piątek, 1 września 2017

Ritchie Blackmore's Rainbow - Live In Birmingham 2016 (Eagle/Universal 2017)


Skrótowo dla niewiedzących. Ritchie Blackmore to legendarny hardrockowy gitarzysta brytyjski.
W 1968 Ritchie z kolegami założył Deep Purple.
W 1975 Ritchie Deep Purple opuścił i założył Rainbow.
W 1984 rozwiązał Rainbow i reaktywował Deep Purple.
W 1993 odszedł od Deep Purple i znów założył Rainbow.
W 1997 rozwiązał Rainbow i założył z żoną Blackmore's Night.
W 2016 pod szyldem Rainbow dał trzy koncerty.
C.d.n.?

Niektórym po latach brakuje na wódkę i na prywatnego geriatrę, dlatego Ryszard Blekmór w 2016 roku postanowił reaktywować swój legendarny band Rainbow i dać z nim trzy koncerty: dwa w Niemczech, jeden w Birmingham. Dwa niemieckie ukazały się we fragmentach na DVD, natomiast ponoć najlepszy, ten z Anglii, dopiero teraz jako podwójny album audio. Birmingham to miasto, gdzie zarejestrowano ostatni "rockowy" występ Blackmore'a z Deep Purple z 1993 roku, gdzie obrażony Człek W Czerni wychodzi na scenę dopiero w połowie "Highway Star" a potem rzuca kubkiem z wodą w kamerzystę. Przy okazji- "reaktywacja Rainbow" to zbyt wielkie słowo: jedynym łącznikiem między starymi składami Rainbow (a formacja nie nagrała nigdy dwóch płyt w takim samym składzie) jest sam Ojciec Założyciel, któremu towarzyszy tragiczna sekcja rytmiczna z Blackmore's Night, klawiszowiec ze Stratovarius i żona dyrektora w chórkach. A, no i nowy wokalista, o nim później.


Set brytyjski różni się ciut od niemieckich, ale na 16 kawałków aż 9 to utwory Deep Purple. Czyli jest ich nadal więcej niż kompozycji samego Rainbow, którego to był koncert. Brak choćby "I Surrender" (które Rainbow ostatnio zarejestrowało na nowo z, eee, automatem perkusyjnym). Wokalista, Ronnie Romero, jest z Chile i, niestety, w paru miejscach boleśnie kaleczy wymowę. Dysponuje przyzwoitym i jednocześnie nijakim głosem, śpiewając wszystko jedną manierą, "ochrypłego rockmana, któremu nieco przytrzasnął się rozporek" - jest to może i bezpieczne, bo nie musi operować tonacjami, ale męczące po czwartym kawałku, zaśpiewanym w ten sam sposób. A ma tutaj pole do popisu - repertuar z koncertu wykonywali przed nim Ronnie James Dio ("Man On The Silver Mountain", "Catch The Rainbow", "Long Live Rock'n'Roll", "Stargazer"), Graham Bonnet ("Since You Been Gone"), Joe Lynn Turner ("Spotlight Kid"), David Coverdale ("Soldier Of Fortune") czy Ian Gillan (cała reszta poza instrumentalnym "Difficult To Cure", czyli rockową trawestacją "Ody do radości"). Dodatkowo Romero niszczy dramaturgię niektórych utworów, podśpiewując fragmenty zwrotek tuż na wstępie instrumentalnym, zanim dane kawałki faktycznie do nich dojdą. Inna sprawa, że warstwy instrumentalnej tak bardzo nie szkoda, bo to, co robi np. perkusista, woła o pomstę do kotłów ze smołą. Sam Ryszard nie przebiera paluchami już tak biegle, jak w czasach, gdy Rainbow święciło triumfy, ale jak na sto osiemdziesiąt tysięcy lat i tak daje radę, zwłaszcza otoczywszy się miernymi muzykami. Gdy Rysiek wymiata sola, słychać, że to on, że jest jeden, niepodrabialny, i chwała mu za to, ale nie za ten skład. Moje wątpliwości budzi natomiast wykastrowanie "Since You Been Gone" i "Smoke On The Water" ze wstępów i śpiewanie pierwszej zwrotki a capella, podczas gdy kapela zaczyna grać dopiero od refrenu. Cóż, widocznie skoro nie może być lepiej, to niech będzie inaczej.





Oczywiście, ciekaw byłem przede wszystkim kompozycji, których nie było na DVD, czyli purplowskich kawałków z ery Davida Coverdale. Ogniskowe "Soldier Of Fortune" nawet sympatycznie wyszło, odśpiewane z wokalistą przez publiczność, i gdyby Romero nie pokusił się o zapianie na końcu, co brzmiało jak dramatyczne miauczenie kastrowanego kota, byłoby jeszcze lepiej. "Burn" także zabrzmiało nieźle, poza kilkoma wpadkami intonacyjnymi (partia Glenna Hughesa położona totalnie - cóż, nie każdy jest starą, rozpaczającą Murzynką). Poza tym po staremu - raz lepiej, raz gorzej. Niektóre utwory pozbawione są energii, jaką miały zarówno w podstawowych wersjach studyjnych, jak i w starych wykonaniach live ("Spotlight Kid"), inne skaszanione okrutnie (niepotrzebnie sparodiowane "Child In Time", w którym Romero nie daje rady i nie pomaga mu też próbujący zagłuszyć go żeński chórek, oraz "Stargazer", gdzie najzwyczajniej w świecie orkiestra sobie a wokalista sobie, tylko się spotkać nie mogą), inne w miarę. Poza wspomnianym "Child In Time" mam wrażenie, że utwory Deep Purple wypadły lepiej niż kompozycje Rainbow. Dobrym pomysłem było zatrudnienie żony dyrektora i koleżanki w ramach chórku, bo odtworzone są dzięki temu wielogłosowe refreny tęczowych pieśni. Zresztą, pani Isra..., przepraszam, Candice Night, jest miłosiernie wkomponowana w tło i właściwie w tej roli sprawdza się najlepiej. Zresztą, już podczas koncertów Rainbow w 1995 roku pełniła taką funkcję - dopiero potem Rychu sporządził dla żony niby-renesansowy ansambl, Blackmore's Night.


Jakość dźwięku jest nawet niezła, ale na wszelki wypadek czytamy na okładce, że “This is a soundboard recording. Every effort has been made to achieve optimum and uniform sound quality.” Czyli że nagranie z konsolety, co ma swoje plusy i minusy. Koszmarna jest natomiast okładka, sugerująca, iż gigantyczny Blackmore połknął klawiszowca. Zresztą, wkładka sama w sobie to zaledwie osiem stron z kilkoma zdjęciami, składem i zestawem utworów. W zasadzie to powinniśmy się cieszyć, że ta płyta wyszła, bo jest dowodem na to, iż dwie dekady pitolenia w rajtuzach leśnego dziadka jeszcze nie pozbawiło Rycha chęci do rocka. Niestety, pozbawiło go nieco słuchu, jak można wnioskować po doborze muzyków.



CD1
1. Highway star
2. Spotlight kid
3. Mistreated
4. Since you been gone
5. Man on the silver mountain
6. Soldier of fortune
7. Difficult to cure (Beethoven’s ninth)
8. Catch the rainbow
CD2
1. Perfect strangers
2. Long live rock’n’roll
3. Child in time
4. Stargazer
5. Black night/woman from Tokyo
6. Burn
7. Smoke on the water

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz