sobota, 26 maja 2018

SOPOT Superhit Festival - dzień drugi

Ilość festiwali sopockich zdecydowanie nie idzie w parze z jakością. To, co prezentował Superhit Festival pierwszego dnia, nadaje się najwyżej do użyźniania gleby, choć być może niektóre elementy mogłyby zostać zakwalifikowane jako odpad radioaktywny. Drugi dzień polsatowskiego Sopotu rozpoczął się w miarę bezpiecznie - kowerem piosenki Eda Sheerana "Shape Of You" w wykonaniu SOUND'N'GRACE, grupy wokalnej, której członkowie niezależnie od płci robią zakupy tekstylne głównie w dziale damskim. Ale przynajmniej potrafią śpiewać. Nie żeby to było od razu dobre i nadawało się do dłuższego słuchania, ale lepszy rydz niż wróbel na dachu.

Koncert prowadził Maciej Rock, Krzysztof Ibisz oraz Ewa Farna, zajmująca nieco więcej miejsca niż scenografia. Niestety, między niektórymi utworami towarzyszyli im Ewa Błachnio i Kabaret Młodych Panów, co dość dobrze komponowało się z solorzowską finezją i wysublimowaniem. Żarty w stylu "Nie wiadomo czy w tym lesie się Tusk nie wałęsa albo Wałęsa nie tuskuje" powaliły najbardziej odpornych. Pozostałe żarty oscylowały w okolicach dolnych rejonów Mariana Paździocha.

MARGARET naprowadziła drugi dzień festiwalowy na właściwy tor: kuriozalny wygląd (żółte włosy, krzywo skrojona piżama w kratkę), tragiczna chorografia w stylu "Taniec św. Wita podczas bycia oblezionym przez mrówki faraona" i okropna zadyszka. Dość zabawna była różnica między fragmentami, śpiewanymi na żywo, oraz tymi z playbacku, bo - znając możliwości artystki - subtelnie dołożono jej drugi głos ze studia. Na koniec Margaret usiadła na miejscu perkusisty i parę razy powaliła w bębny, niczym małpka, udająca dobosza. Najśmieszniejsze było to, że nadal w tle leciały skrawki wokalu, chociaż Margaret nie miała już mikrofonu. Może lepiej by było, gdyby po prostu kazali jej śpiewać partie perkusji - trudno fałszować.

GRZEGORZ HYŻY jęczał coś, odziany w koszulę, zlewającą się wzorkiem z jego tatuażem na klacie - niezamierzony patent, ale w sumie był to najciekawszy element jego występu. Gdyby wystąpiła sama koszula, byłoby jeszcze lepiej. Osobnym plusem dodatnim jego obecności na scenie sopockiej był brak obecności byłej małżonki, której twórczość jest jeszcze bardziej przybijająca estetycznie.

C-BOOL feat. K-LEAH to kolejni wykonawcy wieczoru - anemiczna topielica w granatowym obrusie, marudząca coś do mikrofonu, oraz koleś, machający rękoma nad maszynką, robiącą umpa-umpa. Nazywało się to to "Magic Symphony"... Pomyśleć, że kiedyś Beethoven pisał symfonie na orkiestrę. I był głuchy. Ale chyba nie aż tak bardzo.

ANNA WYSZKONI zamiauczała pieśń "Nie chcę cię obchodzić" i stało się zgodnie z życzeniem. Mimo, iż muzykę napisał Jan Borysewicz, i to słychać, artystka Wyszkoni, mająca tyle wyrazistości i charakteru co zwietrzały paprykarz szczeciński, spowodowała, że piosenkę ma się w tak zwanym głębokim poważaniu. Nie pomogło nawet to, że artystka w trakcie piosenki rozbierała się z eleganckiej sukni do podkoszulka i szortów. Może nawet zaszkodziło...

SOUND'N'GRACE pojawili się jeszcze raz w utworze "100", w którym główne partie śpiewał niejaki Filip Lato. Ładnie śpiewają, to takie współczesne Fasolki czy Gawęda dla starszej młodzieży - jesteśmy radośni, wzniośli, mamy nawet najbardziej banalne frazy rozpisane na głosy, jako codę zrobimy "łoooo", i jeśli posłuchasz więcej niż dwóch piosenek z rzędu, perystaltyka twych jelit okaże się bardziej wydajna, niż to można było przewidzieć.

