czwartek, 8 czerwca 2017

Muzeum Warszawy (kiedyś historyczne) na Rynku Starego Miasta - nie, nie i jeszcze raz nie


 

Myślałem, że tytuł Żenady Roku dostanie nowy teledysk Blondie, ale Muzeum Warszawy dzielnie ściga się o palmę pierwszeństwa. Przeprowadzany od kilku lat remont zaostrzał apetyt na nie wiadomo co. I otrzymaliśmy dokładnie to - nie wiadomo co. Kiedyś było to Muzeum Historyczne m. st. Warszawy, ale jakiś czas temu przymiotnik "historyczne" wyleciał z nazwy a  wraz z nim z ekspozycji wyleciała niemal cała historia miasta.

Od wejścia widać, że najważniejsza w muzeum jest nie tyle tematyka stołeczna, tylko przede wszystkim dizajn. Wspólny dizajn nowych tablic informacyjnych, wspólna zdizajnowana grafika, zredukowana do symboliki pawiana, posługującego się Paintem w komputerze, wielkie szuflady niemal metr na metr, odsuwane tylko po to, by ukazać parę wyrazów, i kompletny chaos wystawienniczy, nie wiadomo w zasadzie co mający pokazać.

Zaczyna się niby chronologicznie (po śmiertelnie nudnych zestawieniach statystycznych, które upchnięto razem, a o wiele lepsze wrażenie robiłyby w charakterze przedzielenia ekspozycji). Na początku są archeologiczne garnki, skorupy, monety i kafelki. A potem pełną parą wtacza się totalny burdel. Makiety wysokich budynków w Warszawie z różnego okresu (dwie wersje katedry, Prudential, Pałac Kultury itp). Potem trochę szkła, butelek i kafelków. "Gabinet syren" i "gabinet pomników" to najpierw pioruńsko monotonne plansze ze schematycznymi rysunkami, gdzie pomniki wyglądają jak pionki szachowe, tudzież jak flaszki z kieliszkami, a potem zestaw przypadkowych miniatur i suwenirów. I dalej jest sałatka wystawiennicza: srebra, portrety, przedwojenne pocztówki z Warszawą, malarstwo i grafika (co z tego, że część całkiem zacna - Vogel, Zaleski, Rapacki, Fangor...), bibeloty od lat zamierzchłych do współczesności a na grand finale "punkt widokowy", czyli obserwacja miasta z ostatniego piętra przez brudne okna, w których odbija się światło. Najciekawszą ekspozycję i najsensowniej wyeksponowane zbiory ma sklepik z pamiątkami, w którym można nabyć wszystko, od kolczyków (to chyba były kolczyki, prawie po dwie stówy) do magnesów na lodówkę, spinaczy do papieru w kształcie syrenki i mnóstwa fajnych książek. Ale po to mogę w zasadzie iść do księgarni.

Największą wartością wystawy było to, że nie wydałem dwóch dych. Nie żeby nie było mnie stać, ale naprawdę nie warto. Masochistów zachęcam do pójścia w darmowe czwartki, reszta niech szerokim łukiem omija to miejsce. Mam świadomość, że jeszcze nie wszystkie sale i wystawy są gotowe, ale to, co zobaczyłem, doskonale zniechęca mnie do ponowienia wizyty w tym przybytku.

Najpierw jest bardzo dużo plansz ze statystykami. Gratuluję utrzymania zainteresowania wycieczek szkolnych, które tu przyjdą i zadaniem oprowadzających będzie krzewienie kultury stołecznej i takich tam. 

Potem mamy pierwsze podejście do pomników.
Chopin to pionek szachowy, tonący w błocie, a Piłsudski wygląda jak flaszka z kielonkiem. Dmowski natomiast miał nierówne kończyny górne. 

Dalej, na podobnych dizajnerskich planszach, syreny. Wizerunki historyczne małe i pod spodem - oczywiście, na pierwszym planie zdizajnowane wariacje współczesne. 

Wysokie budynki w stolicy na przestrzeni dziejów. 

Te "szuflady" wyciąga się pionowo ze ściany. Gdy jedna osoba jakąś ogląda, z pozostałych już nie można korzystać, bo są po kilka centymetrów od siebie. 


Opis eksponatów nie może być na półce przy nich. Trzeba było zrobić specjalną, wysuwaną szufladę, na której są dwa zdania i pustka. 


Był osiołek, co może nieco poprawia wizerunek całości, ale nie do końca. 

Możemy zobaczyć oryginalną głowę Murzynka z kamienicy pod tymże, ale oczywiście nie jest podpisana. Kto ma wiedzieć, ten wie. 


Drugie podejście do pomników i całkiem przypadkowy wybór kilku odlewów - jest np. siłacz z tarasu na Starówce, ale nie ma Mickiewicza czy Skłodowskiej-Curie. 

Drugie podejście do syrenek...

Część obrazów jest jak zwykle wyeksponowana tak, że można je oglądać jedynie pod kątem, bo odbija się w nich światło (wybrałem akurat takie zdjęcie, żeby coś było widać). 

Malunki, ocalone z redakcji "Iskier".

Wąski korytarzyk, prowadzący donikąd (kończy się ślepo, jak widać) i mający okna po obu stronach. Chyba że to była wystawa grzejników a ja nie załapałem. 

Nie wiem czy to miało być coś tymczasowego, czy Wielka Sztuka. 

Na koniec co wrażliwsi mogą sobie skoczyć na piwo.

4 komentarze:

  1. no to szkoda. znów wygrały "modne bzdury", tym razem w wystawiennictwie. no ale Trybusie muszą się wykazać niekonwencjonalnym podejściem. pastelowym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, jestem totalnie nieobiektywny. Ale nie podoba mi się to, co tam zastałem i nic na to nie poradzę.

      Usuń
  2. foto 2 - granice Warszawy??? To jest plansza "rozwój przestrzenny warszawy do 2020r."?
    foto 3 - nim powiększyłem, myślałem że to jest Wielka Warszawa w 2030 ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest Wielka Sztuka w takim innym wydaniu. Ale wystarczająco wielka, bym jej nie zrozumiał.

      Usuń