niedziela, 12 czerwca 2016

TOMEK LIPIŃSKI AKUSTYCZNIE Bielański Ośrodek Kultury 11 czerwca 2016





Tomek Lipiński, słynny syn słynnego Eryka, to postać kultowa na polskiej scenie muzycznej, acz niestety równie skromna, przez co – mimo legendarnego statusu – artysta nie dorobił się ani etykietki celebryty, ani idącego za tym wielomilionowego majątku. Od pewnego czasu trwa promocja wydanej ponad rok temu zupełnie nowej płyty, „To czego pragniesz”. Jest to pierwsza od dwóch dekad nowa muzyka Tomka Lipińskiego solo (a i Tilt nas nie rozpieszczał). Album zrealizowany został z sekcją rytmiczną Tiltu z ostatnich lat a na koncercie dodatkowo panu Tomkowi towarzyszył jeszcze jeden gitarzysta. Tilt, oczywiście, uległ w międzyczasie rozwiązaniu po raz siedemset czterdziesty dziewiąty, ale to żadna różnica, bo Tiltem jest Tomek Lipiński, więc pod jakim szyldem wykonuje swoje kawałki, pozostaje kwestią wtórną.


Jeśli ktoś w miarę śledzi rozwój kariery artystycznej Lipińskiego, ostatni album – depresyjny, mroczny i trudny, zupełnie inaczej zaśpiewany niż znane piosenki tego artysty – nie powinien być jakimś wielkim zaskoczeniem. Sam Lipiński mówił w wywiadach a także wypowiadał się na łamach książki (w formie wywiadu-rzeki autorstwa Piotra Bratkowskiego), że cierpi od lat na depresję, która uniemożliwia mu normalne funkcjonowanie i ogranicza proces twórczy oraz ogólnie demoluje siły witalne, toteż sukcesem jest, że nowa muzyka w ogóle się okazała. Lipiński zawsze jawił się jako człowiek wrażliwy i chyba nie do końca udało się mediom wylansować go na gwiazdę w stylu Muńka czy Kazika, choć zasługi i potencjał miał, moim zdaniem, nie mniejsze. Brak mu tylko było tej otwartej ludyczności i pójścia „na całość” w momencie, gdy innym w ogóle to nie przeszkadzało.


O koncercie Tomka Lipińskiego dowiedziałem się przez przypadek, bo oczywiście reklama była nikła. Po prostu przez z ciekawości wszedłem sobie na profil artysty na FB i zobaczyłem, że gra jakieś dziesięć minut od mojego domu. Oczywiście, nie był to powód udania się na ów występ i nawet gdybym miał przemierzyć większy kawałek Warszawy, nie żałowałbym podróży. Salka w BOK nie jest wielka, ale wypełniona była całkiem szczelnie ludźmi, którzy zdecydowanie wiedzieli, po co tam przyszli. Lepsza kameralna sala niż przypadkowy plener z kiełbasą i watą cukrową. Przeżywanie muzyki bądź co bądź trochę lepszej niż przeciętne radiowe przeboje przychodzi łatwiej w niewielkim, odizolowanym pomieszczeniu.


Występ nosił podtytuł „Akustycznie”, co na szczęście okazało się troszeczkę nieprawdą, bo akustyczne gitary podpięto jak elektryki a w aranżacjach zmieniono niewiele, więc pieśni brzmiały tak, jak zwykle brzmią na koncertach Lipińskiego, i bardzo dobrze. Osobiście bardzo ucieszyła mnie spora reprezentacja najnowszej płyty, „To czego pragniesz”, z której poleciał bajkowy utwór tytułowy, a także „Hej, witaj znów” z licznymi odniesieniami w tekście do własnych kompozycji z przeszłości, „Dlaczego to ty”(efekt współpracy z Franzem Dreadhunterem, eks-członkiem kultowych zespołów, np. Bajmu), poruszająca osobista opowieść „Sześćdziesiąty ósmy” o koledze, który musiał opuścić Polskę z powodu semickiego pochodzenia, „Zdrajca dla zdrajców” o pułkowniku Kuklińskim, „Trzeba ją wychłostać” o sposobie traktowania kobiet w krajach islamskich, a także schizofreniczne, hipnotyzujące „Jeszcze nie wiem, co się dzieje” i moralizujące „To tylko kilka słów”. Lata lecą a sześćdziesięcioletni Tomasz Lipiński nadal pozostaje Tomkiem - idealistą, który odczuwa obowiązek wypowiadania się w kwestiach ważkich. Oczywiście, nie zawsze efekty tych działań muszą być zachwycające (nie bardzo przekonuje mnie „Zdrajca…”), ale widocznie taki a nie inny jest wybór autora.


Z przeszłości były aż cztery kawałki Brygady Kryzys: „Centrala” i „Fallen Is Babylon”, bardzo przeze mnie lubiane „Ty i tylko ty” oraz „To co czujesz to co wiesz”. Z repertuaru Tiltu było bardzo dużo, choćby „Szare koszmary”, „Runął już ostatni mur” (na szczęście w wersji normalnej a nie balladowej, jaką można obejrzeć na DVD Tiltu sprzed paru lat), „Mówię Ci że”, „Rzeka miłości, morze radości, ocean szczęścia”, „Jeszcze będzie przepięknie”, „Miasto fcionga” i jeszcze parę innych. No i z solowych rzeczy „Nie pytaj mnie, co jest dobre a co złe”. W zasadzie z żelaznych hitów zabrakło tylko „O, jaki dziwny dziwny...” i „Nie wierzę politykom”, ale koncert i tak trwał prawie dwie godziny, zatem nikt nie wyszedł nieszczęśliwy a po występie była jeszcze możliwość porozmawiania z muzykami i otrzymania autografów (z obu tych wariantów skorzystałem).


Tomek Lipiński otoczył się bardzo sprawnymi muzykami (sekcja rytmiczna towarzyszy mu już od dziesięciu lat) i to bardzo podniosło jakość koncertu. Sam zainteresowany był z początku jakby nieobecny i rozkręcił się dopiero po jakimś czasie, być może dzięki wydatnej pomocy publiczności, entuzjastycznie reagującej po każdej kolejnej piosence. Naturalnie, Lipiński nie odgrywa swoich starych piosenek nuta w nutę – już od jakiegoś czasu znane hity Tiltu są mocno przearanżowane, ale tak, żeby z szacunkiem odnosić się do oryginałów. Brzmią bardziej surowo, rockowo, ale nie odejmuje im to specyficznego, melancholijnego uroku, którym nacechowana jest większość piosenek Lipińskiego.


Bardzo miły wieczór. Nic dodać, nic ująć.





2 komentarze:

  1. No i fajnie! Lipińskiego cenię za lata 80. i wczesne 90., później już nie słuchałem i jakoś mi nietęskno. Ale ikona jest, utwory z tamtych lat/płyt były kiedyś megaważne, więc pozostaje mi życzyć dużo zdrowia artyście!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w ogóle to historia trochę zatoczyła koło, bo "Centrala" zabrzmiała kilkaset metrów od miejsca, w którym została oryginalnie nagrana. BOK mieści się w pawilonie na Wawrzyszewie - na tym samym osiedlu, parę bloków dalej, stoi identyczny pawilon, w którym w latach 80 mieściło się studio "Wawrzyszew", gdzie nagrano wiele polskich płyt, m.in. debiut Brygady Kryzys.

      Usuń