piątek, 26 lipca 2019

Park Dreszera

Park Dreszera to jeden z moich parków z dzieciństwa i w ogóle jedno z najwcześniejszych parkowych wspomnień. Prowadzał mnie tam dziadek, który zmarł, gdy miałem sześć lat, zatem moje wspomnienia są może nieco mgliste, ale coś tam kojarzę. Oczywiście, na przełomie lat 70/80 ubiegłego wieku park nie był tak zadbany, jak jest teraz. Jak większość parków w późnej fazie PRL-u, był po prostu zielonym, lekko zaniedbanym terenem. Sam park założono w 1938 roku i otrzymał on gen. Orlicz-Dreszera jako patrona. Mimo zdjęcia owego patronatu w 1951 (Dreszer walczył z bolszewikami), nazwa funkcjonowała nadal w świadomości mieszkańców – w mojej rodzinie zawsze był to „park Dreszera” a nie, jak chcieli pomysłodawcy nowej nazwy, „park Mokotowski”. Pierwotną nazwę przywrócono w 2012 roku, po tym jak nieco wcześniej park został zrewitalizowany.

czwartek, 25 lipca 2019

Strefa relaksu na Bankowym

Jako mieszkaniec stolicy poczułem się w obowiązku zaliczenia Strefy Relaksu, dość kontrowersyjnej realizacji warszawskiego ratusza, polegającej na ustawieniu po jednej stronie placu Bankowego palet-ławek, zieleni w doniczkach, jakiejś knajpki itp. Pomysł może i ciekawy, ale moim zdaniem wykonawstwo średnie. Gdyby – oczywiście, moim zdaniem – zbić ten cały majątek na nieco mniejszej powierzchni, efekt zielonej gęstwiny byłby o wiele bardziej przekonujący. Natomiast rozciągnięte na niemal całą zachodnią stronę Bankowego prowizoryczne palety z rachityczną roślinnością wyglądają, no, średnio. W zasadzie nie wiem, komu i czego gratulować, ale tradycji stało się zadość: ktoś chciał dobrze a wyszło jak zwykle.

środa, 24 lipca 2019

"W orbicie słońca" - ceramiczne mozaiki

Kto lubi mozaiki i ceramikę, ręka w górę. Dawno, dawno temu, a konkretnie w 1960 roku, Lech i Helena oraz Piotr Grześkiewiczowie z rodzinnej pracowni artystycznej stworzyli dwie płaskorzeźby ceramiczne: „W orbicie słońca” (to ta żółta) i „Manekiny” (to ta niebieska). Ozdobiły one wnętrze lokalu przy ulicy Marszałkowskiej 45/49, pod socrealistycznymi filarami między placami Konstytucji i Zbawiciela. W lokalu mieściły się instytucje różnej branży, acz ostatnio gastronomia. Właściciele nowej restauracji po odkryciu mozaik postanowili nazwać miejsce od jednej z nich, „W orbicie słońca” właśnie, i ma ono charakteryzować się luzem, w sensie że nie ma dress code ani ustalonych godzin podawania potraw. Faktycznie, miejscówka bardzo przyjemna, na parterze jest bar/bistro, na górze sala z drink barem i parkietem. Pizza całkiem smaczna, meble przypominają wprawdzie ławki szkolne (szczególnie krzesła), ale gigantyczne dzieła ceramiczne to prawdziwa uczta dla oczu. Mniam.

wtorek, 23 lipca 2019

I znów na BUW.

Nie wiem dlaczego, chyba z powodu upałów, ale jakoś tak wyszło, że dopiero w lipcu byłem po raz pierwszy w tym roku na dachu BUW. Żałuję ogromnie, że kładka nad przeszklonym dachem, której szczyt stanowił doskonały punkt widokowy, obecnie jest zamknięta dla zwiedzających i opatrzona tabliczką „Przejście techniczne”. Czyli albo coś się tam schrzaniło, albo ludzie nie zachowywali się na niej odpowiednio. Szkoda.

niedziela, 21 lipca 2019

DEEP PURPLE Long Beach 1971 Ear Music (2015)


Czasem dobrze jest przypadkiem przejrzeć półki z tzw. wyprzedażą. Może się okazać, iż nie jest się posiadaczem płyty, którą kiedyś zapomniało się kupić. A teraz krążek ten kosztuje trzy razy mniej niż gdy wyszedł.

Ta doskonała płyta to pamiątka po czasach, kiedy muzyka brzmiała nieco inaczej niż dziś. Po pierwsze, produktów stricte marketingowych było zdecydowanie mniej i kariera muzyków – naturalnie, poza łutem szczęścia – zależała od faktycznego talentu a nie od skandali czy efekciarstwa. Po drugie, wykonawcy w celu uwiarygodnienia swojej bytności na scenie musieli legitymować się umiejętnością wykonania swojej twórczości na żywo. Nie było auto-tune, nie stosowano raczej dublerów w stylu Milli Vanilli, zresztą na koncertach od razu wszystko było widać i słychać. Charakterystyczna dla lat siedemdziesiątych była także swoista gigantomania – artyści za punkt honoru stawiali sobie, by koncertowe wykonania odbiegały zarówno długością, jak i fantazją, od pierwowzorów studyjnych. I dopóki grali dobrze i ciekawie, słuchało się tego- i słucha nadal – z przyjemnością (mowa, rzecz jasna, o fanach gatunku).

Deep Purple w 1971 roku grali już w najsłynniejszym składzie (Blackmore, Lord, Gillan, Glover, Paice) i mieli w dorobku kilka przebojów. Ale nie te przeboje w większości słyszymy na „Live In Long Beach 1971”. Album, będący częścią serii The Official Deep Purple Overseas Live Series, zawiera raptem cztery kompozycje. Ale, ale, proszę państwa, to nie żadna EP-ka. „Speed King” trwa 11:05 min., „Strange Kind Of Woman” 11:12, „Child In Time” 20:25 a odziedziczone po pierwszym składzie “Mandrake Root” – uwaga – 27:18! Oczywiście, rozwleczenie kompozycji do granic możliwości czasem potrafi nadwyrężyć cierpliwość słuchacza, z tym że nie czarujmy się: płyta jest dla wydana dla wielbicieli tego stylu a oni powinni być ukontentowani i to bardzo.

Grupa jest u szczytu technicznych możliwości. Blackmore i Lord konkurują instrumentalnie pasażami i solówkami, Paice i Glover doskonale podają rytm, wygrywając każdy takt z niesamowitym nerwem, a Gillan, cóż… dwudziestosześcioletni wówczas wokalista po prostu wykrzykuje swoje własne płuca, i to nie tylko w osławionym „Child In Time”. Ten numer, zresztą, jest najbardziej zbliżony do wersji studyjnej, ale zagrany z większym jajem i większym luzem. Gillan nie śpiewa już zachowawczo, tylko po prostu się drze, natomiast instrumentaliści starają mu się nie ustępować. Jazzująco-hardrockowe kotłowanie w środkowej części po prostu zachwyca. Wszyscy muzycy błyszczą, bez wyjątku.


Jeśli chodzi o pozostałe utwory, to największym wyzwaniem jest niemal półgodzinne „Mandrake Root”, które w oryginale wykonywał pierwszy wokalista Purpli, Rod Evans. Śpiewał on sobie melodyjnym, niewielkim, „bigbitowym” głosem, natomiast to, co wyczynia w wersji live Gillan, to majstersztyk. Po wykonaniu standardowych, znanych z płyty zwrotek, muzycy przechodzą do ataku i wykonują serię niekończących się, ale bardzo dobrze przygotowanych niby-improwizacji, będących popisami solowymi. Wkrótce „Mandrake Root” zniknęło na stałe z koncertowego repertuaru Purpli, ale fragment jednej z solówek przetrwał jeszcze (w innym utworze) aż do następnego wcielenia Deep Purple, z Davidem Coverdale.

„Strange Kind Of Woman” jest dla mnie problematyczne, gdyż po prostu tego utworu nie lubię, uważając go za niemiłosiernie męczący. Bluesujący, zaśpiewany od niechcenia, w wersji studyjnej zawsze przełączałem. Jednak wykonanie koncertowe ma pewne jasne strony, które uwydatniają się w drugiej połowie kompozycji. Otóż po odegraniu zasadniczej części, znanej z singla, muzycy najpierw swobodnie odgrywają solówki a potem następuje to, co było – dopóki Gillan miał głos – żelaznym punktem niemal każdego koncertu. Wokalista i gitarzysta w swoisty sposób „pojedynkowali się” na scenie, powtarzając po sobie różne frazy, aż w końcu Gillan puentował całość długim, czystym wrzaskiem, będącym wzorcem dla wielu późniejszych metalowych i rockowych krzykaczy.

No a „Speed King” to samograj. Nośny, energiczny, hałaśliwy, doskonały hymn hardrockowy z albumu „Deep Purple In Rock”. Tu wszystko jest bombowe i na najwyższym poziomie: rozszalałe organy Lorda, finezyjne sola i riffy Blackmore’a, motoryczna sekcja rytmiczna, no i niezmordowany Gillan, którego krzyki inspirowały kolejne pokolenia. Gdyby nie Purple, nie byłoby zapewne Iron Maiden, Metalliki itp.

Album trwa niewiele ponad godzinę, ale zawiera pełen występ zespołu. W owym czasie Purple byli suportem dla nieco zapomnianych już dziś The Faces (zespół, w którym śpiewał, ekhm, Rod Stewart), zatem ich czas sceniczny miał pewne ograniczenia. Koncert wprawdzie krążył już od lat na bootlegach, ale oficjalne wydanie jest przepięknie zremasterowane a brzmienie jest selektywne. Poligrafia niczego nie urywa – ot, skromna książeczka z esejem dotyczącym ówczesnej sytuacji grupy i występów w tamtych czasach, parę zdjęć i tyle.


To teraz jedziemy żółtym Jelczem na linii 100

Jest weekend, przypominam o historycznych liniach autobusowych i tramwajowych. Dziś łapiemy żółtego Jelcza, jadącego jako "setka" - rusza z Podwala i okrąża sporą część miasta, od Pragi po Wolę.

sobota, 20 lipca 2019

„Sztuka to wartość. Z kolekcji PKO Banku Polskiego” - Muzeum Narodowe

Jak można dowiedzieć się z materiałów organizatora, wystawa „Sztuka to wartość. Z kolekcji PKO Banku Polskiego” jest owocem – cytat – „wieloletniej współpracy Muzeum Narodowego w Warszawie z PKO Bankiem Polskim, partnerem i mecenasem wielu muzealnych przedsięwzięć.” Polega to na tym, że bank kupił jakieś tam obrazy artystów polskich II połowy XX wieku (zazwyczaj) a Muzeum Narodowe po prostu je pokazało. Można, ale nie trzeba.

piątek, 19 lipca 2019

„Otwarta Ząbkowska”

A tak prezentowała się w weekend „Otwarta Ząbkowska” – otwarta, czyli zamknięta dla samochodów na odcinku między Targową a Brzeską. Na początku wakacji czytałem narzekania, że nic się tam nie dzieje, ale w niehandlowe, niedzielne popołudnie było całkiem sporo ludzi. Sprzedaż głównie książek (spory wybór, niektórzy bukiniści mieli pozycje dość przytomnie ułożone tematycznie), ciuszków (pardon, tu olałem sprawę) i winyli (z tej ostatniej opcji chętnie skorzystałem), ale i otwarte knajpki. Meneli nie było dużo, zauważyłem tylko dwójkę, siedzącą na popularnej ostatnio konstrukcji, będącej połączeniem kwietnika, ławki i palety budowlanej.