piątek, 13 listopada 2015

DEF LEPPARD „Def Leppard” Ear Music 2015



Jest takie powiedzenie o złapaniu wiatru w żagle. Chyba można odnieść je do obecnej kondycji zespołu Def Leppard, który przygotował nowy materiał i opatrzył go jedynie własną nazwą. O ile poprzedni krążek, "Songs From The Sparkle Lounge" nie do końca dawał pojęcie o kierunku, w jakim leppardzi chcą podążyć (jakieś dziwne ficzeringi countrowe oraz wydane zaraz potem DVD ze wspólnych występów z Taylor Swift - ojezusmaria), to świeżutki "Def Leppard" od pierwszych taktów singlowego "Let's Go" mówi wprost: robimy krok wstecz. Ale - wbrew pozorom - to ten właściwy kierunek.



Po latach poszukiwań i miotania się między niemelodyjną pseudo-alternatywą ("Slang"), kiepskimi przeróbkami bez inwencji ("Yeah") czy balladami, godnymi boysbandów ("X") załoga z Sheffield powraca z tym, za co kochają ją fani. Zresztą, tegoroczny majowy koncert na Torwarze udowodnił frekwencyjnie, iż wielbicieli wcale nie ubywa. Grupa z zasady nie prezentuje nowego materiału na koncertach, dopóki nie ukaże się płyta, ale już teraz kilka pewniaków można śmiało wyłowić. "Dangerous" - refren wyjęty żywcem z lat 80, wykonawczo pełne zaangażowanie i entuzjazm. To drugi singiel, znacznie lepszy od wspomnianego „Let’s Go”, które i tak jest bardzo przyjemne. Dalej mamy "Man Enough" - fantastycznie "krocząca" sekcja w zwrotkach (trochę w stylu „Another One Bites…” Queen – muzycy DL nigdy nie unikali przyznawania się do inspiracji Królową, wystąpili zresztą na pamiętnym koncercie pamięci Freddiego Mercury ćwierć wieku temu), znakomity riff w refrenie i - no właśnie - nareszcie wracają bajeranckie efekty produkcyjne: echa, pogłosy, jakieś dziwne dźwięki i, naturalnie, cała masa chórków. Hiciaste jest też żwawe „Invincible”, przy którym noga sama tupie, "Sea Of Love" osadzone jest w estetyce nie tyle lat 80, co dekadę wcześniej – tu odzywa się fascynacja zespołami typu T. Rex (kower tychże znalazł się na nieszczęsnym albumie „Yeah”). Miłośnicy okrzyków i zaśpiewów w stylu "OoooOooooO" będą zachwyceni "Energized" a fani stadionowych refrenów polubią "All Time High". Jedyne, czego nie mogę przełknąć, to harcerskie rzępolenie w "Battle Of My Own", pozbawione ciekawej melodii i refrenu.


Album jest długi i - rzecz jasna - z 14 piosenek ze dwie-trzy można by bez żadnego uszczerbku wyrzucić na strony B singli. Nie ma tu natomiast ewidentnych wpadek w stylu beczącego countrowca (Tim McGraw w „Nine Lives” – masakra). Joe Elliott wziął się jakiś czas temu za siebie i śpiewa, mimo już ponad pięciu krzyżyków, bardzo sprawnie a w ostatnim utworze używa nawet falsetu.


Nie da się ukryć, że w wielu miejscach grupa nawiązuje do własnej przeszłości, ale - ponieważ czyni to w obrębie naprawdę udanych kompozycji - można się powstrzymać przed zarzuceniem jej gryzienia własnego ogona. Zresztą, po to Def Leppard wypracowali sobie własny styl, żeby z tej formuły korzystać. Podstawą są dobre, chwytliwe piosenki a tych na płycie nie brakuje. Nikt nie oczekuje (a szczególnie fani) od Rolling Stones, Motorhead czy Iron Maiden, żeby nagle zaczęli grać inaczej, bo zazwyczaj takie próby kończą się katastrofalnie (vide ostatnie przebieranki Maidenów za zespół progresywny), natomiast fajnie by było coś z tych nowych pieśni zapamiętać na dłużej. I jest na to spora szansa, bo „Def Leppard” to bardzo miła niespodzianka.



Taka ciekawostka: tytuły dwóch kolejnych na płycie utworów ("We Belong" i Invincible") są jednocześnie tytułami przebojów Pat Benatar, ale to, oczywiście, zupełnie inne utwory.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz