wtorek, 6 grudnia 2016

Świąteczny paw, iluminacja, magia świąt i atmosfera rodzinnego stołu - czyli coś na Mikołajki



Nieuchronnie zbliża się sezon, w którym co wrażliwsi ludzie starają się rękami i nogami obronić przed opadającą zewsząd dzwoneczkowym rzygiem magią świąt. Nawet nie włączając telewizora (a przynajmniej starannie omijając reklamy) i nie wchodząc do dużych centrów handlowych właściwie nie sposób uciec przed puszczanym nawet w byle warzywniaku koszmarkiem Wh(chł)amu „Last Christmas” – piosenką zupełnie nieświąteczną, nawiasem mówiąc – oraz stekiem bzdetów reklamowych, gdzie „świąteczne oferty” dotyczą wszystkiego, od pampersów do schabu z kością.


Być może mój stosunek do świąt – w szczególności tych grudniowych -  potęguje absolutna i nieodwołalna niechęć do spotkań „w rodzinnym gronie przy świątecznym stole”, które zawsze – bez wyjątku – wspominam jako najgorszy koszmar, szczególnie że nienawidzę spotkań przy stole jako takich oraz samego menu wigilijnego. Karp, jak by go nie przyrządzić, ma dla mnie smak jakiejś padłej w błocie zwierzyny, która przeleżała w owym błocie niemal tyle, co prekambryjskie odciski paprotek w kamieniu. Kompot z suszu to w moim odczuciu ciecz o smaku herbatki ziołowej na zaparcia, w której rozpuszczono stare gazety. Śledzia jem raz na pół roku i niekoniecznie musi paść akurat na Wigilię. Wszelkiego rodzaju pasze typu kutia, kluski z makiem itp. – nie. W zasadzie jadalna jest dla mnie tylko zupa grzybowa i/lub kapusta z grzybami, ale żeby od razu z powodu takiej potrawy robić zadęcie i spraszać całą rodzinę, to tego nie pojmuję. Oczywiście, w Wigilię królują potrawy „postne”, co polega na tym, że każdy wpierdala tyle, że go żołądek boli, ale przecież jest postnie.


Żeby nie było – nie uważam żeby cokolwiek ze mną było w tym zakresie nie w porządku. Ale wszechobecny świąteczny terror rodzinno-dobroczynno-magiczno-prezentowy jest dla mnie czymś absolutnie obcym ideologicznie.


Za to świetlne dekoracje lubię pooglądać i wcale nie muszą się – jak dla mnie – niewolniczo wiązać ze świętami. A umiejscowiony przy Parku Ujazdowskim paw to najbardziej trafne oddanie mojego stosunku do świątecznej magii. 











4 komentarze:

  1. I to wyjaśnia Twoją dobroczynność:)
    Ja lubię Święta, bardzo. Lubię ten cały przedświąteczny cyrk przygotowawczy, same Święta, kolędy, Jingo bells w centrach handlowych, zakupowy obłęd w oczach narodu, potrawy wigilijne. Uwielbiam Święta:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To świetnie się odnajdziesz w przedświąteczny weekend w Złotych Tarasach.

      Usuń
  2. no, nie dość, że w zasadzie zgadzam się z Autorem co do świątecznego menu (z tym że śledzie pochłaniam chętnie, natomiast grzybów pod żadną postacią nie tknę nawet kijem, a już zwłaszcza w kapuście), to jeszcze świąteczne iluminacje miasta uważam za festiwal totalnego kiczu i bezguścia.

    ale mam wrażenie, że piszemy tu to samo co roku od lat :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iluminacje z definicji są kiczowate, acz zdecydowanie wolę je oglądać niż pić kompot z suszu.

      Piszemy, bo co roku od lat jest Wigilia :D

      Usuń