czwartek, 19 listopada 2015

URIAH HEEP Progresja, 17 listopada 2015




Uriah Heep już raz wystąpili w warszawskiej Progresji, jeszcze w jej poprzedniej lokalizacji. Było to pięć-sześć lat temu przy okazji promocji albumu „Wake The Sleeper”. Od tej pory trochę się w zespole zmieniło: po okresie marazmu pojawiło się sporo nowych – i całkiem przyzwoitych – nagrań. Niestety, z przyczyn obiektywnych uległ także zmianie skład formacji – zmarł jej wieloletni basista Trevor Bolder a jego miejsce zajął młodszy o czterysta lat od pozostałych muzyków Dave Rimmer.





Trasa „Rock The Haus Tour” miała kilka etapów i koncert w Polsce był pierwszym w nowej serii. Dlatego repertuar do końca pozostawał, w pewnym sensie, niespodzianką, choć wszyscy dostali to, co chcieli. Ciekawostką było zagranie dwóch mega hiciorów („Gypsy” i „Look At Yourself”) już na samym początku. Publiczności nie trzeba było dodatkowo zachęcać do zabawy i wspólnych zaśpiewów, szczególnie że repertuar Uriah Heep obfituje w konkretne ilości chóralnego aaaaaaa, chętnie podchwytywanego przez słuchaczy. Bernie Shaw, wokalista o najdłuższym stażu ze wszystkich wokalistów grupy, był w znakomitej formie i bez wysiłku wyciągał wyższe partie. Te pozostałe także. Reszta muzyków również świetnie się prezentowała, a że kawałki, które Uriah Heep wybrali do setlisty, wymagają pewnych umiejętności, panowie mogli się popisać. Wprawdzie nie jestem entuzjastą onanistycznych, niekończących się solówek - a środek „Magician’s Birthday” wyglądał tak, że przed gawiedzią zostali sami gitarzysta i perkusista, no i było rzeźbienie, które zapewne skończyłoby się w lutym 2017, gdyby pozostali członkowie zespołu nie wrócili po jakimś czasie na scenę – ale w większości numerów soczyste popisy były jak najbardziej na miejscu i odpowiedniej długości.



Trasa prawdopodobnie promuje ostatnie wydawnictwo grupy, „Outsider”, bo wyrafinowana dekoracja, składająca się z płachty, jakie można oglądać na rusztowaniach przy placach budowy, przedstawiała grafikę z tejże. Niestety, nowe piosenki były zaledwie trzy - przy poprzedniej odsłonie tournee zespół wykonywał ich pięć i opuścił, oczywiście, te najlepsze. Pozostałe nie były złe, ale tamtych szkoda. Energiczne „The Law” może nie do końca mnie zachwyca, ale już takie „Can’t Take That Away” z efektownymi chórkami i singlowe, melodyjne „One Minute” znakomicie pasowały do repertuaru klasycznego. Bo tego dnia zabrzmiały, poza wymienionymi nowościami, jedynie lata siedemdziesiąte. Heep postanowili zignorować całą swoją twórczość od albumu bodajże „Firefly” aż do płyty najnowszej, i zagrali tylko samego „besta”. Ma to swoje plusy, bo niektórzy ludzie nigdy nie słyszeli na żywo „Bird Of Prey” czy „Rainbow Demon”. Z drugiej strony bardziej podobał mi się jednak odważniejszy eksperyment podczas poprzednich występów w Polsce, kiedy to Heep wykonali cały nowy album, przetykając go klasycznymi kompozycjami. Acz koncert w 2015 rok był znacznie lepszy pod względem organizacji i jakości dźwięku, co zapewne jest efektem innej lokalizacji.



Wiadomo było, że będzie „Easy Livin’” czy „July Morning” (brawurowo wykonane), ja jednak bardzo ucieszyłem się, słysząc zapomniane nieco kawałki z późniejszych lat siedemdziesiątych: „Hanging Tree” i wykonane jedynie przez Shawa i Phila Lanzona na klawiszach „Wise Man”. A, zresztą, spisałem cały zestaw, proszę, oto on.


Gypsy, Look At Yourself, Hanging Tree, Rainbow Demon, The Law, Sunrise, Stealin', Magician's Birthday, Wise Man, The Wizard, One Minute, Can't Take That Away, July Morning, Lady In Black, Bird Of Prey, Easy Livin'



Nie pozwólmy jednak, by plusy przesłoniły nam… itp. Przecież nie napisałem jeszcze nic o supporcie, a tenże się pojawił i, niestety, grał przez trzy kwadranse… Przybyły ze Skarżyska-Kamiennej zespół ma dwa wcielenia (ale nie wiem, które z nich jest alter ego, a które bytem zasadniczym): Night Mistress (i to wcielenie ma repertuar w języku angielskim) oraz Nocny Kochanek (to po polsku). Muzycznie nie było to nawet jakieś bardzo złe, takie tam połączenie stylistyki Helloween, Iron Maiden i miejscami jeszcze paru innych rzeczy – niestety, bez zapamiętywalnej melodii, co powodowało, iż dłuższe obcowanie z tą twórczością było raczej uciążliwe. Najpierw poleciały piosenki angielskie, a w drugiej części… no właśnie. Nocny Kochanek jest w zamierzeniu tworem pastiszowym, nieco nabijającym się z hejwimetalowej stylistyki, mieczy, smoków itp. Ale raz, że to, co panowie zrobili na jajo, było bardziej przebojowe niż to, co robią na poważnie. Dwa, że te żarciki w tekstach były niczym komedie z Cezarym Pazurą – miało być śmiesznie a wyszło, jak wyszło. Nie odmówię grupie umiejętności technicznych a wokaliście sporego głosu (występował też na czele formacji Ex Libris, rozgrzewającej przed majowym koncertem Def Leppard), ale to chyba jeszcze nie to.



Nieważne, mam z koncertu Uriah Heep bardzo miłe wspomnienia oraz nową czapeczkę.


1 komentarz:

  1. Eh, Jurajów słuchałem ostatnio chyba jeszcze w latach 70. Albo może na początku 80. Nawet nie wiedziałem, że jeszcze żyją (no, przynajmniej w większości). Zacna to grupa była, choć dawno mi się znudziła ;-)

    OdpowiedzUsuń