wtorek, 9 maja 2017

EUROWIZJA - I półfinał: AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!


Eurowizja to pewnego rodzaju fenomen na skalę wszechświatową. Kuriozalna, coroczna impreza, która poza ABBĄ nie wylansowała nikogo godnego zapamiętania, organizowana jest z wielką pompą i transmitowana przez państwowe telewizje w celu w zasadzie nie wiadomo jakim. Zwycięzców zazwyczaj nie pamięta się po miesiącu, więc na wszelki wypadek przypomina się laureata I nagrody z zeszłego roku, którego po występie nadal się zapomina, ku ogólnej uldze i radości. Czasem zdarza mi się obejrzeć to "wydarzenie", bo w pewnym sensie rzadko czegoś takiego można doświadczyć. Odnoszę też wrażenie, iż spora ilość ludzi ogląda to na poważnie, bo od paru lat odbywa się nie jeden a trzy koncerty: dwa półfinały i impreza finałowa. Cóż, widocznie ktoś za to płaci.


Początek I półfinału polegał na tym, że modelki w ukraińskich strojach ludowych (tegoroczna edycja odbywa się w Kijowie) prezentowały owe stroje, obracając się i uśmiechając. Po paru chwilach jedna z modelek - z zarostem na twarzy - wyszła na środek sceny i zaczęła stękać. Okazało się, iż to lokalny artysta, uprawiający ukraiński rap. Po nim na scenie pojawili się przedstawiciele kilkunastu krajów:


1.Szwecja: Robin Bengtsson, „I Can't Go On"
Pan o wyglądzie modela z reklam pasty do zębów podrygiwał, jednocześnie wydając z siebie taki dźwięk, jak gdyby tę pastę połknął. Pan ubrany był w garnitur, będący powrotem do ekscentrycznej mody wczesnych lat 90 (fioletowy żuk gnojownik) a tancerze wokół opędzali się od niewidzialnych komarów, choć to jeszcze nie sezon. Tytuł utworu jest adekwatny do odczuć słuchaczy po pierwszych dziesięciu sekundach. W takim kontekście wspominanie zwycięstwa ABBY trzysta lat temu jest najzwyczajniej w świecie niesmaczne.


2.Gruzja: Tamara Gaczecziladze, „Keep the Faith”
Trzeba mieć istotnie dużo wiary, by nie zaszczypać się na śmierć, zastanawiając się czy nie wróciły lata siedemdziesiąte. Pani wyglądała jak ekshumowana sprzed czterech dekad Ałła Pugaczowa, chociaż zapewne zamierzeniem stylizacyjnym było udawanie ubogiej siostry Bijąse. Gruzinka próbowała udowodnić, iż ma soulowy, głęboki głos, acz niestety jej występ sprowadził się do symulacji dźwięków, wydawanych zazwyczaj podczas porodu lub agonii. Pelerynka w czerwonym kolorze zapewne może się przydać podczas jakieś korridy. Nawet nie trzeba jej odczepiać od artystki.


3.Australia: Isaiah, „Don’t Come Easy”
Całkiem logiczne jest, że Australia bierze udział w konkursie piosenki Eurowizji, w końcu leży w Europie. Ponieważ piosenką poprzednią była nudna ballada, teraz dla odmiany zaprezentowano nudną balladę. Jest perkusja automatyczna, istnieją samplery, a słuchając takich utworów odnosi się wrażenie, iż wynaleziono już automaty do pisania piosenek. Zapewne stworzenie takiego cuda, jak konkursowa piosenka, poprzedzają badania rynku, jakieś konsumenckie algorytmy itp, ale - jak to w tytule - it don't come easy. Najzabawniejszy był moment, gdy artysta spróbował na moment zaśpiewać w wyższym rejestrze i osiągnął efekt, jaki zwykle można usłyszeć, kopnąwszy kogoś znienacka w krocze.


4.Albania: Lindita, „World”
Pani miała dziwnie skoordynowaną garderobę - welon, srebrny topik i spodnie od piżamy. Miała też dziwnie skoordynowany głos z aranżacją pieśni i pewnie dlatego bezradnie rozglądała się wokół w poszukiwaniu zaginionej melodii. Tu - podobnie jak i u reprezentanta europejskiej Australii - zabawną porażką skończyła się próba wejścia na wyższy rejestr. Ale i w innych rejestrach było dość zabawnie, choć prawdopodobnie nie było to zamierzeniem twórców. A że utwór był podniosły i pompatyczny, tym ciekawiej było to oglądać.


5.Belgia: Blanche, „City Lights”
Dziewczę o głosie zepsutego odkurzcza i z miną ofiary represji wszelakich melorecytowało tekst do elektronicznego podkładu. Wokalistka, spowita w czarny strój (gdyby nie dekolt, świetnie sprawdzałby się na pogrzebach), podnosiła co jakiś czas ręce i machała nimi na boki - być może spodziewała się lecących pomidorów lub ogryzków od jabłek, ale publiczność była na tyle miła, że usnęła, zanim zaczęła czymkolwiek rzucać.


6.Czarnogóra: Slavko Kalezić, „Space”
Niezawodny Artur Orzech, komentujący event, zapowiedział reprezentanta Czarnogóry: "trochę aktor, trochę piosenkarz". Zarośnięty, zniewieściały pan z długim warkoczem i strojem, pożyczonym od Bananaramy z trasy po uzdrowiskach i hospicjach, zaprezentował raczej archaiczne disco w stylu przełomu lat 80/90, czyli już bez uroku tych pierwszych, ale za to już z beznadzieją tych drugich. Clou programu nastąpiło, gdy artysta śpiewał i jednocześnie kręcił swoim długaśnym warkoczem w powietrzu. Z jednym nie sposób się nie zgodzić: "trochę piosenkarz". I tylko trochę.


7.Finlandia: Norma John, „Blackbird”
Kolejna artystka, ubrana cała na czarno, w poruszający sposób prosiła tytułowego kosa, by nie śpiewał ("blackbird, don't sing"). Niestety, kosów nie wpuszczono na imprezę, bo być może o to samo, i to mniej subtelnie, poprosiłyby artystkę. Pani mocowała się z melodią, a "nastrój" osiągnięto poprzez wypuszczenie sztucznego dymu, który niestety osiadł na dole sceny i nie zasłonił wykonawców. W końcowym fragmencie utworu postarano się osiągnąć efekt dramatyczny poprzez podniesienie głosu i - nie ma co tu kryć - było to dramatyczne. Na scenie był też pan, ale skutecznie chował się za pianinem. Trudno mu się dziwić.


8.Azerbejdżan: Dihaj, „Skeletons"
Dihaj to podobno "artystka alternatywna". Bycie takową najwyraźniej polega na tym, że ma się dziwny makijaż, kolczyk w nosie a obok stoi drabina, na której siedzi sobie pan z końską głową. Pan stał nieruchomo rozkraczony na szczycie drabiny przez pierwszą połowę utwory a następnie dostał drgawek, co mogło być wywołane przez twórczość pani Dihaj. Gdy artystka alternatywna próbowała udawać Bjork, Kate Bush i Izabelę Skrybant jednocześnie, pan zdjął końską głowę. Gdyby śpiewała dalej, być może zdjąłby i własną.


9.Portugalia: Salvador Sobral, „Amar pelos dois”
Dawno nie było nudnej ballady. Piosenkę dla reprezentanta Portugalii napisała o rok starsza siostra. Cóż, różnie się układa między rodzeństwem. Braciszek otrzymał egzaltowane pitolenie, którego uatrakcyjnieniem miało być równie egzaltowane wykonanie: robienie dziwnych min, zmanierowane odrzucanie głowy do tyłu, podskoki w miejscu, jakaś padaczka na stojąco, granie na niewidocznej gitarze, dyrygowanie sobie samemu oraz inne zjawiska, przy których zazwyczaj podaje się środki uspokajające. Widocznie cięższe przypadki wysyła się w Portugalii na Eurowizję, pewnie w ramach terapii szokowej.


10.Grecja: Demy, „This Is Love”
Artystka postanowiła połączyć elegancję z seksapilem i na kostium kąpielowy narzuciła kawałek materiału do zasłon. Po niemrawym wstępie pieśń rozkręciła się w radosne umpa-umpa na 4/4 a artystkę poniosło na tyle, że nie do końca wiedziała, gdzie jest melodia. To znaczy, miała melodię własną, ale nie była to chyba ta, zamierzona przez autorów. Przy podeście, na którym występowała, uwijało się w panice dwóch tancerzy - być może próbowali znaleźć miejsce, w którym wyciąga się z gniazdka kabel od mikrofonu. Niestety, miała bezprzewodowy...


11.Polska: Kasia Moś "Flashlight"
Artystka, robiąca karierę od jakichś dziesięciu lat, znana jest głównie z reklamy Link 4. Tym razem jednak nie zaśpiewała reklamowej piosenki a coś innego, będącego połączeniem power-ballady a la Meraja czy inna Houston z elektronicznym brzęczeniem i do tego wszystkiego brzdęknięciami skrzypiec. Kasię ściskał bandaż, który miał za zadanie spowodować, iż piersi pani Moś nie wylecą z impetem w publiczność, mimo iż wyglądało na to, że bardzo mają ochotę się wydostać. Resztę stroju stanowiło połączenie gazy opatrunkowej i wyglądało to tak ogólnie, jak gdyby artystka właśnie uciekła z oddziału zamkniętego.

12.Mołdawia: SunStroke Project, „Hey Mamma”
Jeśli zespół nazywa się "Udar słoneczny", to już nie jest dobrze. Jeśli na scenie trzech panów w smokingach i trzy panie, równie elegancko odziane, prezentują synchroniczne machanie nogami, to jest jeszcze gorzej. A jeśli utwór w swoich najlepszych (?) momentach przypomina "Coco Jumbo", wrzucone do betoniarki z toną gruzu, to już wiadomo, że to po prostu Eurowizja.

13.Islandia: Svala, „Paper”
Ponieważ każdy wykonawca musi się legitymować oryginalnym wyglądem, pani Svala demonstrowała tak zwany cleavage, czyli miejsce pomiędzy piersiami, gdzie u pani Svali znajduje się sporych rozmiarów tatuaż. Choreografia pani Svali polegała na tym, że artystka próbowała nie przewrócić się przy podmuchach wentylatorów przy scenie, a białe prześcieradło, które miała na plecach, wyglądało, jakby zabrała część garderoby Kasi Moś. A może obie piosenkarki musiały podzielić się jednym strojem?


14.Czechy: Martina Barta, „My Turn”
Dawno nie było nudnej ballady. Większość czeskiej twórczości, z jaką miałem styczność, była zabawna - zamierzenie bądź nie. Tu nic z tych rzeczy - pani w złotej piżamce (w podobnych dwie dekady temu pląsał zespół De Su) przynudzała potwornie, co być może miało swój ukryty cel - Czeszka liczyła, że podczas jej występu cała konkurencja dokona jakiegoś aktu autodestrukcji i zostanie, siłą rzeczy, zwyciężczynią. Ale i w tej kategorii rywale byli bezlitośni.


15.Cypr: Hovig, „Gravity”
Cypryjczyk chyba świsnął bluzkę z cekinami swojej matce. Wraz z dwoma tancerzami zaprezentował jakiś tam utwór, ale przede wszystkim choreografię, która polegała na machaniu w powietrzu stopami i łapaniu się wzajemnie za kostki. W pewnym momencie pieśniarz aż rzucił się na ziemię - widocznie wziął tytuł utworu zbyt dosłownie.


16.Armenia: Arcwik, „Fly With Me”
Pani jest psychologiem, specjalizującym się w terapii mowy. Miejmy nadzieję, iż nie specjalizuje się w muzykoterapii, bo połączenie dźwięków zepsutej sokowirówki z parodiowaniem ś.p. Ofra Hazy to nie jest do końca recepta na sukces. Pani podczas występu na przemian szczerzyła się i głaskała po twarzy (być może sprawdzała czy po porcji szczerzenia się szczęki są nadal na miejscu) a dwie towarzyszące jej tancerki wyraźnie cierpiały na lumbago. Co i tak jest niczym w porównaniu z cierpieniami publiczności.


17.Słowenia: Omar Naber, „On My Way”
Dawno nie było nudnej ballady. Pan już drugi raz reprezentuje swój kraj. Poprzednim razem ewidentnie mu nie wyszło. Wniosków nie wyciągnął, bo to, z czym przyjechał do Kijowa, nadaje się co najwyżej jako twórczość, puszczana w toaletach eleganckich hoteli i restauracji (tytuł może nawet sugerować zwycięską walkę z zatwardzeniem). Jeśli o image chodzi, miał być Frank Sinatra a wyszedł kelner z zajazdu gdzieś daleko od tras przelotowych.


18.Łotwa: Triana Park, „Line”
"Trochę rocka odrobina transu i muzyki tanecznej" - tak A. Orzech scharakteryzował radosną twórczość Łotyszy. Wokalistka ubrana była w strój przerośniętej trzecioklasistki na zabawie szkolnej. Nie bardzo wiem, gdzie miała być ta "odrobina rocka", być może chodziło o to, że wykonano mini solo gitarowe na tle elektronicznego tłuczenia. Nawet trudno to nazwać łupanką, bo perkusja co jakiś czas przestawała walić, więc nawet jako podkład do roztłukiwania mięsa na schabowe jest to nieprzydatne - a inne zastosowania tego czegoś trudno stwierdzić; do słuchania się to na pewno nie nadaje.



Po prezentacji osiemnastki kandydatów rozpoczęło się głosowanie smsowe - etap tak ekscytujący jak wątek szczurów laboratoryjnych w serialu "W labiryncie". Podczas gdy miliardy telewidzów, śliniąc się z ekscytacji, wysyłały esemesy, na scenie pojawiła się artystka, która wygrała rok temu. Należy wierzyć na słowo, bo - jak wspomniałem na początku - zwycięzcy nie pamięta się już zwykle po wyłączeniu telewizora, zatem mogli postawić kogokolwiek i dać mu do wykonania cokolwiek. Potem byli faceci przebrani za baby w strojach ludowych (każdy kraj ma taką Danę International...), później znów zwyciężczyni sprzed roku, aż w końcu ogłoszono, które piosenki weszły do finału. Ledwo zabandażowana reprezentantka naszego pięknego kraju, o dziwo, też się załapała. Było fantastycznie, jak zwykle.



Wszystkich gniotów w wersjach studyjnych można posłuchać tutaj. Nie gwarantuję, że przebrnę przez drugi półfinał...


Edit: nie obejrzę drugiego półfinału z powodu nieobecności przed tv. Ale może to i dobrze...

2 komentarze:

  1. dobra relacja, ubawiłem się setnie, na pewno setniej, niż gdybym oglądał... Azerbejdżan, Albania, Australia? ależ spuchła ta impreza, zwłaszcza na A.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie no Portugalia nie była taka zła, przynajmniej pan śpiewał w swym ojczystym języku (ciekawe, że mu pozwolili, może dlatego, że pan wygląda na autystycznego i po angielsku nie umie?) - na tle tych spierdolin, które oglądałam przed chwilą na yt dzięki Twojej relacji, brzmi wręcz rewelacyjnie. Wygląd, zachowanie, no cóż. Chyba wolę to niż wyuczone pozostałych, jakby ich z fabryki klonów wzięli.

    A w Mołdawii to jakaś pamiątka po wakacjach Macierewicza śpiewała. ;)

    OdpowiedzUsuń