piątek, 19 maja 2017

King Of Rock And Roll - IV Memoriał Ronniego Jamesa Dio. Proxima, 18 maja 2017



Od pewnego czasu przerzedza nam się w świecie kultury i sztuki i zamiast chodzić na występy gwiazd, pozostaje uczestniczyć w tzw. memoriałach im poświęconym. Ronnie James Dio niemal dokładnie siedem lat temu - 16 maja -  przegrał walkę z rakiem. Miałem szczęście widzieć Artystę dwukrotnie, z zespołem Dio (grał całą płytę "Holy Diver") i z Heaven & Hell, czyli wcieleniem Black Sabbath z okresu albumu "Mob Rules". W Proximie po raz kolejny odbyła się impreza, poświęcona temu zacnemu wokaliście. 


Już kiedyś byłem na podobnym spędzie, poświęconym Jonowi Lordowi. Koncert dla Dio był zorganizowany w podobnej formule - jego spiritus movens byli muzycy zespołu Scream Maker, którzy akompaniowali wszystkim pozostałym wykonawcom. Na scenie pojawiali się różni - dla mnie mało znani - wokaliści i gitarzyści, wszyscy jednak prezentujący bardzo przyzwoity poziom. Był m.in. wokalista Turbo, Grzegorz Struszczyk, był Łukasz Drapała do niedawna śpiewający w Chemii, Grzegorz Kotyłło z lubelskiego niegdyś dobrze zapowiadającego się Tipsy Train, a także cała masa osób, grających w hardrockowych grupach mniejszego kalibru, toteż nie bardzo popularnych medialnie. Wokaliści wspierali się nawzajem chórkami, bardzo profesjonalnie przygotowanymi, co dodawało niewątpliwego uroku występom. Same kawałki odgrywano mniej więcej tak, jak brzmiały na płytach, bez inwencji aranżacyjnej, ale na szczęście nie brzmiało to, jak kwadratowe karaoke z pliku midi - najwyraźniej wykonawcy szanują bohatera wieczoru na tyle, żeby nie kaszanić. I chwała im za to.


Zastanawiałem się, jaka będzie frekwencja - nie było źle. Było wprawdzie luźno na widowni, ale kilkaset osób pojawiło się tego wieczora, by posłuchać muzyki Dio z różnych wcieleń. Założeniem organizatorów było zagranie płyty "Holy Diver", debiutu zespołu Dio, w całości od początku do końca, i to zrealizowano już w pierwszej połowie imprezy. Poza tym było sporo kawałków z różnych okresów działalności grupy Dio, z naciskiem na bardzo przeze mnie lubiany krążek "Dream Evil" z 1987 r. Jak się można domyślić, pominięte zostały ostatnie nagrania zespołu Dio, co mnie nie dziwi, bo są po prostu w większości męczące i słabe. Sporo było też brzmień tęczowych (Dio nagrał z Rainbow trzy pierwsze albumy i repertuar z nich fantastycznie sprawdził się na koncercie) oraz, rzecz jasna, kompozycje Black Sabbath z albumów "Heaven And Hell", "Mob Rules" i "Dehumanizer". Sięgnięto też, niestety, po straszne "Hoochie Koochie Lady" formacji Elf, w której Ronnie śpiewał, zanim Blackmore zwerbował go do Rainbow.


Pomyśleć by można, że są same plusy... "Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przesłoniły Wam minusów", a więc:

- Koncert odbył się w Proximie, która jest miejscem na koncerty średnim. Byłem tu wielokrotnie na różnych wykonawcach polskich i zagranicznych (np. Asia, Closterkeller, TSA) i nagłośnienie ZAWSZE pozostawiało wiele do życzenia. Tym razem prawie w ogóle nie było słychać klawiszy (chyba że grały, przez nikogo nie zagłuszane, np. cudowny wstęp do "Tarot Woman"). Dość kuriozalnie wyglądało to w momencie, gdy za syntezatorami stały aż dwie osoby, zupełnie niesłyszalne - gdy się na nie patrzyło, można było odnieść wrażenie, że zagniatają ciasto.

- Byłem wręcz przekonany, że w dzisiejszych czasach bilety sprzedawane są z ogólnej sieci, tzn. że w każdym Empiku mogę kupić. Nic z tych rzeczy - okazało się, że żyjemy w epoce dystrybucji określonych ilości kartoników ścisłego zarachowania. Po swój bilet musiałem iść do Palladium - nie że daleko, ale chodzi o samo utrudnienie.

- Jak już koncert zaczynać się ma o 20:00, to niech się o tej dwudziestej zacznie a nie pół godziny później. Niestety, przypominają mi się czasy, gdy łaską pańską było rozpoczynanie występów kilka kwadransów po ich anonsowaniu. Nie wiem, może artyści nie dojechali na czas, może mieli zatwardzenie, może lakier do włosów im się skończył, ale irytujące jest to o tyle, że musiałem po 23 wyjść z cudownej Proximy, mimo iż występy jeszcze trwały. Środek tygodnia, następnego dnia rano do pracy - wiadomo.

- W marcu miała być ogłoszona lista wykonawców, którzy pojawią się na scenie. Mimo moich wielkich chęci i takich starań, nie udało mi się do niej dotrzeć. Rozumiem, że przy imprezach składankowych (zwłaszcza, że ta porusza się po kilku miastach) jest to dość trudne, ale przy Tribute to Jon Lord jakoś się udało.



- Rozumiem, że Ronnie nie miał mega wyjściowej urody, ale żeby portretować go w manierze demonicznego klauna z kingowskiego "It" (chodzi mi o grafikę nad sceną), to już lekka przesada.

- Browary polskie walczą z alkoholizmem. Do takiego wniosku doszedłem po zamówieniu w Proximie piwa (w butelce, nie z kija), w którego reklamie pada hasło "Chce się ż". Owszem, chce się, ale rz. Ciecz, która bezczelnie podszyła się pod nazwę "piwo", okazała się tak obrzydliwym szczochem, że tego dnia już niczego więcej nie wypiłem.





- Proxima ma jedną z sal przeznaczoną dla palących, nieoddzieloną drzwiami od reszty świata. I to wystarczy.

Nie mogę obrócić tego obrazka. Co obracam w programie graficznym, wraca do pionu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz