piątek, 26 maja 2017

Obejrzałem pierwszy dzień POLSAT SUPERHIT FESTIVAL


Festiwali sopockich jest obecnie niemal tyle, co stacji telewizyjnych (chyba tylko Ezo TV nie ma własnej edycji, ale to zapewne kwestia czasu). Jednocześnie ich poziom jest odwrotnie proporcjonalny do ilości tych imprez, zatem zawsze miło popatrzeć, bo po kilku sekundach obserwacji zmagań różnych artystów z dźwiękiem człowiek od razu pozbywa się kompleksów i lżej mu na duszy. A co wrażliwszym lżej także na żołądku, pozbywszy się jego treści w efekcie nadmiernej absorpcji festiwali sopockich.

KONCERT PLATYNOWY - taką nazwę miał dzień pierwszy tegorocznej edycji.

Już na samym początku artyści teatru Roma udowodnili, że po pierwsze tekstów piosenek angielskich nie należy zawsze przekładać na polski, a po drugie jak coś nagrał zespół ABBA, nie należy nagrywać tego ponownie, bo lepiej na pewno nie będzie. O ile pierwsze "Voulez Vous" jeszcze jakoś bezboleśnie przeszło, to "Dancing Queen" i "Waterloo" wykonały trzy panie, tańczące tak samo równo, jak śpiewające. "Waaaterlo, wojna wygrana, a dalej co?..." Dziękujemy za to przypomnienie, szczególnie w imieniu sieci sklepów "Alkohole 24h", bo po tym występie obroty zapewne wzrosną.


Jako druga wystąpiła AGNIESZKA CHYLIŃSKA, wiarygodna rockmanka z dyskotekowej remizy. Artystka wykonała single "Królowa łez" i "KCACNL", będące interesującą syntezą dokonań Kim Wilde i Gangu Marcela po zażyciu spida. Ciekawym zabiegiem były próby rockowego growlowania do syntetycznego, tanecznego podkładu. Równie dobrze można by było poprosić Franka Sinatrę, żeby zaśpiewał w Cannibal Corpse.


Następnie na scenie zjawił się MICHAŁ SZPAK, który zaprezentował swój jedyny (i przy okazji eurowizyjny) przebój, co czynić będzie przez następnych pięć sezonów na Dniach Śmietany i Dożynkach Kurpiowskich. Michał ubrany był w strój radzieckiego konduktora, który przegrał casting na sobowtóra Michaela Jacksona. Później Michał wył o tym, że "jesteś bohaterem" - istotnie, jest nim każdy, kto wytrzymał ten koszmar na trzeźwo.


Kolejną gwiazdą była ANIA DĄBROWSKA. Artystka miała nieco porwaną sukienkę - rwał się jej także głos, więc być może było to zaplanowane. Ciekawe czy Anię reanimowano w kulisach, bo śpiewać z taką zadyszką... Podobne dźwięki można usłyszeć, gdy zaczyna się redyk. Kiedyś czytałem, że istnieją brzmienia, które - mając bardzo specyficzną częstotliwość - powodują kataklizmy, eksplozje albo przynajmniej biegunki. Dzięki temu występowi naukowcy są coraz bliżej ich zdefiniowania.


SYLWIA GRZESZCZAK przebrała się za Wielkiego Ptaka z "Ulicy Sezamkowej", przepasanego taśmą policyjną. Uwagę zwracały dwie chórzystki, z których jedna miała w uszach kolczyki w kształcie ogromnych kółek a druga w kształcie równie wielkich trójkątów. Taka subtelna aluzja co do pomieszczenia, które przyniesie ulgę po takich występach.


MICHAŁ BAJOR nagrał ostatnio swoje największe przeboje raz jeszcze i wydał na płycie. W Sopocie wykonał "Nie chcę więcej" - ja także nie chciałem, ale artysta zaatakował jeszcze raz duetem z ANIĄ WYSZKONI. Kto nie ryzykuje, ten nie pije...

SARSA została zapowiedziana jako artystka charakterystyczna, której z nikim nie sposób pomylić. Artystka Sarsa miała na przyklejone do głowy dwa rożki po lodach a odziana była w piżamę, którą wciągnęła częściowo snopowiązałka. Oryginalna i niepowtarzalna twórczość Sarsy polegała na monotonnie wydawanym dźwięku i dziwnie akcentowanych wyrazach. Szansonistka zaprezentowała przebój z pierwszej płyty oraz postraszyła, że dziś premiera drugiej. Czas popracować przy okopach.

Zupełnie nie pasował do całej tej menażerii zespół DŻEM, któremu - w obawie o wyrafinowane uszy polsatowskiej publiki - przerwano reklamami drugą piosenkę już na samym początku. Tradycyjni widzowie Polsatu i tak musieli być w szoku po "Naiwnych pytaniach" a przecież trzeba jeszcze dotrwać do popisów Zenka Martyniuka. Przerywniki z publicznością dość dobrze odzwierciedlały zapotrzebowania festiwalowych bywalców. Niestety.

