czwartek, 8 grudnia 2016

Klatki z komórki cz.170 - Gdy Ci oko pęka, pewnie to Białołęka

Nieco przyspieszamy i dzisiejsza klatka jest już klatką, uwiecznioną we wrześniu. Poza tym to klatka specjalna, bo z samej Białołęki, więc proszę zdjąć buty i - przed wejściem do mieszkania - zostawić na korytarzu.

A tak swoją drogą, to nie wierzyłem, dopóki sam nie zobaczyłem, że niektórzy mieszkańcy nowych bloków (w starych tego chyba nie ma) mieli zwyczaj pozostawiać obuwie przed wejściem do mieszkania oraz wystawiać obok worki ze śmieciami, które znosili dopiero rano do kontenera. I to w różnych dzielnicach, żeby nie demonizować akurat tej.

środa, 7 grudnia 2016

Dawno nie było wolskiego ruderzyzmu. Zdaje się.

Wolski ruderzyzm nie jest może jakimś szczególnie radosnym tematem, ale jak tu być radosnym, gdy niebo bure, większość dnia jest ciemna, składanka Phila Collinsa świetnie się sprzedaje a o magii świąt to już się wypowiadałem. "Wiosna majem wróci", jak śpiewały Filipinki, a na razie, ponieważ nie możemy oglądać wiosny, pooglądajmy Wolę.


Na koniec taki mały bonusik...

wtorek, 6 grudnia 2016

Świąteczny paw, iluminacja, magia świąt i atmosfera rodzinnego stołu - czyli coś na Mikołajki



Nieuchronnie zbliża się sezon, w którym co wrażliwsi ludzie starają się rękami i nogami obronić przed opadającą zewsząd dzwoneczkowym rzygiem magią świąt. Nawet nie włączając telewizora (a przynajmniej starannie omijając reklamy) i nie wchodząc do dużych centrów handlowych właściwie nie sposób uciec przed puszczanym nawet w byle warzywniaku koszmarkiem Wh(chł)amu „Last Christmas” – piosenką zupełnie nieświąteczną, nawiasem mówiąc – oraz stekiem bzdetów reklamowych, gdzie „świąteczne oferty” dotyczą wszystkiego, od pampersów do schabu z kością.


Być może mój stosunek do świąt – w szczególności tych grudniowych -  potęguje absolutna i nieodwołalna niechęć do spotkań „w rodzinnym gronie przy świątecznym stole”, które zawsze – bez wyjątku – wspominam jako najgorszy koszmar, szczególnie że nienawidzę spotkań przy stole jako takich oraz samego menu wigilijnego. Karp, jak by go nie przyrządzić, ma dla mnie smak jakiejś padłej w błocie zwierzyny, która przeleżała w owym błocie niemal tyle, co prekambryjskie odciski paprotek w kamieniu. Kompot z suszu to w moim odczuciu ciecz o smaku herbatki ziołowej na zaparcia, w której rozpuszczono stare gazety. Śledzia jem raz na pół roku i niekoniecznie musi paść akurat na Wigilię. Wszelkiego rodzaju pasze typu kutia, kluski z makiem itp. – nie. W zasadzie jadalna jest dla mnie tylko zupa grzybowa i/lub kapusta z grzybami, ale żeby od razu z powodu takiej potrawy robić zadęcie i spraszać całą rodzinę, to tego nie pojmuję. Oczywiście, w Wigilię królują potrawy „postne”, co polega na tym, że każdy wpierdala tyle, że go żołądek boli, ale przecież jest postnie.


Żeby nie było – nie uważam żeby cokolwiek ze mną było w tym zakresie nie w porządku. Ale wszechobecny świąteczny terror rodzinno-dobroczynno-magiczno-prezentowy jest dla mnie czymś absolutnie obcym ideologicznie.


Za to świetlne dekoracje lubię pooglądać i wcale nie muszą się – jak dla mnie – niewolniczo wiązać ze świętami. A umiejscowiony przy Parku Ujazdowskim paw to najbardziej trafne oddanie mojego stosunku do świątecznej magii. 











poniedziałek, 5 grudnia 2016

Baletnica na Moliera




Nawet nie zauważyłem, jak w Warszawie przybył - po cichu, bez większego rozgłosu - nowy pomniczek. Poświęcony jest artystom baletu polskiego i ustawiony na mini-skwerku przy Teatrze Wielkim, vis a vis szkoły baletowej na Moliera. Może nie jest to arcydzieło na miarę, ale po pierwsze "nie jest tak źle", po drugie "mogło być gorzej", po trzecie - gorsze koszmary są stawiane tu i ówdzie.