niedziela, 4 czerwca 2017

BLONDIE "Pollinator", BMG 2017







Od ostatniej płyty Blondie, o której pisałem tu i o której wolałbym zapomnieć, minęły trzy lata. Przez ten czas Debbie dostała prawdopodobnie lepsze leki uspokajające, zespół dostał rachunki i wszyscy doszli do wniosku, iż czas nagrać normalną płytę, nawiązującą do klasycznego stylu zespołu, bez żenujących eksperymentów, bez udawania młodzieżowych gwiazd hiphopu i adrendbi. I - o dziwo - to się w większości udało. Jedenaście utworów na "Pollinator" wstydu nie przynosi, jest kilka słabizn, ale i parę momentów niezwykle przyjemnych.


Dużo obiecywały już single, "Fun" i "Long Time", choć teledysk do pierwszego z nich poczynił wielkie spustoszenie w świecie kultury i sztuki (jest tak zły, że prawdopodobnie był ostatnią propozycją wideo, którą obejrzeli w życiu np. Chris Cornell i Gregg Allman), i na albumie jeszcze znajdziemy parę takich kawałków: lekkich, zwiewnych, doskonale zaaranżowanych i z przebojowymi refrenami.


Ciekawe jest to, że w powstawanie najlepszej od kilkunastu lat płyty Blondie członkowie grupy mieli niewielki wkład. Większość materiału napisali zaproszeni goście, ale na szczęście nie są to tym razem bełkocący po hiszpańsku raperzy. Napisali co nieco Johnny Marr (eks-The Smiths), Sia, Nick Valensi z The Strokes, chórki w jednym kawałku robi Joan Jett a w innym udziela się aktor John Roberts. W sumie poprzednią wtopę Blondie także w dużej mierze tworzyli ludzie spoza zespołu, ale tym razem muzycy nie dali się zdominować i odcisnęli swoje piętno nawet na cudzych kompozycjach, co wyszło zdecydowanie na dobre całemu krążkowi, o słuchaczach nie wspominając.


Pierwsza część płyty to dość otwarta wariacja na temat tego, z czego wszyscy Blondie znają. Dwa wspomniane single brzmią niczym sequele do "Heart Of Glass" a otwierający całość "Doom Or Destiny" (jeden z dwóch utworów autorstwa Harry/Stein), "Already Naked", "When I Gave Up On You" czy "My Monster" to składanie hołdu sobie samym, ale - moim zdaniem - bardziej przekonujące niż np. u Black Sabbath na okrzyczanym rewelacją "13". Piosenki są rytmiczne, jedne bardziej pop-rockowe, inne trochę skręcające w stronę dyskoteki, ale kojarzą się z dokonaniami, dzięki którym Blondie stali się popularni. No i brzmią bardziej przekonujaco niż całość materiału z nudnego "Curse Of Blondie", równie nieciekawego "Panic Of Girls" i przerażającego "Ghosts Of Download". Wpadają w ucho, mają przyjemne refreny i, może to mało odkrywcze, ale gdyby ta płyta wyszła trzydzieści lat temu, pewnie więcej osób by o niej usłyszało. Choć nie jest źle - to pierwszy album Blondie od 1999 roku ("No Exit"), który ma przyzwoitą sprzedaż - a więc opłaciło się być sobą.


Głos Debbie Harry, z małymi wyjątkami, jest mocno podretuszowany (jak i sama Debbie) i słychać doskonale, że gdyby nie auto-tune, mogłoby być inaczej. Czy gorzej, trudno stwierdzić, bo np. w "My Monster" brzmi całkiem naturalnie i brzmi dobrze. A w spokojnym i melodyjnym "When I Gave Up On You" przetworzony głos wokalistki prezentuje się po prostu dziwacznie.

Kilka fragmentów jest zdecydowanie mniej udanych: współpraca z Sia, "Best Day Ever", zakończyła się niewypałem - kompozycja w ogóle nie pasuje do śpiewu Harry i można odnieść wrażenie, że Debbie śpiewa co innego, a zespół gra co innego. Na tekst też można spuścić zasłonę czegokolwiek. Nafaszerowany dęciakami i trzeszczącymi skreczami "Love Level" mógłby się znaleźć na albumie Phila Collinsa - i to nie jest komplement. Nie zawsze też fajne zwrotki są wykończone równie dobrym refrenem (trochę skaszanione i zapędzone "Too Much"). Szczęśliwie, gorzej dopracowane fragmenty "Pollinatora" to mniejszość.


Efektowny jest koniec płyty - grupa wzięła na warsztat mało znaną balladę "Fragments" grupy an Unkindness (tak pisanej). W oryginale jest to oparta na brzmieniu pianina i jęczeniu wokalisty siedmiominutowa porcja pretensjonalnego żalu rozstaniowego, przerywana bardziej żwawym szarpaniem, wszystko w akustycznym sosie. Blondie zrobili z tego klasyczny rockowy numer z pięknymi pasażami gitary, dramatycznym aranżem, a interpretacja Debbie, śpiewającej tu normalnym głosem, jest bardziej przekonująca niż wersja autorska. Blondie cały czas mają w sobie to "coś", tylko niestety nie zawsze są w stanie, no... Cóż, tak to bywa.

I drobna niespodzianka. Po ostatnim utworze następuje pół minuty ciszy a potem tzw. "hidden track". Jest to podobny w charakterze do poprzednika "Tonight" z gościnnym udziałem Laurie Anderson.


Na "Pollinator" słychać energię - mimo dostojnego wieku członków-założycieli (ze starego składu są gitarzysta Jimi Destri, perkusista Clem Burke, no i Debbie Harry) - której brak było na trzech ostatnich płytach. Mniej też wyrachowania, więcej grania z potrzeby tworzenia muzyki. Ale być może potrzebnych było tych kilka wpadek, żeby nagrać coś porządnego. "Artysta głodny to artysta płodny" - coś w tym jest...


*****
Uwaga - to jest TEN teledysk.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz