niedziela, 30 czerwca 2019

PRZEBOJOWE OPOLE – Polsat, 2019


Zacznijmy od dwóch życiowych prawd: 1.Nie wszystko, co odbywa się w amfiteatrze opolskim to święto polskiej piosenki, 2.Jaka stacja, takie Opole.
Polsat postanowił zorganizować wesołą imprezę wakacyjną i zapełnić nią weekendowe wieczory. Pierwszego dnia, który sobie odpuściłem, były kabarety (właśnie dlatego sobie to odpuściłem), ale drugi dzień miał za zadanie olśnić publiczność na widowni i przed telewizorami cudownością naszej sceny muzycznej. Tegoroczny koncert nosił tytuł „Jedziemy na wakacje” i już od zobaczenia zestawu wykonawców człowiek był gotów jechać, byle dalej.
Koncert prowadził Maciej Rock bez skarpet, Maciej Dowbor bez Koroniewskiej i Basia Kurdej-Szatan bez talentu.

Całość rozpoczęło nieszczęście o nazwie KOMODO z koszmarną, łupaną przeróbką hitu Cutting Crew „I Just Died In Your Arms”. Wokalista nawet próbował miejscami śpiewać na żywo. Następnie panowie schrzanili na tym samym bicie „Chałupy welcome to”, zamieniając Chałupy na Opole. Chyba nawet wyrafinowana publika Polsatu nie była przegotowana na taką ucztę.

Panowie z zespołu ENEJ zaproponowali tę samą piosenkę, co zawsze, a tym razem miała ona tytuł „Tak smakuje życie”. Smutne to życie. Składa się z jednej, biednej piosenki, zapętlonej na zawsze na zawsze na zawsze na zawsze na zaw… przepraszam. Po tej piosence Enej zagrał jeszcze raz tę samą piosenkę, ale tym razem nazywającą się „Zagubiony”. To chyba o słuchaczu, który błądzi po wstędze Möbiusa, starając się znaleźć wyjście…

W ramach przerywnika wystąpił kabaret Nowaki. Poziom żartów kojarzył się z uroczą plażą – pusto i płasko.

Rosyjski duet FILATOV & KARAS zaprezentował utwór „Time Won’t Wait”. Duet to pan, udający że gra na keyboardzie oraz drugi pan, stojący nad konsoletą i klaszczący. Gościnnie wystąpił z nimi wokalista z programu wymiany – prawdopodobnie imigrant z kraju, gdzie jeszcze nie wymyślono luster. W tle balet pokazywał, jak zachowuje się ludzkie ciało w przypadku problemów z korzonkami.

Kabaret Nowaki kontynuował śmiertelne strzały swoimi żartami, a tuż po nim Polsat pochwalił się, że stać go na ACE OF BASE. Problemem jest jedynie to, że obecnie to się nazywa „Jenny Berggren’s Ace Of Base”, bo grupa rozłożyła się na czynniki pierwsze i była wokalistka występuje w imieniu wszystkich. Co w zasadzie nie robi żadnej różnicy, muzyka jest straszna, jak była („All That She Wants”, The Sign”), tylko pani nieco starsza i z większym trudem łapie oddech, z jeszcze większym trudem wydaje z siebie poprawne dźwięki a z największym trudem dźwigają to słuchacze.
Po nieodzownej przerwie na napełnienie kieliszków, tudzież kubków, na opolskiej scenie pojawił się znów koszmar KOMODO, który tym razem „uwspółcześnił” balladę Whitesnake, „Is This Love”, robiąc z niej remizowy przytup. Przypomnijmy, że lata temu z Whitesnake majstrowała też Mandaryna - tak ku przestrzodze.

FILATOV & KARAS wrócili na scenę niczym nieświeże śniadanie i wykonali pieśń o wyrafinowanym tytule „Au Au”. To mógł być okrzyk bólu kogoś, kto przedwcześnie wyciągnął zatyczki z uszu.

WILKI postanowiły podźwignąć się z niebytu i od razu zaproponowały wypicie za lepszy czas w piosence „Urke”. Robert Gawliński śpiewał, jakby sam już świętował od rana, ale to Polsat, więc każdy by się napił. A potem, oczywiście, była „Baśka” i – jakby to ująć – mimo wieloletnich wysiłków w celu uwydatnienia wielowymiarowości swej muzyki, w świadomości przeciętnego słuchacza Wilki zostaną swojską festyniarską kapelą z piosenkami o cyckach i o piciu. Żeby jednak można było udowodnić, że może być gorzej, bezpośrednio po Wilkach swoje poruszające dowcipy prezentował kabaret Nowaki.

Następnie wystąpiło coś o nazwie „C-BOOL” i był to istotnie ból. Utwór „DJ Is Your Second Name” polegał na tym, że jakaś panna jęczała do mikrofonu, koleś przy konsolecie udawał, że bawi się w chowanego z pokrętłami, a podkład i tak leciał z playbacku. Drugi utwór, Fire In My Head” polegał na tym, że jakaś panna jęczała do mikrofonu, koleś przy konsolecie udawał, że bawi się w chowanego z pokrętłami, a podkład i tak leciał z playbacku. A zaraz…

RAFAŁ SZATAN i BARBARA KURDEJ-SZATAN – „Myśmy byli sobie pisani”. W zasadzie trudno tu cokolwiek powiedzieć. Piosenka Andrzeja Zauchy w wykonaniu kolesia w podartych dżinsach i jego żony w kanarkowym szlafroku. O ile pan Szatan jeszcze jest w stanie wydać z siebie dźwięk, zbliżony do tego, który zaplanował kompozytor, to wysiłki pani Barbary powodują, że Andrzej Zaucha zamienia się w perpetuum mobile, obracające się we własnym grobie z prędkością światła. Potem już nawet żarty kabaretu Nowaki nie robiły wrażenia.

MACIEJ MALEŃCZUK zaprezentował, jak zawsze, artystyczny luz spod budki z piwem. „Ostatnia nocka” z repertuaru Yugopolis miała za zadanie uświadomić ludności, że artysta miał w karierze jakiś przebój. Potem poleciało „Dawna dziewczyno” – banalne, knajpiane nudziarstwo, które w naszym kraju, pełnym „alkoholi świata” może cieszyć się pewnego rodzaju powodzeniem. I tu Polsat wiedział, kiedy zrobić przerwę, trwającą dłużej niż lektura „Pana Tadeusza”.

FILATOV & KARAS pojawili się na scenie ponownie, tym razem z wokalistką, która nie bardzo radziła sobie z mikrofonem. Celem ich pojawienia się było zmasakrowanie starej piosenki Taylor Dayne, „Tell It To My Heart”. Oczywiście, wszystko na jedno kopyto – z przyjemnego kawałka zrobiono rąbankę na 4/4.

Na scenę wróciła była wokalistka ACE OF BASE i, ściśnięta dziwnym strojem, będącym połączeniem sokoła wędrownego i hostessy na targach kamieni nieszlachetnych, wydyszała „It’s A Beautiful Life”.

Chyba artyści sprzed dwudziestu lat byli sprzedawani w tanim pakiecie, bo na scenie pojawił się SHAGGY, który wyglądał całkiem nieźle, brzmiał też tak samo jak dwadzieścia lat temu, ale to dlatego, że w przypadku brzmienia tu nie było już nic do zepsucia. Poleciało „Mr Boombastic” i „Angel”. Następnie Shaggy otrzymał od prezydenta Opola jakąś nagrodę (bilet na Jamajkę?) i wykonał najnowszy singiel, „You”. Można artyście życzyć powodzenia z nową piosenką, bo zdecydowanie będzie mu potrzebne. Na wszelki wypadek na scenę wpuszczono po Shaggym kabaret Nowaki, żeby subtelnie wyrównać poziom.

A teraz mikstura nie do przebicia: Małżeństwo KURDEJ-SZATAN koweruje Bajm. „Piechotą do lata” w ich wersji powoduje, że można przyspieszyć i udać się nie piechotą a np. ambulansem. Nokaut totalny, zniszczenie, widownia zalana hektolitrami syropu o podłym smaku. Nawet kabaret Nowaki już nie wrócił.

LANBERRY przywdziała neonowy kostiumik – przynajmniej żaden kierowca jej nie potrąci. Artystka wykonała – trudno napisać, że „zaśpiewała” – piosenkę „Nie ma mnie”. Emisja głosu u artystki oscyluje w okolicy przedszkolnego mini playback show, tudzież akademii w instytucie głuchoniemych.

KRZYSZTOF CUGOWSKI świętuje swoje pięćdziesięciolecie na scenie bez Budki Suflera. Grupa jakiś czas temu rozwiązała się a ostatnio reaktywowała, ale bez Cugowskiego. Ten występuje solo, wykonując głównie… repertuar Budki Suflera. Wraz z towarzyszącym mu zespołem Cug wykonał nieodbiegającą od oryginału wersję „Twoje radio”, bardzo stary kawałek z 1970 r., „Blues George’a Maxella”, nagrany z pierwszym składem Budki, z którego poza Cugowskim żyje jedynie basista (pojawił się gościnnie na scenie w tym utworze), „Sen o dolinie”. I przyszła pora na gości. Ryszard Rynkowski ledwie wycharczał w duecie z Cugiem „Cisza jak ta”, myląc się kilka razy w piosence, tak przy okazji. Odziana w kawałki zasłon Edyta Górniak wykonała z Cugowskim „Martwe morze” swoją krzycząco-spazmującą manierą, ale przynajmniej pamiętała tekst. Marek Raduli, były gitarzysta Budki, który obecnie marnuje się w zespole Anny Wyszkoni, zagrał w „Memu miastu na do widzenia”. A na koniec, niestety, poleciało a capella „Takie tango”, ponieważ tego oczekuje polsatowski – i nie tylko – widz. Ale poleciało tylko we fragmencie, bo wieczór zwieńczył „Jest taki samotny dom”, potężnie zagrany, z wokalizami Górniak (nie zawsze trafionymi) i kiwającym się bezładnie Rynkowskim. Cugowski zawyżył poziom wieczoru jak tylko się dało.

A na koniec wystąpił zespół SEN z - jakby to ująć - adekwatną nazwą.

Należy Polsatowi podziękować za tak szczególny wieczór. Rzadko zdarza się taka dawka dobrej rozrywki na poziomie.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz