lubię ten plac. Raz, że to plac pełną gębą, z wielkomiejskimi kamienicami od północy i rogatkami od południa. Dwa, że cztery lata liceum w pobliżu robią swoje. Kupa wspomnień - lepszych, gorszych, ale na pewno ciekawych.










W tym budynku mieścił się niegdyś Empik (po prawej) a po lewej księgarnia, w której sprzedawano także kasety magnetofonowe. Pamiętam nawet, jaką kasetę kupiłem 1 IX 1990, gdy szedłem na pierwsze rozpoczęcie roku w nowej szkole. Ech.




A już za parę dni - wrażenia z dziury.

czwartek, 29 grudnia 2011

Fauna miejska - odsłona kolejna

Zbiór zwierzaczków, cykniętych gdzieś na przełomie jesieni i zimy.









A to - w ramach bonusu - misiek, którego sfocił ostatnio także Rubeus. Zdjęcie machnąłem sporo wcześniej, niż Rubeus umieścił swoje, ale widzę że ujęcie ze znaczkiem Legii w tle niemal identyczne ;-)Link


środa, 28 grudnia 2011

Defekty specjalne na koniec roku

Niezupełnie zimowe, ale jakoś tak się uzbierało. Nie ma hadeera, ale są ludzie i jest mgła, to się liczy,prawda?






wtorek, 27 grudnia 2011

Bajnajtujemy znów

No bo co robić wieczorem? Ale nie ma tego złego, przynajmniej można sobie obejrzeć miasto w innej szacie. Nie zauważyłem wcześniej, że chodnik przy Jana Pawła pomalowany jest fosforyzującą farbą w różne esy floresy; całkiem zabawnie.












Nie po raz pierwszy i do marca nie po raz ostatni...

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Aleje Ujazdowskie - kamienica "Pod Gigantami"

Bardzo ładna kamienica. Mam do niej i w ogóle do tego kawałka miasta ogromny sentyment, bo najpierw osiem lat podstawówki w bliskiej okolicy a po jakimś czasie pięć lat studiów w równie bliskiej… W środku kamienicy jest knajpa, w której wprawdzie nie byłem (cennik raczej porażający), ale może kiedyś pójdę na samą kawę z wuzetką, by przyjrzeć się wnętrzom domu, który – jakby nie było – jest cackiem mocno przedwojennym.









niedziela, 25 grudnia 2011

NIGHTWISH „Imaginaerum”, Nuclear Blast 2011


Osoby, które przeżrą się przy stole świątecznym, będą odczuwały niemal to, co ten, kto w całości wysłucha najnowszego krążka Finów (i Szwedki) z Nightwish. Mdłości i uczucie przesytu. Z tą tylko różnicą, że być może ze stołu świątecznego będzie się miało w pamięci choć jedną smakowitą potrawę…





Po spektakularnym pozbyciu się poprzedniej wokalistki, Tarji Turunen, Nightwish – na przekór, być może w ramach prowokacji – zatrudnił obdarzoną „zwykłym” (nie-operowo-wyjącym) głosem Anette Olzon i nagrał z nią bardzo przyzwoity, hitowy album „Dark Passion Play”. Wprawdzie zagorzali fani z rozmazanym makijażem na twarzy i depresją w sercach (albo na odwrót) odsądzili zespół od czci i wiary, ale to „Dark Passion Play” okazało się najlepiej sprzedającym się albumem formacji, zbierającym w większości przychylne recenzje. No i co dalej? Ano właśnie.

Mam dwie teorie. Albo frontman i dostarczyciel 99% repertuaru, klawiszowiec Tuomas Holopainen, uwierzył, że cokolwiek by nie nagrał, to i tak będzie fantastyczne, albo brak pomysłów starał się przykryć stworzeniem koncept albumu. Bo „Imaginaerum” to - czego można się dowiedzieć z wywiadów a niekoniecznie z treści krążka – opowieść o umierającym kompozytorze, wspominającym młode lata. Faktycznie, każdy kompozytor z ambicjami po jej przesłuchaniu może poczuć się stary i w trybie natychmiastowym rozstać się z tym łez padołem. Płyta powstała równolegle z kręconym na zamówienie Holopainena filmem na temat wyżej wspomniany. Jeśli film okaże się równie udany co płyta, to niedługo Nightiwsh zakończy karierę, rozgrzewając gawiedź na Dniach Kabanosa w Obcęgowie Wielkim przed Bajmem.

Odczułem lekkie zaniepokojenie już po wysłuchaniu singla „Storytime”, który jawił się jako niezbyt udana kalka znanych z poprzedniego longplaya „Bye Bye Beautiful” i „Amaranth”. Niestety, okazało się, że singiel jest jedną z najciekawszych propozycji na „Imaginaerum”.

W zasadzie nie wiadomo, jak opisać zawartość tego albumu. Najpierw niemrawe, ale na szczęście króciutkie „Taikatalvi”, intro w ojczystym języku większości członków Nightwish, przechodzi w singlowe „Storytime”, tu znacznie dłuższe niż w wersji radiowej (i nawet z korzyścią). I gdyby dalej było hitowo, podniośle, itp., pewnie wyszłoby „Dark Passion Play II”, ale tak nie jest. Formacja pokusiła się bowiem o stworzenie hybrydy pseudofilmowej muzyki orkiestrowej - prawdopodobnie mającą w zamierzeniu nawiązywać do twórczości a to Morricone, a to Badalamentiego – i różnych stylów, znanych już z dorobku Nightwish, bądź nie. Prócz wspomnianego „Storytime” na albumie znajdują się jeszcze kawałki w klimacie poprzednich singlowych utworów Nightwish – „Ghost River”, „I Want My Tears Back” i „Last Ride Of The Day”, z których jedynie ten ostatni posiada jakikolwiek refren, ale i tak bledziutkie to echo piosenek ze starych płyt. Pozostałym kompozycjom brakuje wyrazistych, ciekawych refrenów, które sprawiłyby, że pamiętałoby się cokolwiek poza ogólnym wrażeniem chaosu.





Co jest poza tym? Właściwie wszystko: choćby dziwaczne bluesowo-jazzujące jęczenie Olzon, będące parodią kompozycji z „Miasteczka Twin Peaks” („Slow Love Slow”), nudnawe ballady („Turn Loose The Mermaids” i „The Crow, The Owl and a Dove”, będące wariacjami na temat „Islander” z poprzedniego CD) a także długaśne kobyły („Scaretale”, „Rest Calm”), nafaszerowane do bólu mnogością różnych niepotrzebnych motywów orkiestrowo-chóralnych.

Zatrudniony do nagrania chór, śpiewający „aaa” –„aaa” – „aaa” co pięć sekund miał zapewne kojarzyć się z Karmieniem Barana Carla Orffa, ale zamiast tego wrażenie jest groteskowe. W dodatku utwory w środku przerywane są wstawkami niczym z kiepskich musicali o piratach: wodewilowe melodyjki , wygrywane przez orkiestrę, dopełnia growling Marco Hietali oraz syrenie soprany chórzystek i z trudem przebijająca się przez to wszystko Olzon. Można się popłakać ze śmiechu. Znaczy się, patos i pewna dawka kiczu była ex definitione wpisana w wizerunek i twórczość zespołu, ale do tej pory poparte to było przyzwoitymi, przebojowymi kompozycjami. Szczególnym „osiągnięciem” jest trzynastominutowy „Song Of Myself”, w którym brakuje tylko dziada z babą: chór wyje, gitary łoją, symfonicy popierdują na czym się da, pieśń narasta, Olzon przekrzykuje chór, chór wyje coraz bardziej, jest nawet coś w rodzaju refrenu, zmiany tempa… i nagle w połowie wszystko się urywa a na tle spokojnego pianinka i smyków wokaliści prowadzą jakąś bełkotliwą narrację aż do końca utworu. Osssochodzi?

Na finisz niestrudzony Holopainen zafundował słuchaczom utwór tytułowy, będący mieszanką tematów z płyty w wersji orkiestrowej, z obowiązkowym „aaa” chóru co jakiś czas. Chyba chłopak uwierzył, że jest co najmniej Beethovenem, Musorgskim i Rachmaninowem w jednej osobie.

W wywiadach muzycy podkreślali, że nowa propozycja jest muzycznie logiczną kontynuacją „Dark Passion Play” . Być może istnieje pewna rozbieżność pomiędzy tym, co słyszy twórca a co odbiorca, ale w moim osobistym odczuciu Nightwish nagrał po raz pierwszy album, który jest znacznie gorszy od poprzednika. Do tej pory było w górę, ale nie codziennie jest niedziela…

W wersji deluxe krążek wydany jest podobnie, jak swego czasu „Dark Passion Play” – na drugim dysku całości płyty można posłuchać w wersji instrumentalnej, co niczemu ani nikomu nie pomoże. Grafika we wkładce oraz na dołączonym plakacie przedstawia skrzyżowanie wesołego miasteczka, wioski piratów, statku kosmicznego i innych koszmarków z okładek fantasy rodem. Trzeba przyznać, że „Imaginaerum” to najbardziej zróżnicowana płyta Nightwish – szkoda tylko, że same pieniądze, włożone w produkcję (a słychać je w każdej nucie) nie wystarczyły…



Ktoś na YT jednak skorzystał z okazji, by uwypuklić niezamierzony satyryczny aspekt albumu…