wtorek, 12 lutego 2013

CLANNAD Stodoła 10 lutego 2013





Trudno w to uwierzyć, ale Clannad gra już czterdzieści lat z okładem. I nadal robi to doskonale, choć – niestety – ostatni album studyjny, „Landmarks”, ukazał się w 1998 roku. Ponoć grupa przygotowuje nowy krążek na ten rok, ale uwierzę, gdy zobaczę. Na razie ukazało się ukradkiem DVD „Christ Church Cathedral”, pierwsze w historii grupy. O tym kiedy indziej.

Irlandczycy przyjechali po raz pierwszy do Polski w 2008 roku – dali wówczas wspaniały, magiczny koncert w Operze Leśnej. Upalna, letnia noc i drzewa wokół sceny to scenografia chyba najbardziej odpowiednia dla tego typu twórczości. Połączenie tradycyjnych brzmień irlandzkich z muzyką pop (z naciskiem jednak na klimat tego pierwszego a nie na przebojowość tego drugiego) okazało się lata temu strzałem w dziesiątkę i Clannad od dawna uprawia swoje poletko, czarując nowe pokolenia słuchaczy dźwiękami stworzonymi od nowa bądź zaczerpniętymi z tradycji i kultury kraju ojczystego.

Polski koncert nie promował w zasadzie żadnego nowego wydawnictwa (o DVD i płycie live z tym samym materiałem zespół się nie zająknął), niemniej zainteresowanie było tak wielkie, że bilety rozeszły się w mgnieniu oka i grupa zdecydowała się przygotować dodatkowy występ w ciągu dnia. Uczestniczyłem w tym drugim w kolejności koncercie, który miał się odbyć jako pierwszy – w ogóle to po raz pierwszy byłem w koncercie w Stodole na siedząco. Obawiałem się o widoczność, na szczęście jednak scena znajduje się na podwyższeniu i można było – nawet z bocznych miejsc – doskonale widzieć, co dzieje, a także słyszeć, co nie zawsze jest regułą. Zespół pojawił się w klasycznym składzie (Moya Brennan, jej dwaj bracia Pól i Ciarán oraz wujowie, bracia-bliźniacy Noel i Padraig) a dodatkowo towarzyszyli mu klawiszowiec i perkusista.

Występ rozpoczął się o 20:00. Przy płynących z taśmy dźwiękach „Ri Na Cruinne” z albumu „Anam” muzycy weszli na scenę i pozostali na niej przez ponad półtorej godziny, oczywiście nie stojąc bezczynnie, a wykonując utwory niemal ze wszystkich wydanych płyt. W pierwszej połowie artyści skoncentrowali się na nagraniach najdawniejszych, z okresu „przed wielkim sukcesem” (1973-1982). Większość tych kompozycji stworzona została w języku irlandzkim, która to mowa nie jest powszechnie dostępna, jednak muzycy byli na tyle uprzejmi, że przed większością utworów tłumaczyli, o co w nich chodzi. W ogóle konferansjerka była bardzo mocną stroną koncertu – o ile w Operze Leśnej też nie było źle, ale jednak dość zachowawczo, to w Stodole członkowie Clannad byli wyluzowani, non stop żartowali i widać było, że nie traktują trasy koncertowej jako pańszczyzny bądź żmudnego zarabiania na wódkę (klasycznym przykładem takiego czegoś był koncert W.A.S.P. w tym samym miejscu), tylko że muzykowanie sprawia im po prostu przyjemność. A że jeszcze przy okazji przynosi profity, no to wiadomo, że przyjemność proporcjonalnie się zwiększa.

Poleciały więc ze staroci „Na Buachaillí Álainn”, było piękne „Crann Ull” (z jednej z płyt, nagranych z Enyą), śpiewane wspólnie z publicznością „Two Sisters”, wspaniale rozpisane na głosy „Dulaman”, powalająco wykonane a capella „Mhorag's na horo Gheallaidh „ i wiele innych, krótkich i w większości nastrojowych utworów z pierwszych czterech albumów.

Nie zabrakło przebojów z okresu, gdy grupa przeniosła się do BMG - obecnie Universal- i przygotowała wiele kompozycji na potrzeby filmów bądź programów telewizyjnych. Było zatem „Theme From Harry’s Game” (sprofanowane jakiś czas temu, i to z udziałem Moyi*, przez dance’owy projekt Chicane), „I Will Find You” z filmu „Ostatni Mohikanin”, „Something To Believe In” oryginalnie nagrane z Brucem Hornsby, „In A Lifetime” zarejestrowane oryginalnie z Bono („który nie mógł dziś z nami przyjechać”), przebojowe „Closer To Your Heart” i – jako jedyny utwór z ostatniego albumu – dynamiczne „A Mhuirnín Ó”, poprzedzone dość długą i zabawną prelekcją na temat treści pieśni. Oczywiście, nie zabrakło tego, na co większość zgromadzonych tego wieczora czekała – wiązanki tematów z serialu BBC „Robin of Sherwood”.

Koncert nie był długi, ale piosenek i utworów instrumentalnych grupa przedstawiła ponad dwadzieścia. Mimo iż zaprezentowane zostały kawałki z różnych lat, brzmienie było bardzo spójne – kompozycje, które na płytach mają bogatą produkcję (czyli te, nagrane po 1982 r.) otrzymały prostsze, ale bardzo efektowne brzmienie. Nieco schizofreniczne na pierwszy rzut oka połączenie instrumentów akustycznych i aż trzech zestawów syntezatorów pomogło w wykreowaniu tajemniczej, mistycznej atmosfery, którą przesycona jest znaczna część studyjnych nagrań grupy. Moya Brennan wyszczuplała, wyglądała świetnie i śpiewała równie znakomicie. Grupa była w wyśmienitej formie (to był ich drugi koncert tego dnia!) a entuzjazm na scenie przełożył się na entuzjazm na widowni, która każdą z kompozycji nagradzała długimi i potężnymi brawami. W przeciwieństwie do słynnej siostry Moyi, Enyi, rodzeństwo Brennanów jest w stanie przedstawić swą twórczość na żywo w sposób profesjonalny, ujmujący i - gdzie trzeba - przejmujący.

Kiedyś wydawało mi się wręcz niedościgłym marzeniem obejrzenie Clannad na żywo. Miałem tę okazję już po raz drugi w życiu – mam nadzieję, że nie ostatni. A jeszcze gdyby następny raz odbył się z okazji promocji nowego albumu…





*Nieoświeconych informuję, iż kilka lat temu wokalistka oficjalnie zmieniła imię z "Maire" na "Moya", ponieważ to drugie ma większe pokrycie z wymową.

2 komentarze:

  1. Niezapomniana muzyka z Robin Hooda, jak i sam film...

    OdpowiedzUsuń
  2. To musiało być wspaniałe przeżycie. Od której strony nie patrzeć jest to klasyka wśród klasyków. Pewno nawet oni sami byli zaskoczeni tak wielkim zainteresowaniem ze strony polskiej publiczności. Znaczy to, że jeszcze dobra muzyka znajduje u nas posłuch.

    OdpowiedzUsuń