Po przerwie na szybkie zakupy w monopolowym na scenie zjawił się średnio urodziwy mężczyzna w różowych piórach i czarnym kostiumie kąpielowym. Po chwili okazało się, że to KAYAH, która nagrała piosenkę, doskonale ilustrującą istotę jej kariery - "Po co?".

NATALIA SZROEDER została zapowiedziana jako artystka, której głosu można słuchać bez końca. To prawda, kompozycje tej pani są tak przeraźliwie nudne, iż ma się wrażenie, że trwają wieczność i że nigdy się nie dobrnie do finiszu. Podobno w naszym kraju eutanazja jest zabroniona, ale wyobrażam sobie, że dłuższy recital Natalii Szroeder mógłby rozwiązać parę ludzkich problemów.

Zespół LOCA prowadzony jest przez Grzegorza Porowskiego, który kiedyś jęczał w Rotary ("Lubiiiła taańczyyyć"...). Od tamtego czasu minęły wprawdzie dwie dekady, ale pan Porowski nie podjął prób rozwoju wokalnego. Radosne popierdywanie perkusji i jednego, powtarzanego w kółko akordu harcerskiej gitary akustycznej stanowi podkład do bezpretensjonalnej kaszany wokalno-tekstowej o sile trzech kozidraków. Piosenka miała zapewne "bujać" słuchaczy, ale od tego bujania można dostać najwyżej choroby morskiej. No ale jakiej innej, w końcu to Sopot!

GROMEE, po wielkich sukcesach eurowizyjnych, wziął panią Mahan Moin i sprokurował twór, o wiele mówiącym tytule, "Runaway". Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem tego, że publiczność nie uciekła,  był prawdopodobnie zbyt silny stan upojenia tejże, żeby wstać o własnych siłach. Gromee odnotował swego rodzaju osiągnięcie - udało mu się zaprezentować coś jeszcze gorszego niż na Eurowizji.

LANBERRY zawyła pieśń "Ostatni most". Przez moment nie wiadomo było, jakim narzeczem artystka się posługuje. O ile po pewnym czasie można się było zorientować, iż prawdopodobnie po polsku, to z melodią do końca występu można było mieć wątpliwości. Artystka, podobnie jak Kayah, przywdziała czarny strój kąpielowy, a na niego zimową kurtkę oraz spódnicę z siatki, w jaką czasem pakowana jest włoszczyzna. Najlepsze było w pieśni wyszukane zwieńczenie refrenu "łoooooo" - bo leciało z taśmy.

EWA FARNA dysponuje wprawdzie przyjemnym głosem, ale repertuar, który nim wykonuje, jest niezwykle przykry. Ewa przykryta była fioletową kapą, z której zwisały żółte paski. W zasadzie to równie smutne było zarówno patrzenie na jej strój, jak słuchanie muzyki, którą zwykle włącza się w toaletach restauracyjnych. Najwyraźniej Farna starała się za bardzo nie odstawać od pozostałych uczestników imprezy. Najlepsze było to, że po pierwszej piosence, rozmemłanej balladzie, Ewa zapowiedziała "jeszcze ostrzejszy kawałek" [sic!] i... rozległo się bełkotanie jakiegoś utlenionego rapera, do którego Farna dośpiewywała refren. Nie wiem czy to było takie bardzo ostre, ale z pewnością ciężkostrawne.

Po zdecydowanie pożądanej przerwie (w końcu trzeba uzupełnić wysuszone zapasy) jeszcze raz wystąpił GROMEE, który chyba coś wygrał. Świetnie, może zainwestuje w lekcje muzyki. A po nim wystąpiła topielica w niebieskim obrusie (bo też coś wygrała), krzycząc "Niech wszyscy wstaną!" - jak się jest w trzy dupy pijanym, to człowiek ledwo ma siłę uważać, żeby nie narzygać sobie do kieszeni, a o żadnym wstawaniu nie ma mowy. Na końcu wygrał coś GRZEGORZ HYŻY, który zdążył się przebrać w wiśniową marynarkę. Nie żeby to cokolwiek zmieniło w jakości występu.


Drugi dzień Sopockiego Superhit Festivalu zwieńczył jubileusz 145-lecia pracy artystycznej MICHAŁA BAJORA, który zaprezentował swoje największe przeboje standardowo, tj. głosem zestresowanego królika z kreskówki, ale i tak poziomem wystrzelił daleko w kosmos ponad wszystkich do tej pory występujących.

Cóż można rzec po obejrzeniu polsatowskiego Zoppotu... chyba tylko to: aaagghhrhrrrrr.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz