poniedziałek, 11 czerwca 2018

Opole 2018 - OD OPOLA DO OPOLA & PIOSENKA CI NIE DA ZAPOMNIEĆ


OD OPOLA DO OPOLA

Wprawdzie dziś niedziela bez handlu, ale w Polsce alkohol kupi się zawsze i wszędzie, więc można śmiało zasiąść przed Opolem.

Śmietnik, na który wyrzucono "hity ostatnich lat", to właśnie formuła koncertu "Od Opola Do Opola". Czyli zebrano tu wszystko, co nie pasowało do Premier ani do Debiutów. Koncert prowadził i okraszał moczopędnymi żartami Tomasz Kammel.

SŁAWOMIR wykonał, oczywiście, "Miłość w Zakopanem" w towarzystwie żony, mającej takie parcie na szkło, że powinna wziąć jakiś medialny stoperan. Pan Zapała - niczym "Mydełko Fa" - niby nie ten tego, ale jednak ten tego. Że niby miało nie być disco polo, ale dość świadomie trafia w target Martyniuka i Boysów. Istnieje jednak szansa, że to Zakopane okaże się sensacją jednego sezonu. Na razie pozostają sensacje żołądkowe.

WANDA I BANDA "Nie będę Julią", "Kochaj mnie miły". Na szczęście zespół wykonał wersję rockową "Julii" a nie powstały niedawno remiks, co się zdarzało. Wanda Kwietniewska ma niesamowitą formę i wiele młodych wokalistek może schować się przy jej kondycji, warunkach i nogach. Wanda jest tylko trochę młodsza od węgla a zawstydza nowe gwiazdeczki. Wprawdzie po wypuszczeniu Wandy po Sławomirze publiczność mogła odnieść wrażenie, że słucha death metalu, ale raz się żyje.

SARSA "Volta", "Motyle i ćmy". Nie bardzo wiadomo czy dźwięk, który wydawała z siebie artystka (różowa piżama i na głowie resztki wieszaka - może wpadła po pijaku do szafy wnękowej) jest jej manierą wokalną, czy po prostu świadczy o tym, że Sarsa nie umie czysto śpiewać i fałszuje jak dziki osioł. Dzikie osły chyba jednak trochę lepiej panują nad produkowanymi przed siebie odgłosami. Podczas wykonywania drugiej piosenki artystka łapała się za uszy (publika zapewne też) aż w końcu siadł dźwięk i musiała dokończyć akustycznie w manierze udręczonej sierotki pod kościołem.

EDYTA GÓRNIAK & DONATAN "Andromeda". Edzia w podomce, miniówie i czerwonych kozakach po raz kolejny udowodniła, że od płyty "Dotyk" nie jest w stanie wylansować piosenki na miarę swojego głosu, rozmieniając talent na drobne poprzez wykonywanie dyskotekowych pioseneczek z remizy rodem. A płyta "Dotyk" wyszła w okolicy triasu, tak że ten.

KASIA KOWALSKA "Antidotum", "Pieprz i sól". Artystka na początku pieśni zaczęła rżeć do mikrofonu, a potem niestety spróbowała śpiewać. Kasia, odziana w strój jankeskiego pastuszka, próbowała ostro wykonać piosenkę o tym, że "rzuciłeś mnieee, ale to ja naprawdę rzuciłam cięęęę i nie zdołuje to mnieeee", ale jej moc przypominała sojową latte z wegańskim słodzikiem bez glutenu. Drugi utwór był z kolei o tym, że "to ty rzuciłeś mnieee, ale jednak to ja rzucam cięęęę, więc nie myśl, że rzuciłeś mnieee". Tak dla odmiany. Opole to chyba coś w rodzaju panic roomu dla całego kraju - to miasto zniesie wszystko i już bardziej zniszczyć się go nie da.

MARGARET "Byle jak", "In My Cabana". Po porażającej Kasi Kowalskiej wykonano eksperyment, polegający na tym, że jeszcze bardziej zaniżono poziom, wypuszczając na scenę Margaret, która fałszuje nawet z playbacku, ale tu - niestety - śpiewała na żywo. Ulubienica przedszkolaków tym razem wciśnięta była w czerwony foliowy worek na odpady - zapewne tak oznacza się te szczególnie niebezpieczne. Przy drugim utworze Margaret próbowała tańczyć i okazało się, że jest jednocześnie najbardziej utalentowaną piosenkarką wśród tancerek i najbardziej utalentowaną tancerką wśród piosenkarek.

NATALIA SCHROEDER "Parasole". Panna, lansowana z uporem lepszej sprawy, coś tam szemrała, uprzednio zderzywszy się z kotarą, której kawałek zabrała ze sobą na scenę w postaci dodatku do garderoby. Natalia jest ładna, ale to nie musi być od razu wystarczającym powodem, żeby występowała w Opolu. Ani gdziekolwiek indziej. Natalia jęczała, że nie będzie płakać, ale publiczność mogła. Na szczęście artystka wykonała tylko jeden utwór.

ANDRZEJ KRZYWY & IFI UDE "Ludzkie gadanie". Oryginalnie utwór Seweryna Krajewskiego wykonywała Maryla Rodowicz. I stało się niemożliwe - można było zatęsknić za Marylą. Aranżacja niczym z kursów przygotowawczych do eutanazji, charyzma Krzywego proporcjonalna do jego wzrostu i puszczane bez sensu efekty pirotechniczne. Może jakiś desperat chciał po prostu szybciej zakończyć festiwal z tak zwanym hukiem. Cóż, nie udało się, znów przegraliśmy.

GROMEE & RUDA "Bo jo cie kochom". Elektroniczna profanacja piosenki De Press w wykonaniu naszego reprezentanta na Eurowizji i wokalistki Red Lips. Sama twórczość De Press jest dość oryginalna, ale nie znaczy to, że należy od razu robić z nią cokolwiek. Ani to do tańca, ani do słuchania. Do wsadzania obu palców w gniazdko w ścianie - jak najbardziej.

KRZYSZTOF ZALEWSKI "Domek bez adresu", "Polsko". Tu z kolei Zalewski nie wykazał żadnej inwencji, wykonując kawałek Niemena jeden do jednego. Niestety, dodatkowo towarzyszyły mu siostry Sistars, które muszą być wszędzie, niczym Kasia Nosowska. Drugi utwór był autorski i pozbawiony jęków pań Przybysz, co było zdecydowaną zaletą.

EDYTA GEPPERT "Szukaj mnie", "Poeci nie zjawiają się przypadkiem". Zapowiedziana została jako artystka, której piosenki bardzo się przeżywa. To prawda. Gdy nagle poleci jej utwór a człowiek zorientuje się, że nie ma alkoholu, to może doznać nawet ciężkiego szoku. Piosenki z filmu "Kogel mogel" artystka zapewne nie wykonuje na koncertach w Czechach. Druga kompozycja to smętna stypa po tych, co odeszli i nie muszą już oglądać festiwali opolskich. Artystka, tradycyjnie, omal nie popłakała się, wykonując swój smęt. Gwarantuję, że publiczność także miała łzy w oczach.

KORTEZ "Dobry moment", "Pierwsza". Wyglądający niczym dresiarz z depresją wokalista bębnił w pianino i buczał coś pod nosem. Niestety, prawdopodobnie w jego rejonowej podstawówce nie było opieki logopedycznej i chłop ma problemy z artykulacją. Ma też wiele innych problemów, które niestety przekształcił w dwie płyty. To dość ekstrawagancka teza, ale podczas występu Korteza można było uznać, iż Edyta Geppert była wulkanem energii. Gdyby nie to, że między jedną a drugą piosenką Kortezowi wręczono nagrodę TVP1, można by było nie zauważyć, że leci już drugi kawałek. Kortez nawet nie wybekał z siebie żadnych podziękowań - wstał, wziął statuetkę i z powrotem klapnął na stołek przed pianinem.

STANISŁAWA CELIŃSKA "Świat cudem jest", "Mija raz dwa". Podobno artystka od dawna już nie pije, ale nową płytę nazwała "Malinowa". No, chyba że chodziło o oranżadę. Nie ma co się znęcać nad panią Staszką, bo zacna z niej kobita, ale ta twórczość a la Cesaria Evora jest ciut monotonna, nawet gdy przyspiesza. Choć po Kortezie i Gromee przecież nie może być gorzej.

ALICJA MAJEWSKA "Wszystko może się stać", "Jeszcze się tam żagiel bieli", "Wiązanka piosenek ludowych". Królowa elektryczności jest niezniszczalna - wygląda i śpiewa niemal tak samo, jak lata temu. I co mogą powiedzieć takie trzysta lat młodsze Sarsy i Margarety? No właśnie - niewiele... Majewska nie potrzebuje rogów na głowie, worka na trupy na połowie ciała ani zastępu tancerzy, udających otwarte złamania kończyn. Nie do końca przekonująca była wiązanka piosenek ludowych o ułanach i Marynie, gotującej pierogi, ale od Margaret wszystko będzie lepsze. I wyszło na to, że najlepsze są piosenki stare, od lat ograne, ale za to prezentujące poziom niedościgły dla kompozycji współczesnych. Smutne to trochę...


PIOSENKA CI NIE DA ZAPOMNIEĆ
Drugim wydarzeniem dnia był koncert o złowieszczym tytule "Piosenka Ci nie da zapomnieć"
Założeniem tegoż było po prostu kowerowanie cudzych piosenek.

HALINA MLYNKOVA "Piosenka Ci nie da zapomnieć" - piosenka na pewno nie zapomni Mlynkovej kotletowej aranżacji i beznamiętnego wykonania. W celu zainteresowania publiczności swoją obecnością na scenie artystka pokazała nogę. Jedną.

KOMBII "Czas nas uczy pogody" - jak można mówić o jakiejkolwiek pogodzie, gdy odbywa się mord na doskonałej piosence Grażyny Łobaszewskiej? Zawodzenie Skawińskiego a w tle elektroniczne popierdywanie niczym z programu komputerowego do komponowania dla nastolatków.

NATALIA SCHROEDER "Nic nie może wiecznie trwać" - w tym kontekście oznaczać to może, że skończy się zaopatrzenie w najbliższym monopolowym. Brak charyzmy, pomysłu na wykonanie. Gdyby Anna Jantar usłyszała to zza grobu, zmartwychwstałaby i zabiła się jeszcze raz.

KATARZYNA CEREKWICKA "Pamiętasz, była jesień". Staruszek portier na pewno właśnie zapisał się na lobotomię, słysząc zawodzenie Cerekwickiej. To doskonały przykład jak z nagrania z klasą zrobić kotlet mielony o stołówkowym wdzięku. Różne w historii świata są dramaty i pomyłki, i kariera Katarzyny Cerekwickiej jest jedną z nich. Coś strasznego.

SŁAWEK UNIATOWSKI "Lubię wracać tam, gdzie byłem już". Uniatowski wykonał kawałek nawet podobnie do Wodeckiego i - biorąc pod uwagę poziom jego autorskich propozycji - zapewne jego przyszłością stanie się śpiewanie kowerów na festynach. Ale oczywiście, tylko na eleganckich festynach trendy drwali, np. "Dni Osiki w Odrzywole".

NATALIA SIKORA "Zegarmistrz światła". Poodbnie jak Uniatowskiemu, Sikorze, i zapewne innym licznym laureatom talent shows pozostaje wycieranie się po różnych festiwalach z kowerami piosenek, które wylansował kto inny. Trochę to smutne, ale jak się nie ma własnego repertuaru... A w ogóle to w takie pomarańczowe, jaskrawe stroje ubierani są zwykle robotnicy drogowi, żeby nic ich nie przejechało.

MAŁGORZATA OSTROWSKA & DARIA ZAWIAŁOW "Biała flaga". Gośka Ostrowska nie traci formy, szkoda tylko że nie może się odnaleźć na rynku i nie ma ciekawych kompozycji. W jej towarzystwie nowa sensacja na rynku, Daria Zawiałow, wypadła bardzo blado. Ale sam duet był wyjątkowo udany, nawet nie skopano aranżacji.

RAFAŁ BRZOZOWSKI "Wielka woda". Gdyby dostawić kreseczkę do "o", byłoby to bardziej adekwatne. Rafał Brzozowski stara się jak może, ale chyba może niewiele, bo niestety charyzmy ma tyle, co gumowa kaczuszka w wannie. Nawet nie fałszuje, głos jakiś tam ma, ale czego się nie dotknie, w czerstwość się zamienia...

UNIATOWSKI & KRZYWY "Supermanka". Miało być śmiesznie, bo Uniatowski ma dwa metry wzrostu a Krzywy pół, poza tym śpiewali piosenkę Kayaha. W dawnych czasach brano w cyrkach karła i strzelano nim z armaty. Można by w sumie do tego wrócić, byłoby to ciekawsze.

ANDRZEJ LAMPERT "Jej portret". Były członek boysbandu PIN zniknął szczęśliwie w odmętach polskiego show businessu, ale jakaś dobrotliwa dusza wyciągnęła go stamtąd i postawiła na scenie opolskiego amfiteatru. Manieryczne, buczące wykonanie piosenki Bogusława Meca miało jedną zaletę: zaistniało, gdy Mec już nie żyje i nie może tego słyszeć.

MAREK PIEKARCZYK "Jestem kobietą". Najwyraźniej po odejściu z TSA Marek Piekarczyk nie przebiera w propozycjach. Jego wykonanie przeboju Edyty Górniak było szokujące, ale miało dobrą stronę: po raz pierwszy dało się tego słuchać.

KASIA KOWALSKA "Zawsze tam, gdzie ty". Kasia postanowiła, po zdołowaniu wszystkich autorskimi propozycjami, zamordować jeszcze twórczość Lady Pank. Kasia zdolna dziewczyna i poszło jej to łatwo - w trzy minuty zanegowała sens nagrywania jakichkolwiek piosenek. Ciekawe czy do biletów dodawano brzytwy.

ANDRZEJ KRZYWY "Kiedy byłem małym chłopcem". Jak to: kiedy byłem? Członkowie zespołu De Mono, niezależnie od wcielenia, powinni mieć ustawowy zakaz robienia kowerów. Na pewno Tadeusz Nalepa marzył o dancingowej wersji tej piosenki z dęciakami. Widocznie to było w imię zasady: skoro nie może być lepiej, niech będzie inaczej.

FEEL "Wehikuł czasu". Wystrojony w skórę i wygrażający pięścią publiczności Kupicha próbował nieudolnie wczuć się w dżemowy klasyk. Głos, sugerujący ciężkie przypadłości gastryczne, położy nawet "4:33" Johna Cage'a.

RYSZARD RYNKOWSKI "C'est la vie - Paryż z pocztówki". Ostatnio kariera Ryszarda zrobiła się mniej wystrzałowa (poza paroma problemami domowymi) i artysta nie uświetnia już co drugiej gali rozdania nagród za Garnek Roku. Dla Opola zrobił wyjątek i okazało się, że mocno zawęziła się dyspozycyjność wokalna Ryszarda. Do jakiejś połówki oktawy. Przykre to...


RUDA/DAMIAN UKEJE/ŁUKASZ DRAPAŁA "Gdy nie ma dzieci". Trójka wykonawców z rockowym potencjałem, którzy zazwyczaj nie mają repertuaru, mimo możliwości. Głosy świetne, aranż toporny, zupełnie niepotrzebne to było - na zasadzie ciekawostki zoologicznej.

KRZYSZTOF ZALEWSKI "Dziwny jest ten świat". Niestety, ale wokal nie ten. I znów zbędne siostry Sistars (czy to balast obowiązkowy, z wuzetką?), które swoimi zawodzeniami zepsuły ten jakże ważny utwór. Lepiej się nie dało, mogło być gorzej, no ale sensu za grosz.

RED LIPS "Teksański". Wokalistka spytała przezornie publiczność "Nie śpicie jeszcze?". Ponieważ nie słychać było odpowiedzi, no to... szczęśliwi ci, którzy nie słyszeli bezmyślnego wyrzygania "Teksańskiego". Piosenka, nie dość że musi posiadać tekst, to jeszcze artysta powinien sprawiać wrażenie, że rozumie śpiewane przez siebie słowa. Wokalistka Red Lips spędziła czas sceniczny na mizdrzeniu się do publiczności i wyginaniu przed kamerzystami - nie ta branża, pszepani.

IFI UDE "Już nie ma dzikich plaż". Egzotyczne dziewczę ani nie ma słuchu, ani dykcji, ale kogoś trzeba lansować. Ponoć pani Irena Santor ostatnio miała problemy zdrowotne - należy żywić nadzieję, że nie obejrzała i przede wszystkim nie wysłuchała tego wykonania, inaczej mogłoby się jej poważnie pogorszyć.

BEATA PRZYBYTEK "Kochać" - hit Piotra Szczepanika przerobiony został na sambę. Nawet nie wyszło to źle, gdyby było soundtrackiem do zakrapianej kolacji w restauracji na promie w latach siedemdziesiątych XX w.

KASIA MOŚ "Królowa łez" - przebój Agnieszki Chylińskiej, zaaranżowany na disco z lat 70, niekoniecznie zyskał, mimo iż miał niewiele do stracenia z powodu własnej marności. Kasia "Link 4" Moś starała się budować nastrój, raz bucząc a raz krzycząc, ale nie do końca o to w tym wszystkim chodzi...

ŁUKASZ ZAGROBELNY "Jolka, Jolka, pamiętasz". Buty bez skarpet, dresy z lampasami i kurtka w jakąś grafikę. Żadna Jolka by tego nie zapomniała.

Być może coś się działo jeszcze dalej, ale moja wytrzymałość sięgnęła zenitu przy "Jolce", zatem tu pożegnam tegoroczne Opole. Było cudowne, jak zawsze. Dobranoc.

3 komentarze:

  1. Chyba dobrze że odpadłem po Majewskiej. Korczowi zresztą też chyba chciało się spać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Sławomira poznałam przez moje własne wyrodne dziecko, które zaczęło śpiewać jego hiciory. Sama zapisałam na zumbę i trampoliny, pani z zajęć dobór muzyki miała taki, jaki miała, a ja się teraz męczę. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. A może zaproponuj organizatorom pomysł koncertu, w którym wszyscy wykonawcy wykonują w różnych aranżacjach jeden utwór. Chodzi oczywiście o wspomniany przez ciebie utwór Cage.

    OdpowiedzUsuń