piątek, 25 maja 2018

SOPOT SUPERHIT FESTIVAL - Koncert Platynowy/Sylwia Grzeszczak - jubileusz


Do pewnego momentu był sobie jeden festiwal sopocki, odbywał się w sierpniu i było mniej więcej wiadomo, kiedy wątroba jest bardziej narażona. Jednak wolny rynek wymaga płynnego obrotu funduszami, dzięki czemu odbywa się teraz kilka sopockich festiwali, z których każdy mniej lub bardziej podpina się pod tradycję tego historycznego, a sklepy "Alkohole świata" mają z pewnością większy obrót. Chyba tylko jeszcze TV Trwam nie zorganizowała swojego Sopotu, ale to być może kwestia czasu.

KONCERT PLATYNOWY to nowoczesny performance artystyczny, w którym udział wzięły popularne osoby, uważające się za artystów, mogące się poszczycić sprzedażą platynowej płyty lub singla. Czyli albo niektóre miernoty liczono razem ze sprzedażą dzwonków na komórki, albo mają wyjątkowo liczne i zamożne grono rodzinne, które wykupi platynowy nakład, wynoszący w czterdziestomilionowym kraju jakieś trzy egzemplarze. Zestaw artystów świadczy albo o wielkiej różnorodności naszego rodzimego rynku, albo o totalnej schizofrenii - jakość wykonań skłania zdecydowanie ku tej drugiej interpretacji.

Aby już na samym początku uzmysłowić publiczności, jak wysublimowany będzie poziom całości, wystąpił SŁAWOMIR z "Miłością w Zakopanem". Że niby nie takie disco polo, ale jednak disco polo. Nie sam Sławomir ma parcie na szło, gdyż wystąpiła obok niego małżonka-chórzystka, wijąca się w złotej kiecce. Jaki John - taka Yoko. Co więcej, okazało się, że państwo Zapałowie są jedną z par, prowadzących koncert.

Następnie na scenie zjawili się wyluzowany i młodzieżowy Maciej Dowbor i jeszcze młodszy od niego Krzysztof Ibisz. Panowie powiedzieli parę śmiesznych żartów, układanych w pocie czoła przez speców z Polsatu, i zapowiedzieli jakieś biedne, ubrane na żółto dzieci, ochrzczone subtelnie MINI DISCO, które to dzieci niezgrabnie tańczyły do nowej wersji "Kaczuszek"- wokal leciał z playbacku, może całe szczęście. Biorąc pod uwagę, że dzieci ledwo odróżniały nogę od ręki, trudno sobie jeszcze je wyobrazić, skupiające się na śpiewie.

MICHAŁ SZPAK - tym razem w czerwonym stroju windziarza z radzieckiego hotelu - łkał o kolorze rzyci. Było w tym trochę dramatyzmu Michaela Jacksona, filuterności Krzysia Antkowiaka i zwiewności Rudiego Shubertha. Michał zaśpiewał jeszcze a cappella refren nowego singla, w którym wyłapać można było - bo chyba był po angielsku - "who ass will give us". Zapowiada się poruszające lato muzyczne.

Nie ma festiwalu bez MARYLI RODOWICZ. Opięta lateksem Maryla wystąpiła z "Pełnią", spłodzoną przez Donatana od cycatych Słowianek. Tym razem Słowianki miały być przebrane za wampirzyce, ale skojarzenia mogły dryfować raczej ku przybytkom, których reklamówki są zwyczajowo umieszczane za wycieraczkami samochodów (nie, nie chodzi o wulkanizację i wyważanie opon). Maryla zniknęła, by - po kilku niezwykle zabawnych żartach Dowbora i Ibisza - powrócić z "Małgośką", którą zaśpiewała, zaplątana w resztki kwietnika - widocznie próbowano ją złapać, żeby drugi raz nie wyszła na scenę, ale przebiła się przez zieleniec koło Opery Leśnej, no i zaśpiewała.

ANIA DĄBROWSKA wystąpiła na żywo, co świadczy o tym, że albo ta pani ma na wszystko wywalone, albo po prostu jest głucha jak pień, bo gdyby nie chórek, byłoby naprawdę cienko. Ania ładnie udaje alternatywną piosenkarkę, wykonując jednocześnie repertuar, którego nie powstydziłyby się ś.p. Irena Jarocka czy Grażyna Świtała. Ania miała bardzo ładną sukienkę z kolekcji "obicia babcinych foteli" - aż się ciepło na sercu robiło (a die-hard fanom nie tylko na sercu) na sam widok.

NATALIA NYKIEL w fioletowym szlafroku i srebrnych kozakach próbowała nawiązać do oryginalnej linii melodycznej swoich piosenek "Error" (tytuł całkowicie uzasadniony) i "Spokój". Prawie się udało. Utwory połączono w medley i, niestety, nie poinformowano telewidzów, w którym momencie jedna piosenka się skończyła a druga zaczęła. W przebitkach pokazywano publiczność (tzn. te mniej pijane osoby, które jeszcze mogły ustać), która machała rozpaczliwie rękoma, być może przekazując artystce sugestię, iż trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niewywalonym.

