środa, 4 listopada 2015

EUROPE Progresja 3 listopada 2015





W telewizji od jakiegoś czasu leci sobie reklama modnego samochodu, w którym niemodny "metalowy" zespół gra niemodną muzykę. W ramach podkładu puszczono największy, acz nie jedyny przebój Europe, The Final Countdown -  wszystko w tonie prześmiewczym, że obciach i że „tak się już nie gra”. Biorąc pod uwagę tłum, jaki wypełnił Progresję, a także pytania ludzi przed wejściem, czy mamy bilety do odsprzedania, Szwedzi na swoje bycie demode chyba nie mają prawa narzekać. Co więcej, mniemam iż publiczność nie wydała kasy na bilety tylko po to, by usłyszeć jedną piosenkę.


Zespół, mimo iż lata największej popularności ma za sobą, od momentu reaktywacji w 2004 roku jest bardzo aktywny, nagrywa płyty na mniej więcej równym poziomie, ale gra już zupełnie inaczej niż w beztroskich latach 80. Obecne brzmienie Europe ciąży w kierunku hard rocka - Led Zeppelin, Rainbow czy Deep Purple stanowią bardzo czytelną inspirację, od której muzycy się, zresztą, nie odżegnują. Europejczycy ze Skandynawii postawili na nowości - klasycznych hitów (Carrie, Rock The Night, moje ulubione Ready Or Not, Superstitious i wiadomo co na koniec) nie zabrakło, ale większość repertuaru to rzeczy nowe, w tym aż sześć z wydanej niedawno płyty "War Of Kings". Szczególnie wyróżniał się mocarny utwór tytułowy i efektowne Nothin' To Ya, ale i pozostałym niewiele brakuje. Poza tym było kilka rzeczy z albumów niedawno nagranych (świetne Last Look At Eden, Firebox z chyba najmniej udanej poprzedniej pozycji w katalogu grupy), były też pojedyncze starocie z "Wings Of Tomorrow" oraz obowiązkowe "zienkuje barzo" i "ziubrówka" (ach, te priorytety artystyczne). W sumie zespół wykonał osiemnaście piosenek – szczegóły dla zainteresowanych pełną tracklistą tutaj.


Scenografia była w zasadzie żadna (płachta z logo), jedynym bajerem były efektowne, choć skromne - czytaj: tanie - światła. Ale publiczność nie przybyła na show z dmuchanymi świniami czy repliką statku kosmicznego, tylko na koncert rockowy - i to właśnie otrzymała. I to bardzo dobrej jakości.


Supporty przed Europe były aż dwa. Krajowa Coria - młody zespół, grający melodyjnego rocka - zrobiła na mnie nawet dobre wrażenie. Słychać że chłopaki mają kilka fajnych pomysłów na melodię i że umieją grać. Niestety, tylko tę drugą cechę odnotowałem w przypadku Vintage Caravan, supportu z Islandii. Cóż, Islandia to mały kraj. Ma jakichś dwudziestu mieszkańców a akurat ci trzej kupili sobie instrumenty. Trio a la Cream/JH Experience próbowało udawać, że jest zaginionym (szkoda że nie bardziej skutecznie) psychodelicznym ansamblem z Woodstock. Melodie były porażające niczym gra aktorska Joanny Brodzik, za to środek każdego utworu rozsadzało rozmemłane jamowanie w nieskończoność. Według Vintage Caravan zespół psychodeliczny to taki, który nie wie, kiedy i jak skończyć utwór, więc na wszelki wypadek gra dalej. Ciekawostką był natomiast fakt, iż spośród trzech występujących tego dnia zespołów jedynie nieszczęsny Vintage Caravan miał sklepik z gadżetami (były nawet winyle), zatem tym razem udało mi się zaoszczędzić trochę kasy.


Gdyby supporty nie zajęły łącznie niemal tyle samo czasu, co główna gwiazda (sam występ Europe to zaledwie 90 min.), wcale bym się nie obraził. Nie obraziłbym się również, gdyby nowa płyta Europe była bardziej w stronę „Last Look At Eden” a nie „Bag Of Bones”. Ale to takie tam marzenia na dalszą przyszłość… w każdym razie z koncertu wyszedłem bardzo zadowolony i całkowicie zeuropeizowany. Do przodu, Polsko, do boju, Polsko.




2 komentarze:

  1. co jak co, ale zachęciłeś mnie do rzucenia uchem na ten (tę? to?) Vintage Caravan.

    OdpowiedzUsuń
  2. Miło poczytać, że czasem Ci się coś podoba -o "supportach".

    OdpowiedzUsuń