środa, 9 sierpnia 2017

ACCEPT "The Rise Of Chaos" (Nuclear Blast, 2017)



Accept to taka stara, ale nierdzewna niemiecka załoga, po której nikt nie oczekuje, że nagle zacznie grać coś innego, niż grała do tej pory. Jak na płytach AC/DC czy Motorhead, Accepciarze od lat serwują to samo - w zasadzie jedynym, choć często kluczowym problemem jest to, żeby kompozycje były dobre. Chciałem też dorzucić do tej listy Ajron Mejden, ale żelazkowcy ostatnio próbują udawać kogoś innego (bez efektu), więc nie. Wracajmy jednak do dojczlandzkiego ansamblu.





Kilka lat temu w zespole pojawił się nowy frontman. O ile zmiana instrumentalisty zazwyczaj boli wizerunkowo mniej, to wokalista rzuca się w oczy i uszy od razu. I nie chodzi o to, że nie jest tak szpetny, jak poprzednik, bo Udo jednak legendarnym piejcem w Accept był i zastąpić takiego trudno. Genialnym albumem "Blood Of The Nations" (2010) muzycy zamknęli usta większości krytyków a sam krążek przywrócił wysoką pozycję zespołowi, nie mówiąc już o równie wysokich miejscach na listach sprzedaży płyt.


Od tamtej pory ukazały się kolejne albumy: "Stalingrad" (2012) i "Blind Rage" (2014). Cóż można o nich rzec - solidna produkcja, sprawni muzycy i wokalista, mocarne brzmienie... ale, niestety, większość kawałków sprawiała wrażenie odrzutów z rzeczonego "Blood Of The Nations". Tak jakby panowie zapomnieli, że nie wystarczy ostro nawalać, żeby być zajebistym zespołem hejwimetalowym, ale jeszcze jakieś nośne refreny by się przydały. Nie bez powodu przebojami - jeszcze w latach osiemdziesiątych - stały się np. "Midnight Mover" czy "Metal Heart". albumach z 2012 i 2014 było różnie, ale osiągnęły one bardzo wysokie miejsca na listach sprzedaży (choćby 1 w rodzinnych Niemczech, kraju na szczęście nie tylko Modern Talking i Sandry).


A jaka jest nowa płyta? Mimo zmian w składzie (gitarzysta i perkusista) w zasadzie niewiele się różni od poprzedniczek. I ma niemal tyle samo ich zalet, co powiela tyle samo błędów. Album nie jest długi - dziesięć kawałków, trzy kwadranse. Nie ma żadnych bonus tracków (limitowana edycja ma jakiś plakat, ale to mało istotne). I mam takie wrażenie, że - mimo iż nie słucha się tego źle - można by było z trzech ostatnich krążków Accept wybrać po trzy-cztery kompozycje i stworzyć jeden bardzo fajny produkt. Taki zabieg nie spowodowałby żadnej utraty spójności, bo wszystkie cztery ostatnie krążki produkuje Andy Sneap i naprawdę przykłada się, żeby brzmienie było mięsiste, selektywne i miażdżące.



"The Rise Of Chaos" prezentuje się i tak lepiej niż dwie poprzedniczki. Już na wejście pięknie piłuje refren "Die By The Sword" a motoryczne akordy stanowią tło dla efektownych, acz nieonanistycznych solówek. Nie jest też złe drugie w kolejności "Hole In The Head" - Mark Tornillo najmłodszy nie jest, ale zadziwia elastycznością wokalną (śpiewa wprawdzie podobnie do poprzednika, ale przy tej muzyce może to i nawet wskazane, poza tym robi to naturalnie i ma zdecydowanie większe możliwości), o formie fizycznej podczas koncertów nie wspominając. Co my tu jeszcze mamy dobrego? A choćby singlowy utwór tytułowy. Jest też spokojniejszy - ale nie pozbawiony gitarowego rzeźbienia - drugi singiel "Koolaid" z chwytliwym, trochę ejtisowym refrenem. I tak sobie mija prawie połowa płyty.


Potem robi się różnie - na przykład "No Regrets" ma niezłe zwrotki i obiecujący bridge, a w refrenie bieda straszna. Odwrotna sytuacja jest w "What's Done Is Done - refren fantastyczny, ale zanim się do niego dotrwa, należy uporać się z mało wyrafinowanymi zwrotkami. "Analog Man", którego tekst traktuje o zagubieniu człowieka starszej daty w nowoczesnym, zdigitalizowanym świecie, brzmi jak nieznane nagranie AC/DC i jest dla mnie równie nieporywające, co twórczość Australijczyków. Przyzwoite jest natomiast "Worlds Colliding", które zaczyna się niczym odrzut z "Metal Heart" (błyskotliwy riff) i prowadzi do znakomitego refrenu. "Carry The Weight", nomen omen, dość ciężkie, ma także znośny refren i nawet lepsze zwrotki. I w zasadzie mogłoby kończyć płytę, ale czyni to, niestety, wtórne "Race To Extinction", w zamierzeniu monumentalne a w ostatecznym rozrachunku nudnawe i mające melodię refrenu niemal taką samą jak obecny na krążku nieco wcześniej utwór numer jeden.

Na okładkę, przedstawiającą miasto po zagładzie, niczym z gier komputerowych, po prostu spuśćmy zasłonę z sukienek Beaty Kozidrak.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz