niedziela, 11 czerwca 2017

HEY + DE MONO "Witaj lato na Bielanach" 10 czerwca 2017



Może to zabrzmi dziwnie, ale poszedłem na koncert De Mono, żeby spokojnie posłuchać Hey. Krótko mówiąc, w ramach imprezy "Witaj lato na Bielanach" wystąpiły obie formacje, ale chcąc zająć sobie dobre miejsce do słuchania i oglądania Heya, musiałem wcześniej przeżyć De Mono. Nawet przeżyłem, ale od początku.

Oba zespoły - De Mono świętuje właśnie trzy dekady istnienia - odnotowały w latach 90 XXw. niesamowitą ilość przebojów. De Mono był tworem bardziej popowym, dla japiszonowej publiczności bez określonego gustu muzycznego, Hey zdecydowanie celował w rockowy, młodzieżowy target. Pozostało tak do dziś, z tym że o ile Hey, nieco zmieniając brzmienie na przestrzeni lat,  nadal produkuje nowe hity (znakomita płyta "Błysk" z ubiegłego roku), to o De Mono głośno jest jedynie z powodu procesów sądowych, w jakich biorą udział Andrzej Krzywy i Marek Kościkiewicz. Kościkiewicz, który odchodził i wracał do zespołu, uważa że on ma prawo do nazwy, ponieważ to on założył zespół i stworzył większość jego przebojów. Krzywy natomiast uważa, iż nazwa należy się jemu, gdyż to on jest frontmanem i brał udział w nagraniu wszystkich płyt studyjnych. Doszło do tego, że są dwa zespoły De Mono - na Bielanach wystąpiła wersja z Kościkiewiczem, któremu ze starego składu towarzyszą saksofonista Robert Chojnacki i perkusista Dariusz Krupicz. Oczywiście, żadne z wcieleń De Mono nie wylansowało od dawna żadnego przeboju, toteż im właśnie przypadła rola rozgrzewacza, mimo iż teoretycznie koncert miał na celu celebrowanie trzydziestolecia.





De Mono rozpoczęło występ od tego, że na scenę wyszedł wesoły Robert Chojnacki i oświadczył, że nie będzie śpiewać, tylko grać, bo poprzedniego dnia wypił dużo wódki. Po tym wzruszającym wstępie pojawili się pozostali muzycy (wokalistą tego wcielenia do niedawna był Rafał Brzozowski, ale aktualnie za mikrofonem stoi Tomasz Korpanty) i na szczęście w sposób absolutnie profesjonalny wykonali większość przebojów, z których słynęło De Mono. Co by nie mówić o muzyce - nie jest to moja ukochana twórczość, delikatnie rzecz ujmując - to przyjemnie było posłuchać i popatrzeć na fachowość muzyków. Naturalnie, "Statki na niebie", "Znów jesteś ze mną", "Kochać inaczej", "Zostańmy sami" czy "Kamień i aksamit" do dla mnie dość ciężkostrawna porcja muzycznego kiczu. Szczęśliwie grupa sięgnęła też po żwawsze utwory z początku kariery, jak "Moje miasto nocą" czy "Twoje ulice". Były wycieczki w stronę solowej kariery Chojnackiego ("Prawie do nieba" - tu Chojnacki znów wspomniał o piciu alkoholu przy tworzeniu "Sax & Sex" - nie wspomniał, ile trzeba wypić, żeby całej płyty wysłuchać) oraz Kościkiewicza ("Szczęśliwego Nowego Jorku, śpiewane w oryginale przez Artura Gadowskiego). Na szczęście darowano sobie produkcje zespołu Magma. Poza znanymi przebojami De Mono zaprezentowało też nowy singiel, "Ty jesteś jutrem". Może powiem tak - życzę powodzenia. Wokalista De Mono trochę śpiewa jak Krzywy a trochę wygląda jak Piaseczny sprzed dwudziestu lat. Jest pewnego rodzaju osiągnięciem znalezienie mniej charyzmatycznego frontmana niż poprzedni, ale widocznie demonowcy lubią pokonywać bariery.
 



Po krótkiej przerwie na scenie pojawił się Hey - i szał. Po raz pierwszy widziałem Heya na żywo i byłem zdziwiony, że Kasia Nosowska, mimo swojej absolutnej nieruchawości scenicznej, jest doskonałą frontmanką (frontwomanką?), bardzo miło rozmawiała z publicznością między utworami, wykazała się wielkim dystansem do siebie samej (żarty z własnej nadwagi) i do swojej twórczości. Hey postawił na nowsze przeboje do tego stopnia, że z początków kariery usłyszeliśmy jedynie "Teksańskiego". Spora była reprezentacja utworów z ostatniego albumu - i słusznie. Zabrzmiały "Błysk", "Prędko, prędzej", "Ku słońcu", "2015" i "Historie". Były też między innymi "Luli lali", "Kto tam? Kto jest w środku?" "Cztery pory", "Cudzoziemka w kraju kobiet", "A Ty", "Muka", "[sic!]" i dość oryginalnie potraktowana "Arahja" Kultu. Hey zdaje się odcinać od post-grunge'owego grania z lat dziewięćdziesiątych; nie było ani "Mojej i twojej nadziei", ani - poza wspomnianym "Teksańskim", jeśli mnie pamięć nie myli - niczego z pierwszych kilku płyt, co zupełnie nikomu nie przeszkadzało.
Koncert, ze względu na ciszę nocną - wokół "Serka Bielańskiego" są bloki - zakończył się parę minut po 22:00 i bardzo dobrze, bo mogłem o normalnej porze znaleźć się w domu. Dźwięk podczas obu występów - przynajmniej tam, gdzie stałem - był bardzo dobry, selektywny, aż przyjemnie było posłuchać.


Tuż koło mnie stała młodzież w wieku gimnazjalnym - zszokowało mnie nie tyle, że znali piosenki Hey (to nie dziwne, zespół jest non stop obecny w mediach a kolejne single stają się przebojami), ale śpiewali także większość utworów De Mono. Myślałem, że formacja Kościkiewicza ma status obciachowych dinozaurów a tu niespodzianka. Inna sprawa, że w kraju, gdzie furorę robi fałszująca Margaret albo Zenek Martyniuk, granice obciachu są mocno przesunięte. To ja już wolę De Mono. A jeszcze bardziej wolę Heya.


7 komentarzy:

  1. Znajomość twórczości Heya zakończyłam na Teksańskim i szczerzem zdziwiona, że oni jeszcze nie siedzą na geriatrii jakiejś. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak Hey na geriatrii to De Mono już w wieku powązkowskim?

      Usuń
    2. Znajomość twórczości Justina Biebera zakończyłem na "Baby, Baby, Ooo" i szczerzem zdziwiony, że on jeszcze nie siedzi na geriatrii jakiejś. ;)

      Usuń
    3. Justin Bieber skończył się na "Kill'em All".

      Usuń
    4. Ja to nawet nie wiec co ten Justin. No dobra wiem, bo czasem na jedynce gazety go pokazali, ale nie odważyłam się posłuchać. Jeśli chodzi o muzykę, to zawsze byłam alternatywna i za czasów Heya słuchałam rythm&soul na zmianę z twardym techno, a teraz dla odmiany niektórych hinduskich piosenek z filmów bollywoodu albo coś z Gruzji czy innego wschodu (a jeszcze 6 lat temu słuchałam wyłącznie muzyki latynoamerykańskiej). Ja nawet nie bardzo wiem, czego teraz słuchają normalni ludzie. De Mono to ja myślałam, że upadło w latach 90 po jednej płycie. A panów, których wymieniasz, w większości w ogóle nie kojarzę, jak zresztą większości sceny muzycznej z Polski.

      Usuń
  2. Hej. Mam podobne odczucia do autora. Równiez poszedłem na DeMono, by zająć jakieś sensowne miejsce na gwiazdę wieczoru.
    Hey'a słuchałem jakies 20 lat temu (kw..wa ,jak ten czas zleciał!), od momentu pojawienia się pierwszej płyty. To były trzy pierwsze płyty(a raczej kasety:), innych nie znałem.
    A że był festyn na osiedlu, potem koncert to czemu nie...Zabrałem ze sobą 10 letnią córkę. Koniecznie chciała iśc na koncert rockowy, kojarzyła "List", bo czasem u nas leciało:). To był również mój pierwszy koncert Hey.
    Zabrakło mi trochę starszych utworów, tj. List, Ja sowa, Moja i twoja nadzieja, Zazdrość.... Ale ponieważ zespół wydał mnóstwo płyt, a ja znałem tylko kilka pierwszych. to na koncercie czułem się trochę jak gośc i nie w głowie mi było domagać się moich ulubionych kawałków. P.Kasia wszystkie utwory wykonuje b. emocjonalnie, śpiewa całym sercem:), więc skoro zdecydowała się na taki repertuar, to widać tak czuła i ja to szanuję.
    Arahję zaśpiewała niesamowicie, kontakt z publiką wspaniały, duża dawka humoru i dystansu do siebie. Wrażenia z koncertu b. pozytywne, teraz na spokojnie przesłucham kolejne płyty Hey i może coś mi w ucho wpadnie:)

    OdpowiedzUsuń