wtorek, 20 grudnia 2016

GTWB "Przepadło" czyli o płytach i sklepach muzycznych.

Już niedługo pojęcie "sklep muzyczny" będzie archaizmem i przez nowe pokolenia będzie przyjmowane jako niegroźna egzotyka z dalekiej przeszłości typu "żelazko z duszą" czy "dobry album Metalliki". Młodzi ludzie płyty nabywają rzadko - często w postaci cyfrowej a jeszcze częściej po prostu odsłuchują wybrane kawałki na Youtube i tyle.


A ja nadal kupuję płyty. To niemal tak przejmujące i wstydliwe wyznanie, jak te w klubach AA, gdzie siedzący w kółeczku alkoholicy spowiadają się z grzechów konsumpcyjnych (nie byłem, jeno na filmach widziałem- jak na razie). Ale jestem na tyle stary, że mogę sobie pozwolić na obciach kupowania prawdziwych płyt w formie fizycznej, z okładkami, a nie posiadania jedynie iluś tam GB plików. Swoją drogą, śmiesznie brzmiałaby rozmowa:
- Słyszałeś ostatni folder Chopina?
- Tak, moja ulubiona empetrójka to „Preludium deszczowe”.


Wracając jednak do meritum, skoro kupuję, to wydaję. A skoro wydaję, to patrzę, na co wydaję. Pieniądze ani manna z nieba nie lecą, zatem zanim coś kupię, wolę się zapoznać z choćby singlami pilotującymi, acz w przypadku niektórych wykonawców daję kredyt zaufania i przez wiele lat w zasadzie tylko z jednego z długo nabywanych zespołów zrezygnowałem w trybie natychmiastowym. No i wszystko pięknie, gdyby nie jedna zmora. Wiele płyt, również i te, które mnie interesują, ukazuje się w co najmniej trzech wersjach. Wersja podstawowa to ta, teoretycznie rzecz biorąc, którą można uznać za właściwą. Jednak okazuje się, że za dodatkowe parę zeta można nabyć edycję poszerzoną, zawierającą dodatkowe utwory, przy czym jest jeszcze super deluxe limited edition w potrójnej cenie, za której równowartość otrzymamy jeszcze dwie dodatkowe piosenki.


Dawno temu (tak, tak, pamiętam), gdy nie było jeszcze dobrodziejstw i złodziejstw związanych z Internetem, wydawanie płyt miało swego rodzaju wymiar kolekcjonerski. Ukazywały się single i maksisingle („Nasza law tak się kręci jak…”), na których zamieszczone były pieśni spoza głównego albumu, trudno dostępne dla przeciętnego odbiorcy z naszego pięknego kraju. Teraz, przy obecności Jutjuba, można nawet posłuchać piosenek niemal zanim zostaną nagrane. Są tego dobre i złe strony, ale targetem w zakresie nośników fizycznych są chyba nadal starsi państwo w moim wieku, którzy lubią wziąć płytę do ręki, poczytać teksty we wkładce itp. Oczywiście, na nich żerują wytwórnie płytowe. Podam parę przykładów.


Jakiś czas temu wytwórnia Atlantic wydała na nowo zremasterowane (to takie popularne słowo, niczym „rewitalizacja” w architekturze) wszystkie albumy zespołu Yes od mezozoiku do lat 80-tych. Ładnie wydane, ładnie brzmiące. I jak już ludzie je kupili, po kilku latach wydała je na nowo, tym razem dołączając tak zwane bonusy w postaci dodatkowych nagrań, których nie było przy remasterach podstawowych. Ja sprawę, prozaicznie mówiąc, olałem, kupiwszy to, co mnie interesuje, ale na pewno niejeden die-hard fan obgryzł sobie paznokcie razem z palcami ze złości.


Grupa King Crimson wydała serię remasterów swoich albumów od początku świata do lat 80-tych. Po czym te same pozycje ukazały się w wersjach DVD Audio oraz Super Audio CD, oczywiście z dodatkowymi nagraniami i ceną odpowiednio wyższą niż pierwotna seria remasterów.


Formacja ABBA – to trochę inne rejony – wypuściła najpierw remastery swoich płyt z kilkoma bonusami ze stron B singli a po paru latach, oczywiście odpowiednio droższe, te same remastery, do których dołączono jeszcze więcej nagrań oraz po dysku DVD z materiałami telewizyjnymi z epoki.


Rzecz jasna, proceder nie dotyczy jedynie ekshumacji starych nagrań. Ostatni krążek Helloween ukazał się w wersji podstawowej (około 45 zł), poszerzonej z dwoma dodatkowymi kawałkami (około 60 zł) oraz w kosztującej ponad stówę bzdetnej edycji w wielkim kartonie a la winyl i z czterema dodatkowymi kompozycjami. Ale tu przynajmniej wybór był od początku, bo niektórzy spryciarze rok po premierze materiału zasadniczego przygotowują np. „Tour edition” – tak zrobili Deep Purple w przypadku dwóch ostatnich tytułów – i dorzucają (za odpowiednią kwotę) drugi dysk z nagraniami live lub śmieciami z sesji. Z jednej strony wygodnie, że dostępne są te wszystkie rzadsze utwory, których człowiek jest ciekaw (oczywiście, wypowiadam się ogólnie a nie w kwestii tych konkretnych wykonawców), z drugiej oczywiście mało kto wydaje to osobno jako pełnoprawny produkt, tylko doczepia to do rzeczy raz sprzedanej. Rzadko jestem zdesperowany na tyle, żeby kupić sobie tę samą płytę tylko dlatego, że jest drugi dysk CD lub DVD (może ze trzy razy mi się zdarzyło i to po poważnym załamaniu), ale gdyby takie rzeczy wypuszczono na osobnym wydawnictwie, pewnie niektóre bym nabył.


Część nowych płyt ukazuje się teraz w wersji winylowej. Biorąc pod uwagę ceny nowych analogów (powyżej 8 dyszek za sztukę) mniemam, iż są na to nabywcy, bo ceny nie lecą na łeb, na szyję, a odwrotnie. Cóż, najlepiej być fanem Fanatic, Shazzy czy Zenka Martyniuka – płyty disco polo są ze trzy razy tańsze a ile przy nich radości. Tak, to był żart.


A wracając do stołecznej tematyki bloga, to jeszcze w latach 90-tych istniało coś takiego, jak sklep muzyczny. Dziś już ich nie ma bądź dogorywają (trudno za "sklep muzyczny" uznać sieciówki typu Saturn, Empik czy Media Markt, gdzie sprzedaje się wszystko, od płyt przez gry do kubeczków, breloczków i świecidełek), dlatego pokażę kilka miejsc, w których ja robiłem zakupy (bo, rzecz jasna, sklepów muzycznych - szczególnie w okresie świetności kaset - było więcej).

Na piętrze tego budynku na placu Zbawiciela mieścił się w latach 90 sklep Planet Music, dość dobrze zaopatrzony. Lubiłem tam przychodzić właśnie ze względu na duży wybór. 

W istniejącym do dziś (!) sklepie, który sprzedaje instrumenty muzyczne, na piętrze było stoisko z płytami i kasetami. Nie kupowałem w nim często, bo wybór był mocno ograniczony, ale parę kaset nabyłem - dziś miejsce jest nadal sklepem muzycznym, ale bez nośników, jeno ze sprzętem. 

W miejscu, gdzie dziś jest kasa teatru Polonia, mieściły się - jeden po drugim - dwa sklepy muzyczne. Pierwszy nazywał się Polfilm a od lat 90 nosił nazwę Avix, o ile mnie pamięć nie myli. To właśnie tam kupiłem swoją pierwszą kasetę, będąc w jakiejś V klasie (do tamtego czasu w domu był adapter, ale oferta winylowa zdecydowanie nie spełniała moich oczekiwań). Poza kasetami i CD sklep miał dość spory wybór muzycznych VHS, zastąpionych później przez DVD. Lubiłem to miejsce oraz zapiekanki obok (dziś jest tam kebab). 

A tu, na Hożej, mieściła się elegancka księgarnia muzyczna Odeon. Kupowałem tu nie tylko płyty (mieli osobne działy z rockiem, jazzem i klasyką), ale brytyjskie periodyki muzyczne typu New Musical Express czy Melody Maker (żaden już nie istnieje) i z rzadka jakieś książki, sprowadzane zza granicy, o tematyce okołomuzycznej. 


Naprzeciwko Muzeum Narodowego znajdował się spory sklep Digital, w którym - poza możliwością kupna kaset i płyt - istniała też opcja przegrywania materiału z CD na kasety. Były to czasy, gdy jeszcze nie wszyscy mieli odtwarzacze CD oraz nie wszystkie tytuły były dostępne na rynku. 


A to takie wspomnienie dziecięco-winylowe. Tu mieścił się salon Polskich Nagrań. Generował on tłumy w momencie np. wydania debiutanckiej płyty Oddziału Zamkniętego (mam, acz kupioną w innym chyba sklepie i na pewno nie w dniu premiery) lub oficjalnego licencyjnego wydania płyt, które na świecie miały premierę w zbliżonym czasie, co było swego rodzaju sensacją, np. "Close" Kim Wilde, "Like A Prayer" babiny w majtkach ortopedycznych czy "Bad" Michaela Jacksona. 

W ogóle o winylach, kasetach i płytach mógłbym godzinami, więc może kiedy indziej będę kontynuować temat a na razie idę posłuchać jakiejś uspokajającej muzyki świątecznej, np Accept czy Helloween. Howgh. 

12 komentarzy:

  1. W czasach przedprehistorycznych ważnymi punktami dla melomana były tzw. Ośrodki Kultury Demoludów: enerdowski na Świętokrzyskiej, czzechosłowacki i węgierski na Marszałkowskiej. Można było tam czasami trafić na niezłe (jak na tamte czasy) płyty, niedostępne w innych sklepach. Mnie się udało tam zdobyć takie rarytasy jak składanki Dylana,Simona&Garfunkla,Seegera. Kupowało się też tam "lokalsów": Collegium Musicum, Omega, LGT.

    OdpowiedzUsuń
  2. zacne wspomnienia, sam mam też w planach podobny wpis sentymentalny z fonograficznych wycieczek po Warszawie (a może już go zrobiłem?).
    z tym, że u mnie akurat wyginięcie sklepów płytowych zbiegło się z wygaszeniem nałogowego kupowania CD's...
    oczywiście wszystkie ww sklepy pamiętam. jak i to, że 'digital' jako wypożyczalnia handlu płytami nie prowadził - zmienił profil. dopiero po wejściu w życie ustawy o ochronie praw autorskich w 1994 roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm. Wydaje mi się że jednak prowadził sprzedaż, bo były półki z płytami nowymi oraz był dział "komis", gdzie można było kupić towar z drugiej ręki. Oczywiście, po wprowadzeniu ustawy ta sprzedaż w Digitalu przyjęła znacznie bardziej obszerna formę.

      A w ogóle to Digital miał jakieś powiązania z Planet Music, bo w PM na płytach często naklejki z ceną miały napis "CMR Digital".

      Usuń
  3. ad 1 hmm, może źle zapamiętałem... aczkolwiek korzystałem z wypożyczalni CMR D w latach 1991-1994, a więc do oporu ;-)
    Nb. takich wypożyczalni-nagrywalni było więcej. np. gdzieś na Hożej, czy Wilczej w starej kamienicy, Combo na Słupeckiej, które próbowało ominąć prawo działając jako "klub znajomych", oraz dziwna wypożyczalnia na początku Puławskiej, którą nazwaliśmy z bratem "u chama", ale która miała ciekawe rarytasy - bootlegi.

    ad 2 tak było. w końcu plac Zbawiciela to dużo lepszy punkt. lecz cóż...


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy nazwa :u chama" została nadana ze względu na jakość obsługi?

      Nagrywalni sporo, a kasety można było kupić na każdym osiedlu, na większości bazarków i to nie tylko jakiś discopolowy chłam, jak by się mogło zdawać. Profesjonalni sprzedawcy mieli poukładane gatunkami. Najwięcej oczywiście było pod Pajacem.

      Usuń
    2. tak, ze względu na osobowość właściciela (subiekta?) bardzo opryskliwego ;-)

      kasety... ba, fakt, były wszędzie. nawet - ostatnio przechodziłem i sobie to przypomniałem - w domu Wedla, wejście z klatki (sic!). a najlepszy, bo miał JAM-y, był w "torciku" Marszałkowska 1.

      Usuń
  4. Było ich dużo więcej. Pamiętam jeszcze sklep przy Freta przy Rynku Nowego Miasta oraz sklep z winylami z Węgier przy Marszałkowskiej / blisko Elektoralnej.

    Z płytami CD nie jest jeszcze tak beznadziejnie, jakby się wydawało. Tradycyjne sklepy zostały zastąpione przez sklepy internetowe z płytami CD. Poza tym mało kto wie, że przy Poleczki funkcjonuje olbrzymia hurtowania z płytami i innymi gadżetami muzycznymi (nie prowadzi sprzedaży detalicznej)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak, przy Freta to był Helicon.

      Hurtownia z płytami, powiadasz? Rewelacja. Kupię tira płyt Ricka Wakemana.

      Usuń
    2. co do profesjonalizmu sprzedawców, to miałem na to prosty test: czy układali płyty z muzyką Czajkowskiego pod C czy pod T :-)

      Usuń
    3. A tak, Marszałkowska 1 miał JAM-y z nieco bardziej wyrafinowaną muzyką (i dobrym dźwiękiem).

      Ostatnio w jednej z sieci widziałem płyty Kate Bush. Część w przegródce "B", część w "K" :)

      Usuń
  5. Pamiętam..i brak mi tamtych sklepów. Dziś możliwość kupna pojedynczych utworów przez internet bezpośrednio "na sprzęt" pozbawia okładki, spisu, informacji tego czegoś magicznego...

    OdpowiedzUsuń