Polsatowski poziom powrócił przy okazji występu aktualnej inkarnacji zespołu PIERSI, która, w co może trudno uwierzyć, jest jeszcze gorsza niż wcielenie pierwotne. Po discopolowej "Balkanice" grupa zaproponowała receptę na eutanazję, czyli własną wersję piosenki Ritchie Valensa "La Bamba". Niedługo Piersi przestaną być zapraszane na festiwale, bo wokalista może okazać się większy od sceny, na której występuje. W zamian mamy niemal codzienne występy byłego lidera, ale głównie w postaci parlanda.

"Tak naprawdę trzy lata temu nikt o nim nie słyszał" - tak zapowiedziano pana o pseudonimie KORTEZ. Sądzę, że gdyby nadal o nim nie słyszano, świat wcale nie byłby gorszym miejscem. Koleś, przebrany za dresa, jęczący przy fortepianie niczym pies, uwiązany na mrozie za nogę do budy przy minus piętnastu stopniach, budzi jakieś tam emocje. Na przykład współczucie. Nie wiem czy dałbym platynową płytę, ale od razu przy tej twórczości odruchowo sięga się po dziesięciogroszówkę.


Jako kolejna wystąpiła NATALIA NYKIEL. Pani chyba chciała być polską Bjork, co odzwierciedlone było w dziwnym uczesaniu i bulgoczącym podkładzie. Pani Nykiel śpiewała (a w zasadzie udawała, że wykonuje tę czynność): "Bądź dużym chłopcem i przestań do mnie słać pytania". Pytanie jest tylko jedno - czy leci z nami laryngolog? Przydałby się też wizażysta, bo pani Nykiel na małą czarną zarzuciła różowy żakiecik, obszyty falbanami niczym firanka z przedwojennego salonu.


ANTEK SMYKIEWICZ to doskonała nijakość. Maniera kelnera lub fryzjera, połączona z bezpłciową papką, przy której produkty z McDonald's to haute cusine. Doskonale stworzona muzyka pop - zero aranżacji, melodyjne rozwolnienie wzbogacone o chłopięce jęki, wydawane w chwilach uniesień, gdy ręce nastolatka nie znajdują się pod kołdrą, i ten jeden, jedyny przebój ("Pomimo burz"), który na szczęście pozostanie tym jedynym przebojem.


Podobno - według zapowiedzi - CLEO sprawdza się w wielu gatunkach muzycznych. Artystka być może się sprawdza, ale nie powiedziano czy jako piosenkarka, czy po prostu skręca fortepiany. Cleo, odziana niczym McHammer lub Sindbad Żeglarz, próbowała zademonstrować siłę swego głosu warczeniem i charczeniem. To coś, jakby pinczerek udawał pitbulteriera. Artystka rozkręciła się dopiero, gdy utwór przeszedł w regularną łupankę dyskotekową, ku uciesze wysmakowanych gustów polsatowskiej publiczności.

Creme de la creme tego wieczoru stanowił występ zespołu AKCENT i ZENKA MARTYNIUKA, czyli disco polo w czystej postaci. Na scenie drętwy facet z keyboardzistą. Na widowni ekstaza. W zasadzie trudno się dziwić, że Polacy tyle piją. Nie ma się co wyżywać na Zenku, bo wyśmiewanie się z disco polo to jak ekscytowanie się faktem, że rozkładające się mięso śmierdzi. No śmierdzi i już... ale naprawdę nie trzeba go jeść. "Przeez twe oczy, twe oczy zielooone ooooszaaalaaaaałem..." Świat zmierza ku zagładzie.


Po przerwie reklamowej, podczas której naród zdołał się zapewne już doszczętnie zbetonić, wystąpił mistrz prawidłowej dykcji, Muniek Staszczyk, z zespołem T.LOVE, który obchodził 35 rocznicę swojego istnienia. Koncert odbył się pod hasłem "Chłopaki nie płaczą". A jednak... Pamiętam, że kiedyś przypadkiem znalazłem się na koncercie T. Love i wytrzymałem do piątek piosenki (solowy występ Muńka chyba nawet tyle mi nie zajął). Tym razem z ciekawości dotrwałem nieco dłużej, bo byli goście. Janusz Panasewicz zaśpiewał "Autobusy i tramwaje", Kasia Kowalska wyjęczała "Wychowanie", a gdy na scenę wszedł Kortez i zaczął mordować "Kinga", wyłączyłem telewizor, bo ostatecznie wątroba jest tylko jedna. Do usłyszenia!

8 komentarzy:

  1. widzę dziś poniewczasie, że wczoraj w Palladium grał Don Wasyl w Wieczorze Cygańskiej Pieśni... może byłeś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie byłem, oglądałem przecież Polsat.

      Usuń
    2. mogłeś być i oglądać Polsat np. na tablecie.

      Usuń
    3. Nie za dużo wrażeń naraz? :D

      Usuń
  2. To masochizm czy poświęcenie dla ludzkości ( tzn. czytelników blogu)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo lubię horrory klasy B a to się do nich zalicza.

      Usuń
  3. Chyba temu neonu z nazwą odpadło jedno "S".

    OdpowiedzUsuń