wtorek, 7 marca 2017

MOYA BRENNAN - River Of Songs Tour, Progresja 3 marca 2017


To dziwnie brzmi, ale muzyka Clannad towarzyszy mi już ponad trzy dekady. Wokalistka tego szacownego ansamblu z Irlandii, Moya Brennan, ponownie odwiedziła nasz kraj i zaprezentowała w dwugodzinnym secie utwory zarówno z przeszłości, jak i z nowej solowej płyty "Canvas", nagranej głównie przy pomocy córki Aisling i syna Paula, obecnych także na scenie. Jak zwykle urocza i bezpośrednia Moya ujęła od razu całą zgromadzoną publiczność, wypełniającą Progresję. Pięcioosobowy skład (byli jeszcze znani z poprzednich występów prześliczna wio- wiolo-… no dobra, skrzypaczka Lia Wright i harfista Cormac de Barra, sama Moya też miała harfę) przedstawił piosenki w wersjach niby skromnych, ale pełnych pięknych dźwięków, które powodują, że świat choć na tych kilka chwil staje się, jakby to ująć, mniej upierdliwy. Frekwencja na koncercie potwierdza, że na tego typu twórczość jest stałe zapotrzebowanie. Widać też - i słychać - jak wiele pracy wkładają artyści, by przypomnieć różne utwory, ukazać ich brzmienie w wersjach odmiennych od płytowych aranżacji (Follow The Word, Against The Wind), ale i nie zapomnieć o tym, czego chce posłuchać inżynier Mamoń (Robin Of Sherwood Medley, I Will Find You).





Nieeleganckie jest wypominanie kobiecie lat, powiem więc tylko tyle, że Moya, mimo upływu czasu, non stop zachowuje ten sam anielski głos, który znamy z nagrań Clannad. Żadnych fałszy, śpiewania na pół gwizdka czy obniżania tonacji. Najwyraźniej nie każda artystka w pewnym wieku przeżywa kryzys. Jak wspominałem, Moya zwraca się do publiczności w sposób bardzo bezpośredni. Czasem dowcipnie tłumacząc, o co chodzi w piosence, napisanej w Gaelic (które to pieśni, mimo dostojnego wykonania, mają nierzadko charakter pijackich przyśpiewek), czasem o mniej radosnych chwilach (śmierć ojca oraz odejście jednego z członków Clannad w ubiegłym roku), które zainspirowały, w pewnym sensie, materiał na nową płytę.




Z nowej, bardzo ładnej płyty “Canvas” Moya przedstawiła sporo utworów: River Of Songs, Nuair a Bhí Óg, Children Of War, Where We Once Met, You Never Know, Do’n Pháiste Óg i Where You Belong. Najnowszy repertuar niczym nie zaskakuje – synteza wysokogatunkowej muzyki pop w absolutnie nienagannym wykonaniu i delikatnej, niemal akustycznej aranżacji, oraz irlandzkiego folkloru, nieco przetrawionego na potrzeby słuchacza spoza Szmaragdowej Wyspy, ale zdecydowanie przykuwającego uwagę. Były też wycieczki po płytach od pierwszej solowej (wspomniane Against The Wind) przez pozostałe, z pominięciem albumu świątecznego, którego zawartość artystka prezentowała u nas ponad rok temu. Ponieważ na scenie obecny był Cormac de Barra, usłyszeliśmy jeszcze kilka kompozycji ze wspólnych albumów jego i Moyi. Sam Cormac miał też swoje solowe „okienko”, podobnie jak Aisling Jarvis, córka gwiazdy, która niestety – w przeciwieństwie do matki – prezencję sceniczną ma taką sobie i głos również. Cóż, nie każdy jest Natal… przepraszam, żarcik. Wracając jednak do koncertu – nie obyło się, rzecz jasna, bez utworów Clannad. Wspomniane już I Will Find You i wiązanka z Robin Hooda (prosty chłop był, więc z pewnością puszczał co jakiś czas wiązanki) uzupełniło piękne wykonanie Down By The Salley Gardens, opracowane na początku XX wieku do XIX-wiecznego wiersza Yeatsa, a wykonywane przez Clannad na pierwszym albumie live. Co tu kryć, dwie godziny minęły jak z bicza strzelił a ja wyszedłem szczęśliwy i zaopatrzony w wielki zestaw wzruszeń, wrażeń i dwie nowe płyty. I do następnego razu!

2 komentarze:

  1. No cóż posłuchać Brennanów mogę,choć nie muszę, wolę Loreene McKennit.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie z kolei Loreena średnio rusza, ale ważne że każda z nich ma swoją misję i swoją niszę.

    OdpowiedzUsuń