środa, 7 czerwca 2017

HELMET "Dead To The World", earMUSIC 2016




Bo to było tak: zamówiłem jakiś czas temu inną płytę, której przesyłka się opóźniła. W ramach przeprosin sprzedawca dorzucił mi bonus w postaci ostatniego krążka Helmet, zespołu na temat którego miałem do tej pory blade pojęcie. Wiedziałem, że Helmet gra tzw. metal alternatywny, znałem ze trzy kawałki na krzyż i spodziewałem się może nie ostrej nap...lanki, ale nieco bardziej zdeycydowanych dźwięków. No i włączyłem płytę.



Jest to pewnego rodzaju sztuką żeby w ciągu pół godziny starać się wywołać u kogoś nawet nie samą senność, ale wręcz śpiączkę, w którą nie zapadłem tylko dlatego, żeby nie skończyć jak Bon Scott czy Jimi Hendrix.

Szlachetnego metalu tu tyle, co w błyszczącej szczęce bazarowej handlarki ze Wschodu. Jeśli przypomnimy sobie amerykańskie filmy, których akcja dzieje się w tak zwanym collegu, to nowa twórczość Helmet idealnie pasowałaby jako ilustracja do takiego mołszyn pikczer. Męczące, istotnie alternatywne (co objawia się ewidentnym brakiem pomysłów na melodię) granie, ciutkę cięższe niż zespół harcerzy, którzy pierwszy raz podpięli sprzęt do wzmacniacza, jednostajny rytm i co jakiś czas dwugłos, co oznacza, że w tym miejscu ma być refren. Owszem, są riffy i są solówki, ale większość tak podobna do siebie, jakby kilka utworów sprokurowano na bazie jednej demówki. Wokalista nie dysponuje bogactwem oktaw, zatem śpiew także jest dość monotonny, bo jaką dramaturgię można uzyskać na trzech dźwiękach. A przede wszystkim te kompozycje są tak słabe, ale tak potwornie słabiutkie, że totalnie leżą i nawet balkonik dla emerytki im nie pomoże.

Produkcja jest nawet niezła, acz "alternatywna" maniera, polegająca na zmemłaniu gitar w jedną glamzę, dodatkowo pogłębia efekt biedy. Kiedyś Helmet – z tego, co kojarzę – odznaczał się większą selektywnością brzmienia. Motoryczne, szarpane riffy i wystający z nich smakowicie co jakiś czas bas, zostały zagniecione niczym ciasto i zrobił się zakalec.

W miarę dobre - na tle tragicznej reszty - wrażenie robi utwór otwierający całość, "Life Or Death", z wyraźnie zarysowaną melodią i refrenem, zagrany z większym nerwem niż pozostałe. Być może sami muzycy wraz z kolejnymi nagraniami stopniowo tracili energię i usypiali od własnej twórczości, bo im dalej, tym gorzej. A zresztą – album, po potwornej walce ze śmiercią kliniczną słuchacza, kończy... powtórzone "Life Or Death" w wersji slow. Nie dość, że brak pomysłów, to jeszcze totalne uśpienie. Jeszcze w miarę ocknąć się można w mocniejszym niż pozostałe „Die Alone”, gdzie zespół wspiął się na szczyty skromnych, niestety, możliwości, i zapodał uczciwą łupankę z wybornym riffem i złowieszczym śpiewem Hamiltona.


Oczywiście, są jakieś tam przebłyski, ale ponieważ twórcy postawili sobie za punkt honoru nie napisać dobrych kawałków, to jakakolwiek udana forma czy pomysł zostaje natychmiast zniweczone. Na przykład w "Expect The World" zwrotki dają nadzieję na ciekawe rozwinięcie tematu, ale już w refrenie mamy szamotaninę z producentem dźwięku, który prawdopodobnie postanowił udusić frontmana, bo charkot, jaki zarejestrowano w ramach refrenu, jednoznacznie kojarzy się z kimś, kto ma problem z zaczerpnięciem powietrza. W „I Love My Guru” (pisownia z serduszkiem, how sweet) pod koniec słychać powtórzony kilka razy krzyk „Shut the fuck up” i być może nie wokalista krzyczał a ktoś do niego. W „Drunk In The Afternoon” tytuł najpewniej wyjaśnia genezę powstania płyty (zawartość pieśni o potwierdza) a przy anemicznym „Look Alive”, wlokącym się niczym osobowy z Rzeszowa do Świnoujścia, człowiek ma ochotę popełnić harakiri przy pomocy ugotowanego makaronu.

Niektóre solówki na płycie brzmią nawet miło, ale większość to typowe „alternatywne granie”, mające na celu zamaskowanie braku pomysłów – popisy głównej gitary brzmią, jak gdyby lider doznał nagłego porażenia prądem, tudzież ataku padaczki. Można też sobie wyobrazić zespół Smashing Pumpkins po zażyciu pięciu espresso naraz. Skojarzenia w stronę Foo Fighters i Beatlesów również nie są od rzeczy, ale od skuteczności wyżej wymienionych to lata świetlne.

Tak na dobitkę (chyba) Helmet stwierdził, że zrobi cover piosenki Elvisa Costello z 1979 r., „Green Shirt”. Cóż można powiedzieć – popowa wersja Costello to majstersztyk przy rzężeniu Helmet, które sprawia wrażenie powstałego naprędce, bez pomysłu, jak i cała reszta płyty. Biorąc pod uwagę fakt, iż od poprzedniego krążka Amerykanów minęło sześć lat, wypada jedynie pogratulować. Nie wiem jeszcze czego, no ale chyba wypada…


2 komentarze: