czwartek, 6 grudnia 2018

NIGHTWISH Kraków, Tauron Arena, 17 listopada 2018




No to już trzeci raz byłem na koncercie Nightwish – za każdym razem z nową wokalistką. W Chorzowie widziałem ich jeszcze z Tarją, w Krakowie kilka lat temu z Anette Olzon a – również w Krakowie, ale w Tauron Arena – z Floor Jansen, która zaśpiewała na ostatniej studyjnej płycie formacji.



Zespół ruszył niedawno na tournée, promujące dwupłytową składankę „Decades”. Nie ma na niej nagrań premierowych. Nie ma też, niestety, większości przebojowych singli. Ustąpiły one miejsca ambicjom artystycznym lidera, Tuomasa Holopainena, głównego dostarczyciela repertuaru. A ambicje te miały na celu ukazać go jako twórcę wszechstronnego, który potrafi sprokurować nie tylko czterominutową piosenkę z nośnym refrenem, ale i dwudziestominutowe „epickie” dzieło, zahaczające rozmachem o rock progresywny, muzykę poważną, muzykę filmową oraz melodie podkładane przy programach kulinarnych. O ile piosenki singlowe Nightwish wchodzą mi doskonale, to niestety owe rozbudowane dzieła niekoniecznie, bo – umówmy się – Huolopainen nie jest ani Johnem Williamsem, ani Robertem Frippem, ani Janem Sebastianem Bachem. Ale wydaje mu się, że jest, przez co koncert był dość długi i męczący. Pomijam już fakt mojej osobistej nie najlepszej formy, ale tych znanych wszem i wobec pieśni było jedynie „Dark Chest Of Wonders”, „Wish I Had An Angel”, „Elan” i „Nemo”. Nie, nie było „Amaranth”, „Bye Bye Beautiful”, „Bless The Child”, „Sleeping Sun” ani „Islander”.


Co było w zamian? Na przykład dwudziestominutowa dźwiękowa galareta z ostatniej płyty, „The Greatest Show On Earth”. Dziesięciominutowy „Ghost Love Score” i sporo mniej znanych kompozycji z różnych płyt grupy, dodam że tych kompozycji mniej przebojowych.

Żeby nie było – zespół spisał się genialnie, Floor Jansen doskonale radzi sobie z repertuarem poprzedniczek (ze swoim własnym też, oczywiście), wszystko brzmiało cudownie a oprawa wizualna w postaci dopasowanych do kolejnych utworów animacji i wizualizacji naprawdę robiła wrażenie. Zresztą, publiczność entuzjastycznie reagowała na większość pieśni – sądzę, że tacy zatwardziali fani, znający na pamięć wszystkie płyty od debiutu, musieli być ukontentowani, bo rzadko kiedy duża gwiazda – a Nightwish taką już od dawna jest – pozwala sobie na prezentację głównie „trudnych” numerów. No ale dobrze, ja nie jestem die-hard fanem i nigdy nie byłem zapłakaną gotycką dziewczynką z rozmazanym makijażem, więc może dlatego mam nieco mniej nabożne podejście do twórczości Finów. Pozostaje mi oczekiwać na nową płytę i kolejne koncerty, może z nieco bardziej przystępną setlistą. I tak się cieszę, że byłem, bo przecież ładnie grali…

A propos setlisty, całość tutaj.


PS Przed Nightwish rozgrzewali Beast In Black – niezbyt oryginalny, ale przebojowy klasyczny hard and heavy. Miło było posłuchać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz