poniedziałek, 2 stycznia 2017

Ritchie Blackmore's Rainbow “Memories In Rock – Live In Germany" Eagle Vision



Dopóki nie oszalał, Ritchie Blackmore był jednym z najbardziej znanych i wpływowych gitarzystów hard rockowych. Na jego riffach i solówkach wychowywały się całe pokolenia fanów gatunku a i wielu muzyków zainspirował do rozwijania własnej działalności. Ryszard oszalał jakieś dwie dekady temu, gdy po kolejnym rozwiązaniu Rainbow powołał do życia Blackmore's Night, formację której przewodziła niestety małżonka Ryszarda, a której twórczość z płyty na płytę stawała się coraz bardziej przewidywalna i, przede wszystkim, żenująca. Jarmarczne, pseudorenesansowe pitolenie, przyprawione jękiem pani Ryszardowej, wzbudziło u dotychczasowych fanów uczucie mocnego zakłopotania. Mimo iż pierwsze trzy-cztery płyty BN były całkiem sympatyczne, później bywało gorzej. Ryszard zapewne zauważył po jakimś czasie, że wpływy z kolejnych krążków BN nie są imponujące, a tu dziecko małe się zjawiło w domu, żona woła o paciorki i perkale a i co jakiś czas trzeba naoliwić Fendera. No i Ryszard wpadł na pomysł, który właściwie pojawiał się co jakiś czas bardziej jako pobożne życzenie niż realna obietnica - reaktywowanie Rainbow.


Rainbow działało w różnych składach w latach 1976-84 i 1993-6, odnotowując kilka sporych przebojów i ukazując nie tylko talent kompozytorski Ryszarda, ale i dobór muzyków. To w Rainbow zabłysnąć mogli na przykład Ronnie James Dio, Cozy Powell, Don Airey, Graham Bonnet czy, ekhm, Joe Lynn Turner. 


Koncerty ekshumowanego w 2016 Rainbow odbyły się trzy. Sflimowano dwa, z czego jeden poszedł na DVD w całości a drugi w ścinkach do bonusów. Ryszard otoczony jest zupełnie nowym składem (a jakże). Klawiszowiec wzięty ze Stratovarius, sekcja rytmiczna z Blackmore's Night, w chórku małżonka (zawsze można się pocieszyć, że np Yoko Ono była bardziej szkodliwa dla słuchu) a za mikrofonem nowa twarz: Ronnie Romero. Pan wygląda niczym krzyżówka Freddiego Mercury i Dave'a Grohla, głos ma mocny i bezbarwny, co stanowi w sumie "udane" dopełnienie pozostałych nowych muzyków Rainbow. Klawiszowiec jest głównie w tle, basisty prawie nie słychać a perkusista gra niczym dobosz w zespole szkolnym zakładu głuchoniemych. Być może Ryszard specjalnie nie przejmował się jakimś super doborem muzyków, gdyż grupa nie planuje nagrania nowej płyty a jedynie okazyjne występy "for fun", choć może "for cash" byłoby bardziej prawdopodobne. Jako wieloletni fan Ryszarda na wieść o nowym DVD Rainbow teoretycznie powinienem przywalić głową w sufit z radości, ale przywaliłem jedynie facepalma, gdy zobaczyłem listę piosenek. Na piętnaście tytułów siedem to kompozycje Deep Purple. Znaczy się, reaktywowane Rainbow jest kower-bandem Purpli a przy okazji gra coś Rainbow? Jasne -  to także kompozycje Rycha. Jednak wybrał on w większości te, które i tak - w lepszym wykonaniu - można usłyszeć na koncertach Deep Purple.  Żeby chociaż chłop jakoś oryginalnie pojechał. Ale nie - mamy:
Highway Star, Mistreated, Perfect Strangers, Child In Time, Woman From Tokyo,  Black Night i Smoke On The Water. Repertuar Rainbow to: Spotlight Kid, 16th Century Greensleeves, Since You Been Gone, Man On The Silver Mountain, Catch The Rainbow, Difficult To Cure, Stargazer i Long Live Rock'n'Roll. Czyli sama klasyka bez niespodzianek. Szczególnie ciekaw byłem wykonań Child In Time (ze względu na wokalizę) oraz Stargazer (ze względu na rozmach), ale z zainteresowaniem obejrzałem a przede wszystkim wysłuchałem wszystkiego, co nowe Rainbow oferuje.


 Koncert odbył się w wypełnionym po brzegi amfiteatrze, dźwięk i filmowanie są bez zarzutu. Wszystko widać i słychać. Przede wszystkim rzuca się w uszy nieco anemiczne wykonanie części utworów. Oczywiście, Ryszard nie jest już najmłodszy, ale owa anemia to niekoniecznie jego wina. Muzycy towarzyszący - trudno to w sumie nazwać składem - grają na tyle bez jaj, że niektóre utwory poważnie tracą na dynamice.  Niby to hard rock a np Spotlight Kid brzmi jak dancing w Ciechocinku. Niektórym kawałkom wcale nie zrobiło dobrze pozbawienie ich riffowych wstępów (np Since You Been Gone) a żeby spieprzyć klawiszowy wstęp do Perfect Strangers też trzeba się nieźle postarać. Wokalista śpiewa mocno, nie fałszuje, ale i nie porywa.  Rozbuchane Stargazer brzmi nawet przyzwoicie (Candice wraz z koleżanką robią chórki i niech tam już pozostaną). Child In Time, odśpiewane wspólnie z wokalistą przez publiczność, byłoby niezłe, gdyby nie słynna wokaliza w wysokich rejestrach, gdzie niedomagającego Romero stara się zagłuszyć chórek, a i tak wrażenie jest okropne. Sporo piosenek brzmi poprawnie, ale wiele- ujmując rzecz mało literacko -  kwadratowo; albo polot rzecz nieznana, albo muzycy tak boją się wychylać, że ograniczają się do odegrania karaoke, a nie o to chodzi. O ile zrozumiały jest wybór piosenek z ery Dio, zaledwie  jedna z epoki Turnera jest skandalem. Nie lepiej zamiast kawałków Purpli było zagrać I Surrender czy Street Of Dreams


Jak wspominałem, uczucia mam co najmniej mieszane. Apetyt, rozbudzony po informacji o powrocie Rainbow, nie został zaspokojony. Czuję się, jakbym zamiast ogromnego befsztyka dostał skromniutką pasztetową. Rainbow zapowiada cztery koncerty latem 2017. Ciekawe czy Ryszard przemebluje nieco zestaw piosenek. Przemeblowania składu raczej nie należy oczekiwać, szczególnie iż menago odrodzonej Tęczy to Carole Stevens, również menadżerka Blackmore's Night, prywatnie matka Candice. A mąż jest z zawodu dyrektorem...


W sekcji bonus tracks można obejrzeć wykonania czterech piosenek z drugiego koncertu, który także zarejestrowano. Można, ale nie trzeba. I to w zasadzie odnosi się do całości.



2 komentarze:

  1. w takiej sytuacji najlepiej dać odpocząć zmęczonym. ale to jest moje prywatne zdanie. nie spodziewam się zwalających z nóg produkcji od muzycznych emerytów. i dobrze na tym wychodzę ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektóre zwalają z nóg. Ale nie do końca w taki sposób, jak miały zamiar.

      Usuń