poniedziałek, 17 września 2012

ASIA "XXX" Frontiers, 2012




Asia… ile to już lat? Trzydzieści? Nie do wiary. A jednak, czas płynie i z okazji jubileuszu klasyczny skład Asii zaproponował płytę pod tytułem „XXX” właśnie. To dopiero piąty wspólny krążek najbardziej znanego składu: Geoff Downes (Buggles, Yes), Steve Howe (Yes), John Wetton (King Crimson, UK) i Carl Palmer (ELP). Ci czterej legendarni muzycy nagrali w latach osiemdziesiątych dwa albumy, „Asia” i „Alpha”, po czym zespół powoli zaczął się sypać. Bardziej znanych muzyków zastępowali mniej znani albo w ogóle nieznani, a na placu boju pozostał ostatecznie sam Downes, który mimo ewidentnego spadku zainteresowania kolejnymi wcieleniami formacji i utraty statusu „supergrupy” nagrywał pod szyldem Asia płyty i grywał koncerty dla kilkuset osób, jak swego czasu w warszawskiej „Proximie”. Wydawało się, że Asia upadła i że już nie wstanie. A jednak…


Asia była w latach osiemdziesiątych pewnego rodzaju fenomenem, bo oto panowie, kojarzeni z wysublimowaną i wymagającą muzyką progresywną, nagrywają z premedytacją lekką, łatwą i przyjemną płytę pop rockową, bez wirtuozerii, bez zaskakujących zmian tempa i karkołomnych solówek, za to z krótkimi, przebojowymi piosenkami, skrojonymi do radia. I płyta owa chwyciła genialnie, w czym pomógł największy przebój grupy, „Heat Of The Moment”. Od tamtej pory w ciągu zaledwie trzech lat Asia umieściła na listach przebojów kilkanaście singli a potem – jak wspomniałem – oddaliła się w niebyt, targana zmianami składu oraz brakiem zapotrzebowania rynku.

Pierwsza przymiarka do reaktywacji oryginalnej Asii nastąpiła przy okazji nagrań duetu Wetton/Downes. Panowie wydali kilka albumów i postanowili pójść za ciosem, zaprosiwszy byłych kolegów do współpracy. Zrealizowana w 2008 r. płyta „Phoenix” była sporym sukcesem, choć znacznie ciekawszą muzykę zawierała o dwa lata późniejsza „Omega”.


A co z „XXX”? Na szczęście podąża tropem poprzedniczki. Jest to ta sama, znana wszystkim Asia z rozpoznawalnym zawsze i wszędzie głosem Johna Wettona. Podstawowa wersja albumu zawiera dziewięć kompozycji głównie autorstwa spółki Wetton/Downes (przy dwóch utworach dopisany jest do nich Howe) i zaczyna się bardzo miłym, przebojowym „Tomorrow The World”. Jest dynamicznie, ale niezbyt ostro. Rockowe riffy się tu raczej nie pojawiają. O ile „Phoenix” skręcał miejscami w stronę prog rocka a „Omega” koncentrowała się na gitarowych brzmieniach, nowa propozycja Asii jawi się jako odsłona sentymentalna. Nie żeby były tu same ballady, ale nawet i te szybsze fragmenty są wypolerowane i wygładzone, czego osobiście trochę żałuję, bo odrobinka pazura by się przydała.




Siłą nowej płyty Asii są przede wszystkim melodyjne, hitowe kompozycje. Począwszy od wspomnianego openera, przez singlowe „Face On The Bridge”, upstrzone wielogłosami „Judas” i „Al Gatto Nero” aż po „Bury Me In Willow” i „No Religion”, chyba najbardziej dynamiczny kawałek na albumie. Nie oszukujmy się – drugiego „Heat Of The Moment” czy „Only Time Will Tell” tu nie znajdziemy, ale fanów AOR-u z pewnością uraduje fakt, że nowe propozycje nie są na siłę wymęczonymi gniotami (jak na ostatniej płycie ELP chociażby), tyle że mogłyby trwać nieco krócej – nie widzę powodu tworzenia sześciominutowych utworów popowych, chyba że artystom płacili od minuty (ostatniego Iron Maiden i tak nic nie przebije).

„XXX” brzmi – co jest chyba już normą w wypadku Asii – bardzo elegancko, choć zapewne dla wytrawnych fanów rocka będzie zalatywała popeliną. Ale ja tam mam do chłopaków sentyment, szczególnie że John Wettton mógłby dla mnie śpiewać nawet książkę telefoniczną albo przepisy kulinarne. Na szczęście tak nie jest i teksty na „XXX” są całkiem niegłupie - Wetton postarał się o wyjątkowo poetycki, nostalgiczny klimat. Poruszają „Bury Me In Willow”, intryguje dowcipny „Tomorrow The World”, przyzwoity jest “Judas” o fałszywym przyjacielu, a te nawet błahe, miłosne wyznania także ubrane są w naprawdę atrakcyjną narzutkę tekstową. Zastanawia mnie tylko czy panowie, nazywając album tak jak go nazwali, chcieli się obronić przed ściągającymi płyty? Bo po wstukaniu w dowolną wyszukiwarkę frazy „Asia XXX” wyniki mogą być dla melomanów nieco zaskakujące (w informacjach prasowych pojawiła się też notka odnośnie wymowy tytuły płyty: "Triple X").


Zaopatrzyłem się w tzw. edycję limitowaną, której atutami mają być dwa dodatkowe utwory oraz DVD. Samo DVD nie jest jakieś specjalne: półgodzinny reportaż z procesu nagrywania płyty oraz dwa teledyski. Reportaż jak reportaż, nihil novi, natomiast teledyski pominę milczeniem – panom w wieku podwójnie balzakowskim można było zaproponować trochę lepsze warunki, bo w „Face On The Bridge” wyglądają niczym grupa emerytowanych członków ZBOWID na grzybobraniu. Niezwykle przyjemny dla ucha jest za to bonusowy kawałek „Reno (Silver and Gold” autorstwa Wettona i Howe’a. Śliczny, lejący się, wielogłosowy refren o ile nie hipnotyzuje, to działa na sentymenty brzmieniowe ludzi w pewnym wieku. Że to tak ładnie ujmę.




Nie zrobi ta płyta wielkiej furory. Być może niewiele osób będzie w ogóle zainteresowanych lub poinformowanych, że wyszła. Ale ja się bardzo cieszę i z przyjemnością posłucham kolejnych.

9 komentarzy:

  1. Przyjemnie się słucha, ale w mojej głowie ostatnio gra to i to.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna recenzja, bo od razu człowiek ma ochotę posłuchać płyty. Lubię głos Wettona, ale jako osobowość jest to dla mnie dość dziwny typ.

    H_Piotr - sama muzyka Zeppelin nie jest może zła (choć ja miłośnikiem nie jestem), ale ja tak nie znoszę głosu Planta :-(

    OdpowiedzUsuń
  3. Rock - Ja mam tak z Cugowskim :) Nawet te starsze, dobre piosenki Budki Suflera, które wykonywali z Cugowskim jako wokalistą, ciężej mi się słucha. Może dlatego, że on dla mnie brzmi, jakby strasznie się męczył śpiewając.

    OdpowiedzUsuń
  4. H_Piotr - ja jakoś nie mogę się przekonać do dwóch legendarnych zespołów: LZ i Pink Floyd. Pojedyncze utwory mi się podobają, ale cała otoczka wokół tych grup powoduje, że jakoś nieteges.

    @Rock - Wetton to chyba tylko w Bajmie nie grał. Szkoda, że się rozmieniał w zespołach, w których pełnił rolę muzyka sesyjnego, np. Uriah Heep. Ale i tak mimo upływu lat, zdrowia, przypływu nałogów i wagi, zachował piękny głos.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam na to sposób - w ogóle nie interesuję się otoczką :) Nie umiem wymienić składu(-ów) zespołu, nie znam kolejności płyt, nie wiem, gdzie nagrali którą płytę, nie wiem przed iloma setkami tysięcy dawali koncerty w latach 70-tych, ani kto się z kim pokłócił i kto "rozwalił" zespół.

      Tylko czysta muzyka.

      Oczywiście takie rozwiązanie ma też i swoje minusy. Rozchodzi się jednak o to, aby te minusy nie przesłoniły nam plusów.

      Usuń
  5. Wokaliści są chyba najbardziej kontrowersyjnymi osobami w zespołach. Zwłaszcza jak się zmieniają w grupach, to potem fani mają swoje ulubione etapy w karierze danego zespołu właśnie ze względu na wokalistów (np. Iron Maiden, Black Sabbath czy Deep Purple).

    Te piosenki Zeppelin same w sobie są bardzo fajne, ale nawet tutaj głos Planta mi się nie podoba (no ma jakąś taką manierę, której nijak nie mogę przyswoić), mimo że 'Gallows Pole' lubię. W ogóle najbardziej cenię ich za debiut i właśnie za trzeci album.

    Tak, racja, Wetton to taki chałturnik, który każdą propozycje przyjmował, chyba nawet do Roxy Music się załapał. Nie wykluczone, że i w Bajmie by śpiewał, gdyby mu tylko zaproponowali.
    Ale w odróżnieniu od np. Lake'a głos ma rzeczywiście nadal doskonały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu można zerknąć w celu ogarnięcia kariery JW. A Lake głosowo się zepsuł a z wyglądu... dżizas.

      Usuń
  6. XXX "podąża tropem poprzedniczki"? XXX bije poprzedniczkę na głowę. Brzmieniem (z wyjątkiem "Holy War" Omega w ogóle nie brzmiała jak Asia), performance'em zarówno wokalisty jak i gitarzysty, kompozycjami. Takiej piosenki, jak "Tomorrow the World" to przecież nie sposób zignorować, nawet znając "Heat Of The Moment". A od "Only Time Will Tell" to jest ona ZDECYDOWANIE lepsza. Tego się po prostu słucha. To się nuci. To prześladuje. I dobrze! Tak trzymać panowie Howe, Wetton, Downes i Palmer. (albo, jak kto woli, HWDP ;) )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, nigdy nie spojrzałem na ten skrót od tej strony :-)))

      No cóż, mnie Omega podoba się bardziej, bo jest mniej wygładzona. A "Only Time Will Tell" na pewno wolę od - i tak niezłego - "Tomorrow The World". Ale miło, że ktoś takiej muzyki jeszcze słucha.

      Usuń