sobota, 7 kwietnia 2012

FREEDOM CALL „Land Of The Crimson Dawn” Steamhammer/SPV 2012


Rycerskie zaśpiewy, bitewny zgiełk, dzielni wojacy, tętent kopyt, łopot chorągwi i takie tam – tak, to niemiecki power metal. Siódma odsłona twórczości Freedom Call nie przynosi zasadniczych zmian (jest może jeszcze bardziej słodko, klawiszowo i chóralnie), więc kto lubił FC wcześniej, będzie lubić nadal, a kto ze śmiertelną powagą przygląda się poczynaniom takich ansambli, niech lepiej odpuści. Szczególnie że Freedom Call jak mało który zespół przeginają ze wszystkimi możliwymi stereotypami, które mogą przychodzić na hasło „niemiecki power metal” – wszelkie czynniki są tu przesadzone, spotęgowane i co wrażliwszych mogą doprowadzić do depresji lub samospalenia.



Już okładka rodem z kioskowego pseudo-fantasy wprowadza w odpowiedni klimat: będzie kolorowo, wojacko i tandetnie. I jak jest? Ano tak właśnie. Bohaterskie, chóralne refreny pojawiają się już od otwierającego album „Age Of The Phoenix” i nie odpuszczają aż do końca. Łomocące „Rock Stars”, „Crimson Dawn” czy „66 Warriors” wpadają od razu w uszy. Co chwila odzywa się również „ooo”, podkreślające kozackość twórczości dzielnych Niemców. „Back Into The Land Of Light” rozpoczyna się niczym juropowy „Final Countdown”, nawet solówkę ma podobną. Część kompozycji kojarzyć się może z niemieckimi programami biesiadnymi dla emerytów z Bawarii czy innym Oktoberfestem, ale dziejącymi się w przyspieszonym tempie. Duże ilości alkoholu z pewnością pomogą łatwiej zapoznać się z nową propozycją wesołych germańskich grajków.

Troszkę inne klimaty proponują riffowe „Terra Liberty” i „Sun In The Dark” z mniej piejącymi wokalami, ale i bardzo hitowymi refrenami. „Killer Gear” wpada w nieco orientalną nutę, „Rockin’ Radio” to bardziej rock and roll niż power metal, natomiast singlowe, przepotworne „Hero On Video” to już prawie Papa Dance w niby-metalowej wersji i. Uzupełnieniem jest teledysk, który potwierdza, to co napisałem na początku odnośnie poważnego traktowania tego typu twórczości.





Na koniec panowie serwują hymnowe “Power and Glory”, z odpowiednią dawką patosu, a jakże.

Żenujące teksty to kolejny smaczek na płycie Freedom Call. Znaczy się, ja rozumiem, że to miał być autopastisz, bo przecież nikt normalny nie napisze na poważnie czegoś takiego:

I wanna be a rock star, I put my black leather tights on
Up for a motorbike ride, Motor, motorbike ride, motorcycle ride (“Rockstars”)

Albo:

Warrior oh warrior, where hearts may never bleed
Warrior oh warrior, you're the guardian of my soul and destiny (“66 Warriors”)

W zasadzie większość tekstów jest albo o jakiejś wyimaginowanej walce, wojownikach lub o wielkości heavy metalu. Przy lirykach Freedom Call wymięka twórczość Manowar, Hammerfall i Gangu Marcela, moim skromnym zdaniem.




Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe czynniki, a w szczególności fakt, iż album odznacza się niezwykłą przebojowością, świetną produkcją i nienagannym wykonaniem, przymykam oko i ucho na satyryczny jego aspekt, zaserwowany, nie da się ukryć, w nadmiarze. Bo tej płyty - wyłączywszy się na pewne jej cechy – słucha się nadzwyczaj dobrze. Relaksuje, odpręża, bawi. Przeczytałem już wiele skrajnych recenzji „Land Of The Crimson Dawn” – od pochwalnych do mieszających z błotem za „skomercjalizowanie się” (że niby power metal to muzyka alternatywna?) i właściwie nietrudno się zgodzić i z tymi na plus, i z tymi na minus. Z jednej strony jest wielce przebojowo i radośnie, z drugiej przaśna tandeta bije po uszach tych, którzy oczekiwali jakiegoś wysublimowania i wyższych przeżyć (o ile są ludzie na świecie, którzy oczekują tego od Freedom Call, szczególnie po zobaczeniu okładki i tytułu).

Płyta, jak na mój gust, jest nieco za długa – czternaście podobnych, kabaretowych kompozycji to zdecydowanie zbyt wiele, by wnikliwie słuchać z zapartym tchem od początku do końca – natomiast jako mniej zobowiązujące słuchadło w tle krążek znakomicie się sprawdzi. Trzeba tylko uważać, żeby nie pęknąć ze śmiechu przy twórczości wesołych Niemców. Stworzyli płytę użytkową, zabawową, i niech tak zostanie.

Drugi dysk, stanowiący o ekskluzywności wydania, to sześć starszych utworów z repertuaru Freedom Call w wykonaniu innych grup, z Niemiec (Powerworld, Downspirit, Kissing Dynamite), Włoch (Secret Sphere), Wielkiej Brytanii (Neonfly) i Szwecji (Manimal). Zazwyczaj stanowią co najwyżej ciekawostkę; rozczarowało mnie np. „Hunting High And Low” w wersji Downspirit, pozbawione nośności refrenu, ładnie za to brzmi „Land Of Light” w interpretacji Neonfly, z pomocą Clive’a Nolana przy aranżacji. Akustyczne „Warriors” ze smykami brzmi w wydaniu Kissing Dynamite ni to podniośle, ni to rodowostewartowo. Ale ten drugi dysk to tak zwana rzecz dla zagorzałych fanów.

2 komentarze:

  1. Mimo, że to pałermetal i grał tu perkusista lubianego przeze mnie bardzo Gamma Ray to ja ich nie ten teges...

    OdpowiedzUsuń
  2. To ja też zostanę przy Helołiin i Skorpionsach.

    OdpowiedzUsuń