niedziela, 10 czerwca 2018

55 KFPP OPOLE 2018: PREMIERY + "JA TO MAM SZCZĘŚCIE" czyli dzień drugi



PREMIERY

Koncert premier to zazwyczaj przegląd mniej lub bardziej żenujących gwiazd, które starają się utrzymać jeszcze jeden sezon na Dożynkach Wąbrzeźna i Dniach Białej Kiełbasy na Hrubieszowszczyźnie. Niektórym się nawet udaje.

Zaczęło się hardkorowo, bo od świętowania 55-lecia działalności arty... przepraszam, scenicznej KRZYSZTOFA KRAWCZYKA. Polski Elvis wykonał z playbacku "Parostatek". Tym parostatkiem można dopłynąć do rygi. Przez małe "r". W tle wyginała się utalentowana, szczególnie z playbacku, żona pana Krzyszofa. Następnie poleciało "Byle było tak" - podobnie, jak poprzedni numer, w aranżacji w stylu "Ace Of Base wpadają pod taczki, kierowane przez orangutana". Później Krystofowi wręczono nagrodę w stylu "Temu panu już dziękujemy" a na koniec poleciała nowa wersja "Ostatni raz zatańczysz ze mną". Artysta był tak wyluzowany, że nie podchodził z aptekarską dokładnością do ruszania ustami, gdy leciał playback. 55 lat istnienia Krystofa na scenie podsumowano trzema piosenkami. Nie wiadomo o czym to ma świadczyć, ale może Krystof nie jest w stanie dłużej ustać na estradzie. Publiczność też dłużej nie mogła.


A potem nastąpił konkurs PREMIER. Niestety.

Marta Gałuszewska „Nie mów mi nie”. Dziewczę, które zanurzyło przed występem głowę w barszczyku, przepasane obrusem, miauczało coś, żeby uciec za horyzont. Publiczność była najprawdopodobniej na tyle nabzdryngolona, że nie mogła uciekać, zatem - znieczuliwszy się dokładnie - odczekała, aż artystka sama ucieknie za horyzont, podobnie jak linia melodyczna w jej piosence.

Future Folk „Krakowiacy i Górale”. Ansambl, kierowany przez kolejnego udanego przedstawiciela rodu Karpiel-Bułecka, już prezentował to niezwykłe dzieło podczas polskich preselekcji do Eurowizji, gdzie zostało - słusznie - olane. Od tamtej pory niewiele się zmieniło, bo trudno, żeby piosenka stała się lepsza. Elektroniczne bity, połączone z niby-góralskim zawodzeniem mogą doskonale sprawdzić się w hospicjach, w których brakuje miejsc. Po włączeniu szybko powstanie sporo wakatów.

Sławek Uniatowski „Rano”. Sławek, po udziału w "Idolu" trzynaście lat temu, wreszcie nagrał solowy album. Najwyraźniej artysta uznał, iż warto było czekać i każdy posika się ze szczęścia, słuchając monotonnej niczym marchewka z groszkiem rozjęczanej ballady. Uniatowski beczał, że stoi na drodze donikąd. Miło, że jest świadom zastoju w swoim rozwoju artystycznym, ale nie musi od razu prezentować tego w Opolu.

Tulia „Jeszcze cię nie ma”. Cztery dziołchy w strojach opoczyńskich zawodziły na ludowo do pop-folkowego podkładu. Na plus można na pewno zaliczyć fakt, że nie fałszowały. I gdyby nie muzyka, słowa, aranżacja, instrumenty, stroje i samo brzmienie głosów dziewczyn, byłoby jeszcze lepiej. Brakowało tylko prosiaka, uciekającego przed pijanym gospodarzem po scenie opolskiej.

Piotr Rubik „Pół na pół”. Tym razem nie było to de facto Piotr Rubik a projekt "RUBIK" - jakby była jakaś różnica - śpiewał niejaki Marcin Januszkiewicz. Znaczy się, próbował śpiewać, bo łykanie powietrza i jednoczesne próby wydawania z siebie dźwięku nie mogą zostać zwieńczone sukcesem. Piosenka prostacko-skoczna, ale tak niedobra, że sam mistrz Rubik wstawał co jakiś czas zza keyboardu i próbował robić to, co robi najlepiej, czyli klaskać. Miło, że chociaż jemu się podobało. Ponieważ był osamotniony, wyglądało to, jakby starał się unicestwić stado komarów.

Kasa „Piasek”. Kiedyś śpiewał z Piaskiem, teraz tylko o piasku. Biedna ta piosenka - biedna w niej aranżacja, biedny w niej tekst i melodia a samo wykonanie nawet pod kościołem nie wzbudziłoby żadnego odruchu współczucia. Najwyżej agresję. Ciekawe czy opolskiej publiczności odbierano przy wejściu kartony z pomidorami.

Tomasz Karolak i Pączki w Tłuszczu „Kiedy rozum śpi”. Kiedy rozum śpi, powstają właśnie takie piosenki. Wyglądający niczym menel Karolak fałszował okrutnie do podkładu rocko-polo. Nie pomogły nawet chórki, bo mikrofon Karolaka był dość głośno ustawiony. Piosenkę napisał Wojciech Łuszczykiewicz, wokalista Video, który także nie słynie z precyzyjnego trzymania się melodii, więc może trzeba było dać to do napisania Kozidrakowej. I tak by nie było gorzej.

Jakub Krystyan „Ty mnie znasz”. Chłopiec w spodniach od piżamy, mamrotał, że miał zły sen. Najwyraźniej nie zdążył się rozbudzić, bo zupełnie nie panował nad strunami głosowymi. Jak człowiek wstaje następnego dnia po imprezie, to nie do końca wie czy bardziej charczy, rzęzi czy mamrocze. No i właśnie taką, eee, emisją dysponował artysta Krystyan. A piosenka? Cóż, skończyła się, zanim można było cokolwiek z niej zapamiętać. Co nie musi być wadą.

Ola Nizio „Kuloodporna”. Dziewczę, przebrane za kanarka, rozpaczało okrutnie, że chce znów oddychać, spali wspomnienia i nie chce uciekać. Ale publiczność mogła chcieć, bo artystka w refrenie krzyczała, że nie zabraknie jej sił, żeby wyjść, a mimo to nie wychodziła. Wyszła za to różnica między nagraniem studyjnym, gdzie głos potraktowany jest przez autotune, a wykonaniem live, brzmiącym niczym nawoływania pijanej góralki, szukającej po gospodach jeszcze bardziej pijanego męża.

Po pokazaniu ludności skrótu (mogła już zapomnieć, kto wystąpił od początku konkursu) nastąpiło tzw. "umilenie oczekiwania na głosowanie" w postaci występu zreformowanych LESZCZY z powracającym doń Maciejem Miecznikowskim, któremu najwyraźniej zabrakło na... no, na napoje. Leszcze nie zawiedli swoich fanów - nie zmienili się nic, ani grama rozwoju artystycznego więcej. Niestety, poza twórczością własną Miecznikowski & co. sprofanowali kilka starych hitów opolskich, na szczęście w postaci medleyu, bo więcej publiczność mogłaby nie zdzierżyć.

Na dobicie zorganizowano jeszcze dwudziestolecie BLUE CAFE, grupy, o której już prawie szczęśliwie zapomniano... a tu cholera taka niespodzianka. Ponieważ jest to festiwal piosenki polskiej, Dominika Gawęda (przepasana czarno-białą ceratą) wydawała głos najpierw po hiszpańsku, potem rapowała po angielsku, a dopiero potem próbowała coś tam po polsku. Artystka miała chyba ciut przyciasną sukienkę, bo ledwo wykrztuszała z siebie kolejne nuty. I to nie zawsze te, co trzeba.

Na scenie pojawiła się jeszcze KATARZYNA CEREKWICKA - z tego powodu, że wygrała "Premiery" rok temu. Pamiętaliście? Cerekwicka zrobiła się na Marilyn Monroe i nawet ładnie wyglądała, ale ktoś wpadł na niezbyt szczęśliwy pomysł dania jej mikrofonu do ręki, no i - jak to ona - zaczęła rozpaczliwie zawodzić. Artystki typu Cerekwicka czy Kowalska (i parę innych) mają repertuar, który ogranicza się do trzech zagadnień:
a) nikt mnie nie chce przelecieć, więc będę śpiewała, dopóki ktoś tego nie zrobi
b) ktoś mnie przeleciał, ale już nie chce więcej, więc czuję się wykorzystana i o tym zaśpiewam
c) ktoś mnie porzucił, będę więc śpiewała, by jeszcze mu popsuć trochę życia swoimi jękami
Piosenka Cerekwickiej najwyraźniej dotyczyła punktu a. Mniejsza o tytuł, i tak nikt tego nie chce pamiętać.

Ostatecznie nagrodę jury dostały zawodzące dziewczęta z zespołu TULIA w strojach ludowych a nagrodę publiczności otrzymały zawodzące dziewczęta z zespołu TULIA w strojach ludowych. Dlatego na koniec tej części wystąpiły zawodzące dziewczęta z zespołu TULIA w strojach ludowych. Gdy będą miały trochę szczęścia, to sprzedadzą jedną płytę, potem nagrają kowery rockowych piosenek na ludowo, potem duety, album z orkiestrą, płytę akustyczną, ostatecznie będzie sesja erotyczna z maszynami rolniczymi w "Kwartalniku farmerskim" i w końcu udział w reality show dla podupadłych gwiazd za jakieś piętnaście lat. Gratulujemy!!!


Kto nie brał udziału w Paradzie Równości, mógł z czystym sumieniem obejrzeć "Debiuty". Tu poziom także był wyrównany - aż do bólu. A najprzyjemniej słuchało się i oglądało Agatę Konarską, bo rewelacyjnie wyglądała i nie śpiewała. I z niej powinni brać udział liczni wykonawcy...


Po potrzebnej niczym musze gnój przerwie reklamowej odbył się drugi koncert wieczoru:
"Ja to mam szczęście. Koncert piosenek literackich i kabaretowych stulecia" - na wejście brzmi dobrze, prawda? Większość oryginalnych wykonawców lub autorów piosenek albo nie żyje, albo już nie kontaktuje, więc nie mogli protestować. Co jest niezłym patentem, bo nikogo się nie urazi a polska opolska publiczność i tak wszystko łyknie.

KATARZYNA DĄBROWSKA "Korowód" - przebrana za piwonię artystka ledwo nadążała z artykulacją dość wymagającego kawałka. Największą klasę pokazał w tym wykonaniu... Marek Grechuta, nieobecny na scenie oraz od paru lat w ogóle.

KRZYSZTOF KILJAŃSKI "Tak jak malował pan Chagall". Śpiewana niegdyś przez Edytę Geppert piosenka Wojciecha Młynarskiego doczekała się męskiego wykonania. Zdecydowanym plusem wykonania męskiego nad żeńskim było to, iż artysta Krzysztof K. nie zalewał się rzewnymi łzami nad własnym wykonaniem, jak to czyniła niegdyś - i słusznie - artystka Edyta przez dwa "p". Za to zalać się mogła w trupa publiczność, bo nudne to było niczym czytanie książki telefonicznej.

DAMIAN UKEJE wykonał przyzwoicie "Widzieć więcej" Romana Kołakowskiego w dynamicznej aranżacji. Szkoda tylko, że Ukeje zostały do dyspozycji ogony w koncertach składankowo-kowerowych, a jak miał szansę nagrać solowy album, to szkoda gadać.

OLGA SZOMAŃSKA "Łatwopalni" - przebojowi Maryli Rodowicz sprzed ponad dwóch dekad nadano nową, kameralną aranżację, obnażającą wszelkie fałsze i potknięcia. Ale widocznie artystka Szomańska jest masochistką i sama tego chciała.

JANUSZ RADEK "Świecie nasz" - mordowanie piosenek Marka Grechuty najwyraźniej przypadło do gustu organizatorom tegorocznego Opola. Zmanierowany Radek w marynarce z "artystycznie" wystającymi szwami (#jezdęartystom) i fryzurze w stylu "dinozaur złożył mi jajo na głowie" cieszył się niezmiernie ze swojej własnej obecności na scenie nie umiał tego ukryć. No to jest go jeden.


ELŻBIETA ROMANOWSKA I MAREK KALISZUK "Czy te oczy mogą kłamać". Miało być śmiesznie, bo pękata, wrzeszcząca babka vs lalusiowaty wypindrzeniec. Niestety, ta piosenka miała cudowne wykonania lata temu (np. Zamachowski/Biedrzyńska) i reszta to tandeta, laminat i styropian dźwiękowy.

GRAŻYNA AUGUŚCIK "Samba przed rozstaniem" Szok. Nareszcie ktoś zaśpiewał w Opolu normalnie i na poziomie. Inna sprawa, przez co musieli przekopać się - bezskutecznie, jak można mniemać - organizatorzy, by dotrzeć do pani Auguścik? Wprawdzie piosenkę niepotrzebnie upstrzono chórkami, ale to i tak nie było złe, szczególnie na tle tego, co opisane powyżej...

KATARZYNA ŻAK "Filozofia małżeńska". W skrócie można to ująć tak: Katarzyna Żak jest tak dobrą piosenkarką, jak dobrą jest aktorką. I vice versa. Być może w dzieciństwie dyskwalifikowano ją na akademiach szkolnych i teraz sobie musi, bidula, powetować straty moralne. Ale co ma zrobić publiczność?

PRZEMYSŁAW BABIARZ "W Polskę idziemy". Jezusmariaratunku, dlaczego? Udawanie mimiki i intonacji Wiesława Gołasa nie mogło się skończyć dobrze. Mogą się cieszyć jedynie ci, którym udało się dobiec do toalety.

MIKOŁAJ KRAWCZYK "Ja wysiadam". Piosenkę Anny Marii Jopek zaśpiewał aktor, znany głównie ze skandali małżeńskich i pozamałżeńskich (bo przecież nie z ciekawych ról). Wykonanie było równie udane, co dorobek artystyczny pana Krawczyka. Markowanie i lewizna.

AGATA NIZIŃSKA "Życie to jest teatr". Jak to jest, że pani z wadą wymowy, nieciekawym głosem i kiepską intonacją występuje w Opolu? Normalnie, jakby miała kogoś znanego w rodzinie, Pokorę czy kogoś... ups.

EDYTA GEPPERT "Miasteczko pana Andersena" Wyjątkowo tej pani pozwolono wykonać piosenkę z własnego repertuaru (autorstwa Młynarskiego). Jak zwykle, pani Geppert była bliska rozpłakania się nad własną twórczością, ale można ją zapewnić, że publiczność uczyniła to prędzej. Kiedyś płaczki zatrudniano na pogrzebach, dziś śpiewają w Opolu.

JANUSZ RADEK, DAMIAN UKEJE & MONIKA DRYL "Ja to mam szczęście". Nawet nie było to złe - dynamiczna aranżacja, dobry tekst i sensowne wykonanie (poza panią, która bardziej szeptała niż śpiewała). Dlatego poleciało to przed północą, a nie wcześniej, gdy brylowały bezgłosia z kuriozalnym wyglądem.

JACEK KAWALEC "Miejscowa idiotka z tutejszym kretynem" ("Kartka z dziejów ludzkości"). Tuwimowski, doskonały tekst został wyśpiewany przez dawno nie oglądanego Jacka Kawalca, którego starsi mogą pamiętać z "Randki w ciemno" oraz z miliona nieistotnych ról w serialach. Ale nawet dał radę z zabawnym walczykiem.

OLGA BOŃCZYK "Z kim ci tak będzie źle jak ze mną". Robiąca bezskutecznie karierę Bończyk była, jak zwykle, sztuczna i zmanierowana. To dość zabawne, gdy ma się pretensje do bycia wielką artystką, będąc przezroczystą niczym folia spożywcza. Tylko folia spożywcza się przynajmniej do czegoś przydaje.

MONIKA DRYL "Już nigdy" - Artystka Dryl znów bardziej szeptała niż śpiewała, więc prosimy: już nigdy.

NATALIA SIKORA "Tomaszów". Śpiewanie piosenek z repertuaru Ewy Demarczyk powinno być karalne. Np. za karłę powinno się panią Sikorę odesłać do Tomaszowa.

MACIEJ MIECZNIKOWSKI "Piosenka niekochającego". Chyba niesłyszącego? Tam na końcu sceny powinien się świecić taki wielki neon: N I E.

PAULINA GRUSZECKA "Jest fantastycznie". Laureatka festiwalu Zaczarowanej Piosenki w Krakowie wystąpiła z piosenką Wojciecha Młynarskiego. Występ w Opolu był nagrodą za zwycięstwo w imprezie Anny Dymnej.

SZYMON PEJSKI "Małgocha". Kolejny, który szeptał, zamiast śpiewać. Może tego teraz uczą jako niezbędnego środka ekspresji? W rezultacie zamiast śpiewania pieśni publika dostała wzdychanie, sapanie, szeleszczenie i mamrotanie. Szkoda piosenki Bukartyka na takie eksperymenty.

AGNIESZKA TWARDOWSKA "Niebo do wynajęcia". I jeszcze jedna szemrząco-wzdychająca. Bo nie można tak normalnie zaśpiewać - trzeba stworzyć tzw. klimat poprzez różnego rodzaju deklamację, wzdychanie, odchodzenie od linii melodycznej itd. A i tak cały klimat polegał na tym, że pani miała ładne nogi.

MAREK KALISZUK "W wielkim mieście". Ten pan już raz dziś wystąpił i mogło się wydawać, że w zupełności wystarczy. Ale może było na tyle późno, że część artystów zasnęła i brali na scenę byle kogo.

MACIEJ MIECZNIKOWSKI i KATARZYNA DĄBROWSKA "Naprawdę nie dzieje się nic". Trudno o lepsze podsumowanie całości.

Imprezę prowadził i, niestety, przy okazji żartował, Maciej Miecznikowski. Najlepsze było, gdy kamerzysta nie nadążał za przedstawianymi przez prowadzącego uczestnikami. Przykry to był koncert - współczesnym artyścinom (poza paroma szlachetnymi wyjątkami) pozostaje do końca kariery odgrzewać czyjeś piosenki... była taka piosenka Maanamu, "Żądza pieniądza" i aż żal, że na koniec jej nie puszczono. Dobranoc!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz