środa, 25 maja 2016

KOMBI 21 maja 2016 Pole Mokotowskie

Kombi to nie Kombii. Oryginalną nazwę zachował dla siebie - i od pewnego czasu z powrotem używa – Sławomir Łosowski, założyciel zespołu i dostarczyciel znanych hitów tegoż, choćby tego o słodkim i miłym życiu. Od dekady schedę po Kombi, zespole mimo wszystko dość przyzwoitym brzmieniowo i repertuarowo, eksploatują dwaj byli muzycy, w tym frontman (co działa na niekorzyść Łosowskiego), którzy dopisali sobie jedno „i” w nazwie, i tworzą przepotworny szajs, jednocześnie degradując cały dorobek grupy.
Koncert Kombi odbył się z okazji Dnia Zwierząt na Polu Mokotowskim. Łosowski gra głównie plenery i to chyba nie tylko dlatego, że boi się o sprzedaż biletowanych imprez, ale zwykle jego występom towarzyszą różne bajery z pokazem laserów na czele. Imprezę rozpoczęły instrumentalne kawałki, których na pewno nie można usłyszeć na koncertach tworu z dwoma "ii" - "Taniec w słońcu", "Bez ograniczeń energii" (sygnał programu 5-10-15), po czym na scenie pojawił się wokalista Zbigniew Fil i grupa odegrała fantastycznie "Za ciosem cios", "Nietykalni (skamieniałe zło)", kilka numerów z nowo wydanej płyty ("Nowy rozdział", "Na dobry czas", "Jaki jest wolności smak" i "Miłością zmieniaj świat") a na koniec części zasadniczej, oczywiście, "Słodkiego miłego życia". W ostatniej części głównym bohaterem stał się pokaz laserowy a grupa znów wykonała jeszcze kilka utworów instrumentalnych, m.in. "Przytul mnie", "Komputerowe serce" i - już na koniec - "Zaczarowane miasto". W sumie zabawne jest to, że byłem na koncertach wielu grup, które w latach 80 używały różnego rodzaju tricków scenicznych a teraz już nie używają, i dopiero przy okazji występu Kombi miałem okazję zażyć koncertu z oprawą laserową (nie licząc Deep Purple i ostatnich laserowych podrygów Ryśka Blekmora w 1993).


Brzmienie było genialne. Trochę to zabawne, ale imitacja soundu z lat 80 jest o wiele bardziej efektowna niż niektóre nowoczesne rozwiązania, proponowane przez wielu wykonawców. Łosowski wszystkie dźwięki robi ręcznie - nie wygląda to tak, że klika jeden guzik i wszystko sobie samo leci, ale spod jego palców na bieżąco wydobywają się wszystkie wtręty, świsty i bulgotanie. Używa także talkbox, wszystko na żywca. Wszystko było bardzo dobrze słychać a perkusja brzmiała niczym wyjęta z nagrań sprzed trzech dekad. Oczywiście, szczególnie w nowych propozycjach pojawiły się pewne unowocześnienia, ale trudno udawać samego siebie sprzed trzydziestu lat.

Słowo wyjaśnienia: o ile bardzo lubię stare brzmienie syntezatorów z płyt Kombi, wydawanych w latach 1980-91 przez zespół pod wodzą Sławomira Łosowskiego, to do rozpaczy doprowadza mnie to, co z dorobkiem Kombi w ciągu ostatnich dziesięciu lat zrobili panowie Skawiński i Tkaczyk, sprowadzając aranżacje do poziomu podrzędnej remizy a nowe propozycje lokując gdzieś między Shazzą a Stachurskym. Dlatego cieszy mnie, że od pewnego czasu Łosowski - jakby nie było, twórca grupy i kompozytor największych przebojów - jest znów obecny na scenie. Oczywiście, używa nazwy Kombi, której jest właścicielem, acz sytuacja, w której działają formacje o łudząco podobnych nazwach, nie jest komfortowa. I tu od strony komercyjnej Łosowski niestety przegrywa, bo większość ludzi kojarzy zjawisko kombiowe ze Skawińskim. Z drugiej jednak strony to, co proponuje Sławomir Łosowski na płytach i koncertach, brzmi tak, jak ów ansambl kiedyś się kojarzył.

Oczywiście, nie zabrakło kulturalnych oznak zdziwienia ze strony niektórych przedstawicieli publiki, którzy oczekiwali Skawy z Tkaczykiem i "Pokolenia". Po którymś wrzasku "Gdzie jest Waldek" wokalista bardzo elegancko odparł: "Pilnuje drugiego 'i', żeby mu nie ukradli".

Równolegle z płytą ukazała się książka (w popularnej formie wywiadu-rzeki) o historii Kombi, w której Łosowski opisuje całą karierę zespołu od samych początków do, nazwijmy to, "przejęcia" przez eks-kolegów. Całkiem ciekawie się to czyta - w ogóle losy niektórych zespołów z lat 80 to niezły materiał na knigi, ale na razie niewiele tego typu publikacji jest na rynku.

Wolno było robić zdjęcia, no to robiłem…

5 komentarzy:

  1. Ani Kombi ani tym bardziej ii to nie moja bajka, ale światełka niczegowate :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Skawiński to dziwny typ. Odszedł z Kombi, założył jakiś czas potem skrajnie odmienny (i dobrze, bo przynajmniej nie starał się imitować) O.N.A. Po czym wrócił do muzyki Kombi, ale już w wersji pozbawionej urody tamtej starej grupy. Nie jestem fanem Kombi, ale to, co robi Skawiński z tym swoim Kombii rzeczywiście sprawia wrażenie niszczenia dorobku zespołu z lat 80.

    Poza tym gość jest chyba strasznie zadufany w sobie. Gdzieś ktoś mi kiedyś mówił, że chwalił się Skawiński, że miał propozycję współpracy od Ozzy'ego. Nie wiem, czy to prawda.
    W każdym razie człowiek jest koniunkturalistą. Jak była moda w latach 90. na mocniejsze brzmienia to dowodził O.N.A. Jak wróciła moda na lata 80, to wznowił działalność pod szyldem Kombi(i) - coś tak jak Papa Dance.

    OdpowiedzUsuń
  3. Skawa jest jak Krystof Krawczyk. Co by nie robił, zawsze na cztery łapy.

    OdpowiedzUsuń