wtorek, 25 czerwca 2019

PROCOL HARUM „The Prodigal Stranger” (Zoo Entertainment 1991/reedycja Cherry Red 2018)





To nie jest bardzo dobra płyta, ale mam do niej słabość. Gdy tylko zobaczyłem, że cichaczem, bez żadnych zapowiedzi, ukazała się wersja remasterowana, szybko sobie ją sprawiłem, szczególnie że „The Prodigal Stranger” miałem do tej pory na dawno temu wyrzuconej kasecie, nieoryginalnej zresztą, bo innych wówczas w Polsce nie było. A był to rok 1991, chodziłem do II klasy liceum i zapoznawałem się, jak wielu moich kolegów i koleżanek, z klasyką muzyki lat 60/70. Panowała wtedy moda na powrót tamtych brzmień, odkrywanie przez nowe pokolenia Purpli, Joplin, Hendrixa, Cream, Yes czy Mamas & Papas. Na jednej ze składanek o mało oryginalnym tytule „Flower Power” znajdowała się kompozycja Procol Harum „A Whiter Shade Of Pale” – niesamowita, hipnotyzująca, bajkowa, wciągająca melodią podawaną przez organy Hammonda. I ten głos Gary Brookera – głęboki, trochę szorstki, ale niezwykle melodyjny, bardzo emocjonalnie interpretujący teksty piosenek.

Znając już kilka dokonań Procol Harum z zaskoczeniem przyjąłem informację, że grupa reaktywowała się i nagrała pierwszą od 1977 (a dziesiątą w karierze) płytę – „The Prodigal Stranger” właśnie. Ponieważ była to jedna z nielicznych formacji, które odwiedziły Polskę w okresie świetności, nasze media z uwagą śledziły poczynania nowo narodzonego ansamblu i TVP dość często emitowała teledysk do singlowego „The Truth Won’t Fade Away”. Co się od razu rzucało w uszy, to zupełnie inne, „nieprocolowe” brzmienie. Głos Brookera jak za dawnych lat, ale sama produkcja starała się nadążyć za nowymi czasami. Rezultatem był album, który brzmiał anachronicznie już w momencie wydania. Plastikowa perkusja, nienaturalnie zaostrzone brzmienie gitary, dużo klawiszowego lukru i chórków. Coś jakby panowie na siłę starali się podbić rynek amerykański. Zresztą, z tym „powrotem” Procol Harum to też nie do końca było tak, bo tak naprawdę na płycie z poprzedniego składu pojawili się raptem trzej muzycy oraz tekściarz, natomiast za pozostałe, liczne brzmienia odpowiadali zatrudnieni w chorej ilości muzycy sesyjni i chórzyści. I dlatego, zamiast tego, czego prawdopodobnie oczekiwali fani, wyszło coś w stylu AOR (adult oriented rock) z naleciałościami soulowymi.


Ale mimo to, że część aranży jest godna co najwyżej Michaela Boltona, na tym krążku jest kilka poruszających piosenek. Melancholia w głosie Brookera powoduje, że nie sposób nie zatrzymać uwagi na „(You Can’t) Turn Back The Page” z banalnym, ale bardzo ładnym tekstem o przemijającym czasie i utraconej miłości. Podobnie wypada „The King Of Hearts”, równie nostalgiczny, z ładnie eskponowanymi organami. Gdyby jeszcze niektóre z kawałków pozbawić tych kretyńskich, wydzierających się chórków, starających się konkurować z Brookerem, i gdyby zamienić tony klawiszowej polewy na poczciwego Hammonda… Są też momenty może trochę nachalnie przebojowe, ale również nie można odmówić im uroku: „Holding On”, „One More Time”, dynamiczne „All Our Dreams Are Sold”, ale nie da się ukryć, iż na poprzednich longach Procol Harum robiłyby za wypełniacze, podczas gdy tu błyszczą – dlaczego, o tym zaraz.

Niestety, pośród dwunastu propozycji odrodzonego niczym Feniks zespołu nie można nie zauważyć ewidentnych kaszan, zaniżających zdecydowanie ocenę całego albumu. Kaszany te są liczne: „A Dream In Every Home”, w najgorszym stylu Phila Collinsa, eksploduje lukrem, powodując natychmiastowe wymioty. Fatalne, plumkające klawisze, gitara jak u harcerzy przy ognisku i melodia niczym ostatnie konwulsje umierającej sierotki pod kościołem. „Man With A Mission” to amerykańsko brzmiący przeciętniak z topornym refrenem, „The Hand That Rocks The Cradle” brzmi jak odrzut z sesji Crosby, Stills & Nash. Bujające niczym kolęda country „Perpetual Motion” może spowodować chorobę morską a umieszczone przezornie na końcu „The Pursuit Of Happiness” zwyczajnie usypia, bo nic się w nim nie dzieje.

Kompaktowa reedycja „The Prodigal Stranger” wzbogacona jest o dwa nagrania demo, tak fatalne, że zastanawiałbym się czy nawet publikowanie ich jako ciekawostki nie jest zbyt dużym obciachem, oraz nagrane na żywo w 2003 roku „Holding On”.

Oczywiście, jak to zwykle bywa, im człowiek się bardziej stara, tym mniej mu wychodzi. Płyta nie sprzedała się dobrze, ale odrodzony Procol Harum, z pewnymi perturbacjami w składzie, istnieje i sporadycznie nagrywa do dziś. Panowie wzięli sobie do serca lekcję z produkcji i już dwie następne propozycje studyjne, „This Well’s On Fire” i „Novum” brzmią bardziej naturalnie, choć mają dla odmiany słabsze i mniej zróżnicowane kompozycje. Ponieważ jednak „The Prodigal Stranger” kojarzy mi się bardzo miło, jeśli chodzi o lata nastoletnie, nie mogłem sobie po prostu nie kupić tej reedycji. I ani przez chwilę tego nie pożałowałem.


1 komentarz:

  1. Muszę posłuchać, bo nie znam. Moja znajomość z PH kończy się na Exotic Birds & Fruits.

    OdpowiedzUsuń