Polsat przewidująco zarządził przerwę, bo co bardziej wrażliwi mogli już wypić wszystkie zapasy. A druga część zaczęła się DODĄ na plastikowym koniu, która wykonała "Riotkę", odziana we frędzle. Doda fałszowała mniej niż Kasia Popowska, która spłodziła wraz z Dodą słowa do tej pieśni, co nie jest wielkim wyczynem. Pieśń o tyle ciekawa, że ponoć sprzedana na platynowym singlu, a nikt jej nie zna poza artystką i tancerzami (byli nieco lepsi niż dzieci od "Kaczuszek").

MATEUSZ ZIÓŁKO, próbujący od czterystu lat robić coś w rodzaju kariery, wycierając się po różnych talent shows, ostatecznie doczekał się wydania płyty. Wydano mu ją chyba z litości, bo zawodził tak rozpaczliwie, że gdyby festiwal był w Toruniu, sam ojciec Rydzyk kursowałby z tacą między rzędami, zbierając na Mateusza. Albo na to, żeby zapłacić mu tyle, by przestał śpiewać i już sobie poszedł.

Jak zapowiedziano ze sceny "nikt tak nie śpiewa" - to było o CLEO. Faktycznie, ciężko znaleźć kogoś z równie fatalnym głosem. A szkoda, bo gdyby np. postawić taką Cleo w piwnicy bloku i kazać śpiewać, nie trzeba byłoby po chwili martwić się o deratyzację i dezynsekcję. Wszystko by szlag trafił. Cleo miała na sobie strój a la wczesna Kozidrak (skórzana kiecka, poszarpana tu i ówdzie przez szaleńca z piętnastoma parami tępych nożyczek) a do tego wszystkiego czarny pióropusz. Bardziej pasowałyby pawie pióra, biorąc pod uwagę jakość twórczości, zaprezentowanej w Operze Leśnej.

Kolejną sensacją sezonu, głównie żołądkową, był KORTEZ. Koleś, który ma image "smętny dres", siedzi przy keyboardzie w takim stroju, jakby właśnie szedł wyrzucić śmieci, i buczy pod nosem, sylabizując kolejne wersy swej wiekopomnej twórczości: "wte-dy-mi-o-po-wiesz-coś-o-so-bie". W refrenie wyróżnić można było słowa "To dobry moment, nie czekajmy, oszczędźmy sobie". To naprawdę dobry moment, by w podłodze Opery Leśnej zainstalować zapadnię.

EWELINA LISOWSKA, specjalistka od niskich cen (być może dlatego poszło aż tyle jej płyt), nie wiedziała chyba do końca, co na siebie włożyć - dylemat wielu kobiet - więc na wszelki wypadek włożyła fragmenty trzech różnych strojów. Efekt był taki, jak gdyby do rosołu wsadzić kawałek makowca i posmarować musztardą. Ewelina zaprezentowała strasznego gniota z dziwną artykulacją i obowiązkowym "u-ło-o-o-o" w refrenie.

PIĘKNI I MŁODZI - ponieważ to Polsat, nie mogło się obejść bez disco polo. Nawet nie ma się z czego śmiać, bo to ogromne nieszczęście, ale jednak bardzo rozpowszechnione, niczym owsiki wśród dzieci. Panowie z kaczymi głosami i pani w kusej sukience oraz dźwięki z lat dziewięćdziesiątych rodem. Na świecie stałe są śmierć, podatki i gust Solorza. Ukoronowaniem całości był konkurs dla publiczności "Kto jest starszy - Sławomir czy Ibisz". Potem to już tylko reklamy i bieg do monopolowego.

Co by widzowie Polsatu byli dopieszczeni, po reklamach pojawił się zespół BOYS, którego muzy... którego członkowie przebrali się za barmanów. W sumie przy czymś takim publiczości powinno się polewać. Z tego naprawdę nie ma się co napierdzielać. Raz że nie powinno się kopać leżącego, dwa że ten leżący ze swoim dorobkiem artystycznym jest już w Rowie Mariańskim. Albo własnym.


Okazało się, że można jednak stopniować napięcie i pokazać po disco polo coś jeszcze gorszego. POPEK, wytatuowany wszędzie - włącznie z gałkami ocznymi - raper, sprawiający wrażenie ciężkiej patologii, okazał się wielką gwiazdą w Polsce, co w zasadzie wiele mówi i być może nie do końca zaskakuje. W kraju, w którym tzw. przeciętny obywatel czyta pół książki rocznie, nic innego nie może być popularne. Pomijając całą otoczkę tabloidową, która jest porażająca, twórczość Popka to proste bity i niezdarny rap, okraszony równie niezdarnym wokalem. Czasem nawet nie wiadomo, co miało być śpiewem, a co rapem. Popek wykonał kilka identycznych kawałków, przechadzając się po scenie w ciężkim, skórzanym płaszczu, niczym dozorca parkingowy. Gdyby kazali mu zaprezentować jakieś umiejętności z "Tańca z gwiazdami" mogłoby być śmieszniej.


Kolejny artysta (KALI, ktokolwiek by to nie był) zaproponował: "wznieście swoje ręce w górę, żeby na świecie było więcej miłości". Artysta, dysponujący zakresem wokalnym kastrowanego kozła, ubrany był w waciak moro trzydzieści numerów za duży (wyglądało to, jak gdyby na "Maluszka" ktoś zarzucił pokrowiec na tira). Podkład, składający się z dwóch akordów na klawiszach i pierdzenia automatu perkusyjnego, komponowany był prawdopodobnie w toalecie, przed wejściem na scenę. Cała reszta w sumie też.

ARTUR ANDRUS pasował do całości niczym Antonina Krzysztoń do Metalmanii. No ale sprzedał dużo płyt, wystąpił z "Cynicznymi Córami Zurychu" i przynajmniej był zabawny (z założenia a nie jako efekt uboczny). Wprawdzie doznałem szoku, dowiedziawszy się, że Andrus nie ma jeszcze pięćdziesiątki... cóż, to i tak było na koniec jako nagroda dla tych, którzy przetrwali disco polo i polski bieda-hip hop.



SYLWIA GRZESZCZAK - JUBILEUSZ

Słowo "Jubileusz" zawsze kojarzyło mi się z wykonawcami, mającymi bogaty dorobek i długą historię sceniczną. Sylwia Grzeszczak nie ma jeszcze trzydziestki, na koncie trzy solowe albumy i jeden z Liberem a już ma "jubileusz" - dziesięciolecia, oczywiście. No cóż, Sex Pistols wydali tylko jedną płytę i są sławni do dziś... Sylwia zaczęła kameralnie, dusząc się do rzewnego rzępolenia smyczków, a potem niby miało się rozkręcić, zatem dusiła się do bardziej dynamicznego akompaniamentu. Sylwia, chwiejąc się w stroju Wielkiego Ptaka, wciągniętego przez snopowiązałkę, wymęczyła kilka swoich najbardziej znanych piosenek (w tym dwie z Liberem). Dziwne w sumie, że koncert Grzeszczak był tak późno, biorąc pod uwagę, że targetem są ośmioletnie dziewczynki, którym nie przeszkadza, że idolka ma zadyszkę i trafia w co trzeci dźwięk. Na koniec prezydent Sopotu wręczył Sylwii Bursztynowego Słowika za tzw. całokształt (?), co zwykle jest sugestią, żeby wykonawca już więcej nie tworzył. Z tą myślą można słuchaczy i widzów pozostawić...


Zabawne było to, że prowadzący zapytali publikę po koncercie Sylwii: "Czy chcecie więcej dobrej muzyki?". Normalnie jak w "Alicji w Krainie Czarów": - Dolej sobie więcej herbaty! - Ale ja jeszcze w ogóle nie piłam!

Jak się okazuje, przez "więcej dobrej muzyki" organizatorzy (pamiętamy, Polsat) rozumieli kontynuację bytności na estradzie SŁAWOMIRA, który wyśpiewywał swoje niby-nie-disco-polo w towarzystwie lansującej się żony. Cóż, szefostwo Sopot SuperHit Festival zapewne wie, że w piątki ludzie i tak piją, więc co im zaszkodzi, jeśli wypiją jeszcze więcej...




5 komentarzy:

  1. Koncertu nie słuchałam, bo widziałam z reklamujących go migawek, co tam będzie, ale Twój dowcipny tekst przeczytałam. Dziękuję!
    Też myślałam, że Artur Andrus jest starszy :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Artur Andrus jest w tym samym wieku, co Robert Górski, a w "Spadkobiercach" grają ojca i syna ;-)

    "Efekt był taki, jak gdyby do rosołu wsadzić kawałek makowca i posmarować musztardą" - już wiemy, co jada Solorz i miliony Polaków podczas piątkowego grilla.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja chciałem zabłysnąć, że wiem kto to Kali, bo kiedyś trafiłem na jego kawałek "Spływ Monciakiem"... ale poo sprawdzeniu okazało się, że to jednak inny Kali.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A z Eurowizji odpadłeś już po półfinałach? No to naprawdę musiało być ciężko, skoro nawet Ty nie dałeś rady się poświęcić.

      Usuń
    2. A ja napisałem w tej recenzji, że finały oglądam gremialnie i imprezowo, więc nie dałbym radę robić notatek w towarzystwie, z piwem w ręku.

      Usuń