wtorek, 13 sierpnia 2019

SOPOT TOP OF THE TOP FESTIVAL 2019: Forever Young/Love Forever


Kiedyś był jeden festiwal piosenki w Sopocie a teraz jest ich tyle, ilu najemców Opery Leśnej. Z festiwalami nie mają, zresztą, wiele wspólnego, bo to po prostu mniej albo bardziej chaotyczne koncerty składankowe. Najbardziej mi zawsze szkoda Maryli Rodowicz, która występuje na każdym i musi pamiętać czy w danym momencie gra akurat dla Polsatu, TVN czy narodowej telewizji, żeby nie wykonać faux pas i anchois.

Ponieważ większość tego typu imprez to dziś radosne kombatanctwo i szansa zarobku dla tych podupadłych artystów, na których występ stać oszczędne stacje tv, nie dziwne że pierwszy koncert Top Of The Top to „Forever Young/Największe przeboje lat 80 i 90”.

BONNIE TYLER wyskoczyła niczym diabeł z pudełka, bo zgodnie z receptą Hitchcocka powinno się zaczynać od trzęsienia ziemi. Otoczona tancerzami Bonnie starała się nie wywalić i walczyła z resztkami głosu, otulonymi w (nie)dyskretny botoks. Bonnie próbowała wykonać „Holding Out For A Hero” i rzeczywiście potrzebny jest jej bohater, a nawet dwóch: foniatra i laryngolog.

PERFECT wykonał piosenki o ZOMO i Ewce, nawet całkiem przyzwoicie, a dodatkowym atutem był brak na scenie córki wokalisty.

AGNIESZKA CHYLIŃSKA, najbardziej wiarygodna artystycznie wokalistka w Polsce (jak będzie modny gitarowy rock, to go zagram, a jak będzie modne dicho, to zrobię dicho), wyglądająca niczym bohaterka sześćdziesiątej części „The Return Of The Living Dead”, wykonała „Kiedy powiem sobie dość”, tzn. wykonywała, jeśli akurat nie zbierało jej się na gadanie, bo zamiast drugiej zwrotki monologowała do publiki, a potem jeszcze „Koła czasu” i „Królową łez”, mówiąc bez przerwy i zagłuszając solówki. Najzabawniejsze było, gdy zapowiedziała gitarzystę, który miał zagrać solo, a potem cały czas mamrotała, czyniąc owo solo niesłyszalnym.

KATRINA LESKANICH z zespołu Katrina & The Waves miała dwa przeboje: w latach 80 „Walking On Sunshine” (i wykonała tylko ten) a dekadę później „Love Shine A Light”, z którym wygrała dla Wielkiej Brytanii Eurowizję. Katrina trzyma się dobrze a „Walking On Sunshine” zabrzmiało całkiem naturalnie, nawet drugi głos z playbacku tak bardzo nie przeszkadzał.

Po przerwie wystąpili idole pensjonariuszy z Ciechocinka, zespół OTTAWAN, mający w dorobku całe dwa przeboje: „Hands Up” i „D.I.S.C.O.”. W Sopocie wykonali oba. Stetryczały wokalista próbował udawać, że ma sto tysięcy lat mniej niż ma, otoczony o wiele młodszymi tancerzami i muzykami.

SEBASTIAN RIEDEL & CREE skowerowali Dżem, bo co innego im pozostało. Ponieważ piosenki Dżemu same w sobie brzmią – w większości - niczym pubowy band przygrywający do piwa, można sobie wyobrazić, jak wygląda to, gdy ktoś się porywa na mało ciekawą przeróbkę „Czerwony jak cegła” czy „Snu o victorii”.

JENNIFER PAIGE, znana z jednej piosenki, „Crush”, wykonała właśnie tę piosenkę, wylansowaną 21 lat temu. Tylko. Piosenka była kiepska i denna jak wtedy, ale przynajmniej artystka nie fałszowała, a śpiewała na żywo. Jest to pewne osiągnięcie. Swoją drogą to straszne mieć tylko jedną rozpoznawalną piosenkę a potem przez całe życie zapierdzielać z kraju do kraju tylko po to, żeby w kółko śpiewać jeden kawałek, bo ludzie mają resztę w dupie (bardzo często jest to uzasadniony stan posiadania, jeśli pozostałe kawałki są słabiutkie).

SZTYWNY PAL AZJI, od kilku lat szczęśliwie z powrotem z oryginalnym wokalistą, wykonali „Nie gniewaj się, Polsko” i wypadli świetnie. Co nie jest takie oczywiste, biorąc pod uwagę tego typu imprezy. Szkoda tylko, że zabrakło czasu choćby na „Wieżę radości…”.

GLASS TIGER, zespół, którego poza najbliższymi rodzinami nikt nie pamięta, wykonał piosenkę „Someday” i sobie poszedł.

Po kolejnej przerwie („Alkohole 24h” muszą przecież zarobić) okazało się, że słuchamy już innego koncertu p.t. „Love Forever”, ale wykonawcy są nadal ci sami i dośpiewują to, czego nie zaśpiewali w poprzedniej części. Coś jak chińska knajpa, w której można zamówić makaron z wieprzowiną, wołowiną i kurczakiem, ryż z wieprzowiną, wołowiną i kurczakiem, sajgonki z wieprzowiną, wołowiną i kurczakiem, frytki z wieprzowiną, wołowiną i kurczakiem itp.

PERFECT tym razem wykonał „Kołysankę dla nieznajomej”, „Ale wkoło jest wesoło” i piosenkę o trzech tamponach („Było nas trzech, w każdym z nas inna krew”) – co by nie mówić, Dariusz Kozakiewicz jest mistrzem gitary i słusznie zrobił Tadeusz Nalepa, biorąc go lata temu do Breakoutu.

BONNIE TYLER powróciła, by wykonać z trudem „Total Eclipse Of The Heart” i „It’s A Heartache”. W sumie, tak patrząc na Bonnie, powinna pojechać we wspólną trasę z Majką Jeżowską i Wiśniewskim. Nawet jak im się popierniczą stroje i peruki, to nikt nie zauważy. A samej Bonnie to mi trochę żal, bo w przeciwieństwie do takiego Glass Tiger miała sporo udanych kawałków w latach 80 a śpiewa w kółko trzy te same.

LOMBARD bez Małgorzaty Ostrowskiej jest niczym Mietek Fogg bez jesiennych róż. Wprawdzie od dwóch dekad w zespole śpiewa imitująca wokalnie Ostrowską Marta Cugier, ale to nie to. Jednak na powrót Ostrowskiej nie ma co liczyć – po pierwsze, konflikt między nią a prowadzącym zespół Grzegorzem Stróżniakiem jest cały czas dość ostry, po drugie Marta Cugier jest życiową partnerką Stróżniaka, więc trudno żeby wywalił ją ze wspólnego zespołu. „Przeżyj to sam” śpiewa akurat Stróżniak, więc tu problem wokalistki odpada. W drugim utworze pojawiła się za to Danuta Rinn. Ale nie, zaraz, Rinn nie żyje, zatem była to Marta Cugier, która już wkrótce będzie większa od sceny w Operze Leśnej, i zaśpiewała „Szklaną pogodę”, której nie wolno wykonywać Małgorzacie Ostrowskiej.

Na scenę wyszedł zapomniany przez świat i ludzi JOHN PARR i wykonał tytułową piosenkę z żenującego filmu „St. Elmo’s Fire”, zdecydowanie przyjemniejszą w odbiorze niż kinowy gniot z Robem Lowe, Demi Moore i którymś z szesnastu Estevezów-Sheenów. Ponieważ Parr nie miał żadnych innych przebojów, no to i więcej niczego nie śpiewał.

Po przerwie na uzupełnienie, ekhm, płynów, zjawił się FELICJAN ANDRZEJCZAK i wykonał „Jolka, Jolka, pamiętasz”. Felicjan za to chyba nie pamięta, że na stare lata nie siwieje się na rudo, chyba że to miało być uzupełnienie koloru śliwkowej marynarki, połyskiem przypominającej pewne gatunki chrząszczy.

ACID DRINKERS to dość dziwny wybór, jak na festiwal sopocki. W swoim stylu zmasakrowali „Hit The Road Jack” Raya Charlesa i „Love Shack” The B-52’s. Cóż, skoro nie może być lepiej, to niech będzie inaczej. Wiadomo.

ANITA LIPNICKA, pierwsza wokalistka Varius Manx, wystąpiła solo, ale śpiewając głównie repertuar Variusów. Artystka wyglądała dziwnie, cała połyskująca niczym gwiazda disco, ale wokalnie nie zmieniła się, dlatego utwór przearanżowano nieco, żeby nie padła z zadyszki. „Zanim zrozumiesz” miało dziwny podkład i delikatne loopowe pierdzenie a „Piosenka księżycowa” zaczęła się normalnie, ale po pierwszej zwrotce zmieniła się w taneczną łupankę. To tak w ramach unowocześniania – desperacja odwrotnie proporcjonalna do jakości końcowego produktu. Na koniec poleciała również utaneczniona "Piękna i rycerz” z solowego repertuaru artys… wokalist… Anity.

KOMBI (nie Kombii) wykonało „Słodkiego miłego życia” i szkoda że tylko to, bo są trochę bardziej zasłużeni dla sceny muzycznej w Polsce niż szemrząca Lipnicka, no ale nie oczekujmy logiki od organizatorów „festiwali”.

IZABELA TROJANOWSKA wykonała, oczywiście, „Wszystko, czego dziś chcę” i „Tyle samo prawd ile kłamstw”. Iza wiła się w połyskującej czerni niczym gwiazda pokroju Teresy Orlovsky i dyszała do mikrofonu również w takim stylu, bo ze śpiewem to tak sobie.

Po dzisiejszym dniu można zaryzykować twierdzenie, że „nie było aż tak źle”, ale w końcu jeszcze trzy dni muzycznej radochy przed nami, prawda?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz