środa, 14 sierpnia 2019

SOPOT Top Of The Top Festival 2019 - dzień drugi: #iDance/Love To Dance


Muzyka taneczna, jak sama nazwa wskazuje, służy do tańca. Ale jej pokazywanie w telewizji, tudzież słuchanie na żywo, może wzbogacić życie w sposób nieoczekiwany. Być może nie taka myśl przyświecała twórcom tegorocznego TVN-owskiego „festiwalu” w Sopocie, ale wyszło, jak wyjść musiało. Poza tym okazało się, że tańczyć można w zasadzie do wszystkiego.

Prowadzącymi I części (o nazwie #iDance) byli Filip Chajzer oraz Agnieszka Szulim-Badziak-Woźniak-Starak, co zdecydowanie gwarantowało wysoki poziom. W zasadzie nie mógł być wyższy.

Jak się okazało, reprezentantką muzyki tanecznej jest EWA FARNA, która zaśpiewała zupełnie nijaką piosenkę „Na ostrzu” a potem połączone „Interakcję” i „Bez łez” (Nobla dla tego, kto zauważył, kiedy jeden kawałek się skończył a drugi zaczął). Ewa jest niebrzydka i ma dobry głos, ale niestety repertuar ma jakości parówek z Biedronki: trochę wypełniacza, trochę trocin, trochę sztucznego barwnika…

CLEO, przebrana za gigantycznego kurczaka, śpiewała w „Za krokiem krok”, że chodzi komuś po głowie. Od tego są specjalne preparaty a w czasach Ludwików były specjalne młoteczki. Następnym utworem artystki było „Łowcy gwiazd” – po tytule można się było domyślić, iż był śpiewany po polsku.

ROKSANA WĘGIEL zaśpiewała swój dwujęzyczny przebój eurowizyjny oraz jakąś męczącą memłę z początkiem „Powiedz mi, że teraz będzie lżej” – może chodziło o koniec problemów z zatwardzeniem. Na szczęście tym razem żaden stylista nie wyrządził dziewczynie wielkiej krzywdy. Wprawdzie biedna męczyła się zapewne w wielkim obuwiu ortopedycznym, ale z platfusem trzeba walczyć nawet na scenie Opery Leśnej.

Tu znienacka rozpoczął się konkurs o Bursztynowego Słowika, bo komuś się przypomniało, że robi festiwal w Sopocie. Uczestnicy byli równie kuriozalni, co cała impreza z konferansjerką na czele oraz sposób prezentacji kandydatów do nagrody: ich piosenki nie zostały zaprezentowane jedna po drugiej, tylko wymieszane swobodnie z nie-uczestnikami konkursu. Chaos niczym w scenariuszu telenoweli meksykańskiej.

KANDYDAT NR 1: CHRISTOPHER to jakaś duńska porażka estetyczno-wokalna, piszcząca tragicznie w pieśni „Tulips”, która – jak się okazało – pokryła się w ojczyźnie artysty platyną. Do tej pory problemy laryngologiczne w Skandynawii były chyba dość dobrze ukrywane.

EWELINA LISOWSKA zaśpiewała po raz miliardowy piosenkę o niskich cenach, bo chyba niczego innego nie nagrała. Piosenka Christophera była z 2015 roku, piosenka Lisowskiej z 2012. Świeżość niczym w prosektorium.

Tu nastąpiła przerwa na reklamy, pójście do toalety w celu zwrotu obiadu lub pójście do monopolowego. To ostatnie z pewnością było potrzebne, bo na scenie pojawiła się KAYAH z adekwatnie zatytułowanym utworem: „Po co?” – no właśnie. Artystka przygotowywała się do występu chyba w wielkim pośpiechu, bo zapomniała butów. Zdążyła tylko narzucić na siebie pofałdowaną tkaninę obiciową. Później było „Prawy do lewego”, czyli to, co Kayah po prostu musi wykonywać, a na koniec „Dawaj w długą” – radosną łupankę, podczas której artystka i tancerki machały pomponami. A szefowie Polmosu zacierali ręce.

I teraz nagle przypominamy sobie o Bursztynowym Słowiku. Agnieszka SzulimBadziakWoźniakStarak powiedziała, że KANDYDAT NR 2, LUCA HANNI, przyjechał prosto ze Szwecji, natomiast Chajzer skorygował, że ze Szwajcarii. Dobrze że nie pomyliła Austrii z Australią. A wracając do samego kandydata, zaprezentował on dźwiękowy kompost z potwornym zawodzeniem jakichś piszczałek – było to tak straszne, że skąd by nie przyjechał, powinien wrócić tam jak najszybciej się da. Brzmiało to, jak gdyby sprzedawcę chałwy porwała wściekła betoniarka.

BARANOVSKI to pan w modnym stroju, który śpiewa o tym, że chce dokądś pójść, byle wrócić późno i byle było luźno. Może niech zatrzaśnie się na noc w toalecie w metrze? Tłoku mieć nie będzie a przy okazji oszczędzi ludzkości obcowania ze swą radosną twórczością. Potem jeszcze Filip Chajzer opowiadał dowcipy o gazach, to już tak na deser.

SYLWIA GRZESZCZAK stawia dzielny i konsekwentny opór wszelkim próbom muzycznego rozwoju. Tym razem w ramach uatrakcyjnienia swojego repertuaru księżniczka scenicznej zadyszki została opuszczona na linie nad sceną. Gdyby ją zrzucono, byłoby jeszcze bardziej widowiskowo. Utleniona Sylwia w efektownej piżamie wykonała fragmenty „Snu o przyszłości”, „Dobrych myśli”, „Pożyczonego”, „Małych rzeczy”, „Bajki”, „Tamtej dziewczyny” i „Rakiet” – miało to ogromny walor: w końcu mogła te wszystkie utwory wykonać w całości.

Wtem – niczym w „Tytusach” - nagle przypominamy sobie, że jest do wręczenia Bursztynowy Słowik. TRZECI KANDYDAT przyjechał z Czech, jest to zespół LAKE MALAWI i już pokazali się na Eurowizji z „Friend Of A Friend”, którą zaśpiewali także w Sopocie. Trzech zabawnych kolesi, z których jeden udawał, że gra na perkusji (leciała z automatu), drugi trzymał bas (w piosence był jeno syntetyczny) a trzeci miauczał do mikrofonu, starając się zagłuszyć dźwiękową kaszankę, lejącą się z głośnika. Na shledanou.

Tu nastąpiła przerwa, po czym okazało się, że słuchamy już innego koncertu, który nazywa się „Love To Dance”, podczas którego będzie znowu sieczka reszty wykonawców konkursowych Bursztynowego Pawia, pardon, Słowika, niekonkursowych i cholera wie, co jeszcze. Na plus należy z pewnością zaliczyć zmianę prowadzących. Nie żeby to mogło cokolwiek uratować, ale z pewnością mogło być jeszcze gorzej.

SARSA weszła cała na biało, niczym uciekinierka z oddziału psychiatrycznego, i wykonała w tzw. wiązance „Tęskno mi” i „Zakryj”. Ludziom, obdarzonym choćby minimalnym słuchem muzycznym także tęskno było do momentu, w którym artystkę ktoś by zakrył. Np. blokiem szesnastotonowym. Nic dziwnego, że widzowie w trakcie oglądania tego wydarzenia mogli wygrać spore pieniądze w konkursach smsowych. Nawet nielicznym należy się odszkodowanie.

Przypomniano sobie o Bursztynowym Słowiku i wystąpił CZWARTY KANDYDAT – tym razem naprawdę ze Szwecji. FRANS, bo o nim mowa, zaprezentował tym, którzy jeszcze cokolwiek słyszeli i byli w miarę trzeźwi, utwór „If I Were Sorry”. Frans powinien być sorry, bo mimo iż utwór polegał na melodeklamacji, to i przy tym fałszował, co jest swego rodzaju osiągnięciem. Co ciekawe, to właśnie on zdobył Bursztynowego Słowika. Nie żeby było z czego wybierać…

RENI JUSIS, ekshumowana nie wiadomo skąd, postanowiła przypomnieć o sobie i o swojej starej piosence „Kiedyś Cię znajdę”. Reni została wciśnięta w strój płetwonurka, oblepiony fragmentami puszek po sardynkach. Nie wiadomo tylko do dziś, kogo Reni ma ostatecznie znaleźć: Wizażystę? Nauczyciela śpiewu? Laryngologa?

BLUE CAFE z Francuzem LA GRAINE wykonali piosenkę „Talk To Me Now”. Męczące R&B, porażające świeżością sprzed dwóch dekad. Gęgająca w zwrotkach Gawęda w refrenach była uzupełniana przez gościa, którego głos był skutecznie przykryty chórkami z taśmy, więc można było zredukować koszty i w ogóle go nie brać na scenę. Można też było zredukować koszty jeszcze bardziej i nie wpuszczać na scenę Blue Cafe. Bo koszty wysłuchania ich piosenki w całości mogą być naprawdę wysokie.

EDYTA GÓRNIAK w białym płaszczu i z ogromnymi słuchawami na głowie (nie mogła słuchać sama siebie?) wykonała w towarzystwie Gromee nudny, rąbany kower „Sweet Dreams” Eurythmics. Potem poleciał nowy singiel, „Król” – kolejna nędzna łupanka z mamrotaniem Edzi, i kolejny powód, dla którego będzie do końca życia śpiewać „To nie ja” i „Jestem kobietą” – przy tak marnych nowych propozycjach niewiele jej zostaje… Na koniec sytuacji nie uratowało zremiksowane „One And One”, zredukowane oczywiście do odgłosu robienia schabowych.

Po następnej przerwie na scenie zjawiła się MARGARET. Dziewczę wykonało kawałek „Tempo”, w którym trzymała tempo, bo z intonacją było ciut gorzej. Potem miał miejsce medley „Cool Me Down”/”Serce Baila” i jedynym głosem, który nie fałszował, były dograne skrawki wokalu z playbacku. Żeby fałszować w bezmelodyjnym na pozór „da da da da”, trzeba posiąść specjalne umiejętności.

ANIA KARWAN, kto by to nie był, męczyła się okrutnie (a publiczność wraz z nią), starając się złapać oddech we fragmentach piosenek „Głupcy” i „Słucham cię w radiu co tydzień”. Być może nieco sytuację utrudniał dziwny strój, przypominający od góry kreację wieczorową a od dołu to tak jakby krawcowa stwierdziła, że kończy pracę o 17:00 i sobie poszła.

Czas przypomnieć sobie o Bursztynowym Słowiku i KANDYDATKA NR 5 to Bułgarka ALMA. Podobno od dzieciństwa była związana z muzyką. To chyba nie było najlepsze dzieciństwo, biorąc pod uwagę to, co zaprezentowała. Piosenka „Perfect”, wbrew tytułowi, to wymęczone arendbi, nie wiadomo czy śpiewane, czy recytowane. Artystka przechadzała się po scenie w połyskującej piżamie i wyglądała na bardzo z siebie zadowoloną. Cóż, dobrze że chociaż ona.

NATALIA CAPELIK-MUIANGA (kto?) wykonała piosenkę „Kim naprawdę jesteś” z programu Big Brother. Piosenka równie ekscytująca, co sam show. Przynajmniej wokalistka nie fałszowała, co – niestety – jest coraz rzadsze przy tego typu wydarzeniach.

Laureat konkursu Eurowizji w Tel Avivie, DUNCAN LAURENCE, wyjęczał zwycięską „Arcade”, która pasowała do tanecznej tematyki koncertu niczym Hanka Ordonówna do Slayera. Na szczęście nie śpiewał niczego więcej.

Na tym zakończył się drugi dzień Top Of The Top Festival, jeszcze bardziej udany niż pierwszy -aż strach pomyśleć, jak cudowne będą dwa następne!!!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz