środa, 19 lipca 2017

Romance za korunu (1975) - czeska komedia muzyczna... AAAAAA!!!

To jest film wagi ciężkiej. Jest tak stary, jak ja, ale nie aż tak udany. Komedia muzyczno-romantyczna z tłem w postaci ówczesnych gwiazd  zapewne pomyślana była jako automatyczny przebój, ale dziewięćdziesiąt minut radosnej czeskiej kinematografii przyćmiewa chyba nawet nasze osiągnięcia z tego okresu.


A teraz będzie spoiler, bo pokrótce opowiem, jaka jest "treść" tego arcydzieła, choć nie podejrzewam, żeby ktokolwiek chciał to oglądać, szczególnie w wersji z czeskimi napisami jako jedynymi dostępnymi.

W akademiku nieopodal Pragi mieszkają sobie pracujący w praskim oddziale TESLA studenci płci obojga. Niektórzy mają się ku sobie, inni sobie żartują, jak to w akademiku. Młodszy od pozostałych (z wyglądu) Pida zakochuje się w nowej uczennicy, Marunie, a z jego zalotów podśmiechują się zarówno inni chłopcy z akademika, jak i wredne, złośliwie rozchichotane koleżanki. Wszyscy starają się robić Pidzie i Marunie głupie żarty, co powoduje, iż chłopak obraża się na dziewczynę. Kwiatek, który miał dać Marunie, daje przypadkowo spotkanej Helenie Vondrackovej (bo przecież każdy z nas spotyka Helenę przypadkiem na ulicy), następnie znajduje monetę - jednokoronówkę - i szwenda się po kiepsko oświetlonej wieczorem Pradze. I ten wieczór to w zasadzie cała akcja filmu (a w zasadzie jej brak).


Od momentu spotkania z Heleną Pida przeżywa owego wieczora same szczęśliwe przygody - dostaje przypadkowo jakieś pieniądze, trafia na występy czeskich gwiazd: niezwykle wówczas popularnego wokalisty rockowego Jiří Schelingera, Nady Urbankovej, Karela Gotta, Rudolfa Cortésa i of course Heleny. Poza tym w salonie gier (popularna "Herna") wygrywa w automacie i baluje dalej, znajduje pojawiające się co chwila w marynarce pieniądze (też chcę taką marynarkę, może wówczas zacząłbym nosić). Co jakiś czas wraca do niego moneta jednokoronowa, którą znalazł na początku filmu. Oczywiście, swobodnie wchodzi do garderoby gwiazd, Nada Urbankova daje mu sto koron na taksówkę, Helena Vondrackova udziela porad miłosnych, potem Pida ratuje jeszcze występ Vondrackovej, która zapomniała kostiumu, Karel Gott specjalnie dla niego śpiewa pod budką z hot dogami (w środku niewzruszony, wąsaty Zdenek coś sobie w tym czasie pichci)...


Przez cały ten czas obraca się wokół Pidy grupa wrednych koleżanek z akademika, ciągających za sobą wiecznie obrażoną Marunę, która ma minę w zamierzeniu nadąsano-wściekłą, ale w praktyce wygląda, jakby miała za momencik puścić pawia. Ja w sumie też miałem ochotę. Aktorka, grająca obiekt uwielbienia Pidy, jest tak drętwa, że mogłaby grać nieboszczkę, a pozostałe koleżanki i koledzy sztuczni niczym wokalno-taneczne popisy "Gawędy". Trudno cokolwiek powiedzieć jest o scenariuszu - może najmniej ryzykownie będzie uznać, że po prostu go nie ma. W zasadzie wartością filmu jest pewnego rodzaju dokumentacja tamtych czasów, socjalistycznej rozrywki sprzed czterech dekad. Oczywiście, wiadomo, że nastąpi happy end, choć prawdziwym happy endem dla tych, którzy dożyją do końca, będą napisy. A w zasadzie jeden: KONEC.


Scenariusz filmu i gra aktorska są tak złe, iż można by pomyśleć, że jedną koronę wyniósł cały budżet filmu (poza gażą gwiazd).


Dla odważnych - polecam choreografię Karela i jego chórzystek.


Dla odważnych, którzy wytrzymali pierwszy klip - nadal polecam choreografię Karela i jego chórzystek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz