niedziela, 15 kwietnia 2018

Lady Pank Symfonicznie, Torwar, 15 kwietnia 2018




Lejdipanki, na których koncerty chadzam regularnie, poza standardowymi albumami mają na koncie dwie płyty akustyczne i jedną symfoniczną. I właśnie set z orkiestrą grupa zaprezentowała na warszawskim Torwarze. Z litości nie będę głęboko analizować faktu, iż gdy artysta cierpi na brak weny, to zazwyczaj nagrywa płytę z orkiestrą albo się rozbiera, ale Lady Pank wydają też regularne krążki i szczęśliwie pictorial w Playgirlu chyba również ich ominie. Znaczy się, szczęśliwie dla wszystkich.


Co do samej orkiestry i jej wykorzystania... nie żeby panowie odkrywali Amerykę: poza paroma momentami, gdzie bardziej kombinowano w aranżacjach, "Lady Pank Symfonicznie" polega głównie na tym, że kapela gra a orkiestra robi na smyczkach rzewne łiiiii, tudzież dodaje efektowne pierdnięcia sekcji wzdętej. Ale i tak słucha się tego przyjemnie a wypełniony Torwar świadczy o zapotrzebowaniu na koncerty zespołu (a nie były to darmowe Dni Bigosu w Obcęgowie). Zresztą, jak NIE nagrywać płyty z orkiestrą pokazała już lata temu Metallica (jak nie nagrywać paru innych rodzajów płyt - także), więc Lady Panki miały czas na skorzystanie z innych wzorów.


Ponieważ płyta ukazała się już jakiś czas temu, panowie przy okazji kolejnej symfonicznej trasy - co się chwali - zmodyfikowali repertuar i opuścili wprawdzie parę kawałków (z czego najbardziej żałuję "Wciąż bardziej obcy", bo takiego "Na granicy" wcale mi nie żal), ale dodali kilka innych, n.p. "Miłość" czy do tej pory chyba nie graną na żywo "Wspinaczkę". Poza tym klasyka gatunku: "Tańcz, głupia, tańcz", "Mniej niż zero", "Kryzysowa narzeczona", "Sztuka latania", "Tacy sami", "Zostawcie Titanica", "Zawsze tam gdzie ty","Zamki na piasku", "Mała wojna", "Na co komu dziś", "Stacja Warszawa" oraz "Marchewkowe pole", które po raz pierwszy nie trwało stu lat, i z hitów pomniejszych "Znowu pada deszcz", "Dobra konstelacja" i zupełnie dla mnie niezrozumiałe, tandetne "Wenus, Mars", ciągnące się niemiłosiernie niczym smród za wojskiem. Utwory Lejdipanków orkiestra przetykała fragmentami klasyki filmowej lub klasyki klasycznej - nie bardzo wprawdzie rozumiem, jak miały się skleić kawałki Panków z "Romeo i Julią" Prokofiewa czy "Somewhere" z "West Side Story", ale - jako ignorant - mam prawo się nie znać. Równie dobrze można było zagrać motywy z "Reksia" czy "Piątku z Pankracym".


Na szczęście w aranżach "Mniej niż zero", "Zostawcie Titanica" i "Zamków na piasku" nie ma już śladu elektronicznego morderstwa, jakiego dokonał na nich dwie dekady temu obecny na scenie Wojciech Olszak, i mam nadzieję, że już nie powrócą, bo discopolowy "Titanic" był niezmiernie przykry w odbiorze.

Grupa stawiła się w pełnym i najprawdopodobniej trzeźwym składzie, wzbogaconym o wspomnianego Wojtka Olszaka na klawiszach. Tym razem panowie, zazwyczaj dość rozmowni, ograniczyli konferansjerkę do minimum. Ale to dlatego, że w przerwach między ich kompozycjami pitolili symfonicy i głupio tak było przerywać.

Ludzie (także trzeźwi, bo na Torwarze nie ma sprzedaży alkoholu - o ile ktoś nie naprał się wcześniej) bawili się przednio i - mimo iż koncert był na siedząco, na numerowanych miejscach - co jakiś czas podrywali się, ponieważ w pozycji siedzącej bardzo niewygodnie się tańczy. Im dalej w las, tym więcej było hitów i pod koniec bawili się już w zasadzie wszyscy poza jednym panem z wściekłą, zaciętą twarzą, bawiącym się telefonem. Być może wygrał w Polo TV bilety na benefis Zenka Martyniuka, tylko mu się dni pochrzaniły.

Jakość dźwięku, jak na Torwar, nie była zła - przynajmniej było słychać wszystkich obecnych na scenie. Co nie jest w tym miejscu regułą - swego czasu miałem wątpliwą przyjemność doznać występu grupy Mech, którą bardzo lubię, a która wówczas supportowała przed Sabsami z Dio - i nie wiedziałem nie tylko, jaki utwór grupa wykonuje, ale nawet w jakim języku.

Ponieważ rok temu widziałem Panków akustycznie a teraz symfonicznie, to już mogę spokojnie następnym razem pójść na zwykły, rockowy koncert. Mam cichą nadzieję, że Jan Bo nie wpadnie na nagranie nowych wersji starych przebojów w rytmach calypso, world music, latino itp. Do domu wróciłem bogatszy o parę wrażeń, koszulkę i otwieracz do piwa w kształcie gitary z logo zespołu. Chyba nie mogli lepiej trafić...


1 komentarz:

  1. Hm, mniej niz zero symfonicznie trudno mi sobie wyobrazic, ale skoro mowisz...? Przyznaje, wole sluchac koncertow wszelakich w zaciszu domowym, nie lubie tlumow. Ale rozumiem:)

    OdpowiedzUsuń