niedziela, 28 lutego 2010

Świdnica cz.2


Poniższe zdjęcia pochodzą spoza ścisłego centrum Świdnicy, co pokazuje jak bogate architektonicznie (i finansowo chyba też, bo domy wyglądają po ludzku a nie jak slumsy z Trzeciego Świata) jest to miasto. W wielu miastach Polski - często większych, co udowodnię wkrótce - teren nadający się do publicznego pokazania kończy się dramatycznie zaraz za rynkiem. A po Świdnicy można chodzić i podziwiać...









A teraz już wracamy na Starówkę by night.





sobota, 27 lutego 2010

Świdnica cz.1



Świdnicę, zwaną kiedyś pieszczotliwie "Schweidnitz", odwiedzam po raz drugi. Tym razem rozpocząłem od punktu programu, którego nie udało mi się zrealizować kilka lat temu, czyli od Kościoła Pokoju, wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W siedemnastowiecznej świątyni, w całości wykonanej z drewna, nie można, niestety, robić zdjęć. Wystrój robi niesamowite wrażenie a żeby go obejrzeć, trzeba odpowiednio wcześniej umówić się z zarządcami. Nie będę przepisywać Wikipedii, więc jak ktoś chce o tym fenomenie poczytać, odsyłam tu.

Świdnicka manufaktura czekolady Chocoffee, istniejąca od lat dwudziestych XXw., jest niezwykle popularna. W kawiarence przy Kościele Pokoju oraz w firmowej pijalni Chocoffee można spróbować czekolady pitnej (to na zdjęciu jest w rzeczywistości wielkości piłeczki pingpongowej) lub kupić ręcznie robione czekoladki o wymyślnych kształtach i równie kosmicznych cenach. Przy Kościele Pokoju można także nabyć czekoladki z wyobrażeniem świątyni.



Świdnica podczas wojny szczęśliwie nie została zniszczona, dzięki czemu możemy podziwiać jeden z największych zespołów oryginalnej architektury zabytkowej w Polsce. Niestety, w latach sześćdziesiątych rozebrano część starówki (niewielką, ale zawsze), wstawiając w jej miejsce bloki. Żeby pokazać wstrętnym Niemcom, że my też umiemy coś bez sensu rozwalić.


Rynek w Świdnicy prezentuje się, jak widać powyżej i poniżej. Latem czynne są fontanny, obecnie przysypane nieco śniegiem. Miasto jest eleganckie i odnowione. Swego czasu Świdnica, mimo iż mniejsza, konkurowała z Wrocławiem.



Na rynku, jak w wielu miastach (Łódź, Poznań, Warszawa - nie chodzi mi o rynki, tylko o patent), ustawiona jest od pewnego czasu ławeczka z figurą, przy której można sobie usiąść i zrobić zdjęcie. W Świdnicy rolę ławkowej maskotki pełni Maria Kunic, siedemnastowieczna astronom, autorka dzieła "Urania propitia" z tablicami astronomicznymi.


Na uliczkach prowadzących do rynku podziwiać można wiele monumentalnych, bogato zdobionych kamienic.


Apteka "Pod bykami" uważana jest za jeden z najstarszych świdnickich domów.





A to katedra św. Wacława i św. Stanisława, z ponad stumetrową wieżą, jedną z najwyższych w Polsce. Jedne źródła podają, że jest trzecia, inne że czwarta, inne że piąta pod względem wysokości.

c.d.n

czwartek, 25 lutego 2010

środa, 24 lutego 2010

Kłodzko

Kłodzko, trzydziestotysięczne miasto na Dolnym Śląsku, odwiedziłem po raz pierwszy kilka lat temu.Większych zmian nie odnotowałem, poza tym że późna pora i niezbyt przyjemna pogoda uniemożliwiły mi odwiedzenie wszystkich miejsc, które miałem zamiar, m.in. widocznej po prawej stronie zdjęcia twierdzy, całej oblodzonej i zasypanej śniegiem. Ale co nacykałem, to moje.



Podróżnych,wysiadających z peronu "Kłodzko miasto" (dworca jako takiego w centrum nie ma; kasę stanowi barak, ustawiony na jednym z peronów), wita eleganckie przejście podziemne z kunsztownymi witrażami.


Dalej jest już znacznie lepiej - spora część kłodzkiej starówki jest odnowiona. Z pewnością dobrze zrobiło to licznym dekoracjom, które bliskie były samodzielnego odłączenia się od budynków, na których wisiały.


Kłodzka nie zdołała zniszczyć wojna, ale nie znaczy to, że nie został zniszczony. W wyniku osunięć tektonicznych, jakie miały miejsce w latach 50 XXw. rozebrano część starówki (oczywiście, z tego większość zupełnie niepotrzebnie) i postawiono klocki. Starówkę zaczęto rewitalizować już w latach 90 (z przerwą na powódź) a największe z remontów ukończono w 2009 r.


Kłodzko ma także coś w rodzaju miniaturki słynnego Mostu Karola w Pradze - prowadzący na starówkę gotycki most wygląda, jakby żywcem był przeszczepiony znad Wełtawy.



Rynek kłodzki jest w zasadzie nieprzejezdny (co doskonale widać na załączonym zdjęciu) i całkiem spory.


O ile tereny poza starówką wymagają jeszcze pewnego nakładu pracy, ścisłe centrum jest turystycznie przyjazne.


Kolumna na rynku - z tyłu za nią widać pierzeję, którą wyburzono po wojnie w imię walki z osunięciami terenu. Obecnie stoją tam bloki, stylizowane na kamienice.



A to kłodzki ratusz w całej okazałości. Obecny wygląd zawdzięcza odbudowie po pożarze, który miał miejsce pod koniec XIX wieku.


Poza rynkiem różnie bywa - tu np. można zobaczyć dziwoląg. Z rozebranego domu uratowano dół, a konkretnie narożne wejście z ozdobnym portalem. Górę nadbudowano w stylu blokowym.


Wszechobecny na tych ziemiach Jan Nepomucen.


A to eee oryginalna dekoracja w jednej ze starówkowych restauracji (na szczęście kucharz wykazał się lepszym smakiem niż dekorator wnętrz).


Kłodzko nie ma jako takiego osobno zorganizowanego transportu miejskiego; zajmuje się nim PKS Kłodzko.

wtorek, 23 lutego 2010

Letohrad



Letohrad to naprawdę malutkie, ale niezwykle urocze miasteczko. Sześciotysięczna mieścinka do 1950 nosiła nazwę Kysperk. Leży nieopodal wspomnianego poniżej Usti nad Orlici i jest bardzo doń podobne.




Pełen zabytkowych kamieniczek Letohrad leżał sobie odłogiem przez wiele lat, ale w latach 90 XXw. rozpoczęto jego gruntowny remont, dzięki któremu starówka wygląda bardzo reprezentacyjnie, czego przykładem niech będą fasady budynków na zdjęciach. W tym miejscu pozdrawiam ponownie Zgorzelec, Kowary i Bystrzycę Kłodzką.



Obowiązkowy w większości czeskich miasteczek jest rynek z kamienicami niskimi, ale za to z podcieniami. Na środku - oczywiście - kolumna morowa (1725).



W dawnej zbrojowni działa dziś bardzo elegancka i - jak to w Czechach - niedroga restauracja. Wpadają tam wszyscy, którym niezbyt odpowiada nadmiar lokalnego kolorytu w restauracjach przy rynku. Zabawne - choć nie dla obsługi - są wprowadzone tam zwyczaje, dotyczące pracy kelnerów. Podczas gdy stoliki ustawione są pod ścianami, na środku stoją nieruchomo, w szeregu, wszyscy zatrudnieni w restauracji kelnerzy i sokolim wzrokiem obserwują obsługiwane przez siebie stoliki. Gdy tylko zauważą, że choćby jedna osoba siedząca przy stole dokończyła posiłek, natychmiast biegną zabrać talerz, odnoszą do kuchni i wracają na swoje stanowisko na środku sali. Trochę niezręcznie się człowiek czuje pod stałą obserwacją, zwłaszcza że kelner, by sprawdzić, czy wypiło się herbatę w nieprzezroczystej filiżance, musi wręcz zajrzeć do jej środka. Szkoda mi ich było (kelnerów, nie filiżanek), bo domyślam się, że to zasada wprowadzona przez management a nie spontaniczny ruch ze strony obsługi. Nie wiem, jaki był tego zamysł, ale efekt jest raczej irytujący.


A to lampa w powyżej opisanym budynku.



Jedną z letohradzkich atradzki jest zamek o podobno barokowym wystroju. Podobno, bo ze względu na dość specyficzne pory udostępniania (otwierany o niektórych pełnych godzinach), nie dane mi było tego stwierdzić. Za zamkiem rozpościera się park, zapewne atrakcyjny wiosną lub latem - zimą niestety składający się z połaci śniegu. Może jest to powód, by jeszcze tu kiedyś wrócić.





Architektura centralnych ulic miasta jest, jak widać, dość zróżnicowana, choć niewysoka. Dalej poza ścisłym centrum są bloki. Ogólnie Letohrad sprawia wrażenie miasta większego niż jest w rzeczywistości.


Jeszcze odbicie zamku...

Miłośnicy sztuki rzeźbiarskiej, powstałej za poprzedniego ustroju, powinni być usatysfakcjonowani.


Niektóre rzeczy są w kraju naszych południowych przyjaciół niezmienne...
(Przy okazji polecam książkę "Gottland" Mariusza Szczygła, jeśli ktoś jeszcze nie czytał).