poniedziałek, 1 lutego 2016

PETER HOOK & THE LIGHT Stodoła, 30 stycznia 2016



Dla tych, co nie wiedzą albo nie pamiętają: Peter Hook to jeden ze współzałożycieli legendarnej grupy Joy Division, której wokalista Ian Curtis zadecydował o zakończeniu jej działalności, wieszając się na sznurze od suszarki po nagraniu dwóch albumów. Pozostali muzycy stworzyli formację New Order, mocno odbiegającą repertuarowo od Joy Division, choć nie pozbawioną pewnych charakterystycznych elementów (np. bas rzeczonego Petera Hooka). New Order sporadycznie wykonywali utwory Joy Division i to tylko kilka tytułów. Peter Hook opuścił New Order kilka lat temu i od tego czasu jeździ po świecie z własnym zespołem, grając oba albumy Joy Division w całości i biorąc na siebie obowiązki wokalisty. Pozostali muzycy nadal działają pod szyldem New Order i nagrali niedawno pierwszy album bez Hooka. To tak w skrócie i w uproszczeniu.


Koncert rozpoczęła... Donna Summer. No dobra, nie osobiście, bo od kilku lat pojawienie się Donny in person gdziekolwiek jest niemożliwe (chyba że w jakimś filmie George’a A. Romero), niemniej puszczone z taśmy "I Feel Love" doskonale wprowadziło zebranych w nastrój wczesnych nagrań New Order. Bo od nich Peter Hook z zespołem zaczęli występ. Acz te najbardziej utanecznione poleciały pod koniec pierwszego zestawu. Bo zestawy były trzy - kilka utworów New Order a następnie, podzielone na dwie części, nagrania Joy Division. To chyba najdłuższy koncert jednego wykonawcy, na którym byłem – trwał 2 godziny i 45 minut. Ale ani jednej z tych minut nie żałuję.

O ile repertuar New Order składał się z przypadkowo wybranych utworów z wczesnego okresu (m.in. „Ceremony”, „Temptation”, „Everything’s Gone Green”, „Lonesome Tonight”, „Homage” oraz Denial”) i nie zawierał znanych ogólnie przebojów grupy (w Warszawie Hook nie wykonał nawet "Blue Monday", które grał na innych koncertach tej trasy), to z katalogu Joy Division pojawiło się w zasadzie wszystko z obu płyt legendarnego kwartetu, a także utwory spoza nich, np. „Transmission” czy zagrane na koniec hiciaste "Love Will Tear Us Apart", oraz bonusik regionalny, o którym niżej.

Myślałem, że Hook postanowi udowodnić, że można być na żywo jeszcze gorszym wokalistą niż Bernard Sumner, dawny kolega z New Order, ale tak się nie stało. Wprawdzie w paru momentach słychać było, że Hooky w życiu z mikrofonem niewiele miał wcześniej do czynienia (Formacja The Light istnieje od 2010, wcześniej Hook dawał głos raczej sporadycznie, np. w zwrotkach przeboju „What do you want from me” swojej formacji Monaco). Basista radził sobie lepiej w dynamicznych fragmentach, gorzej gdy przychodziło do wydawania niskich, subtelnych dźwięków. Jako że śpiewanie i granie w tym samym momencie nie dla wszystkich jest proste, Hooky trochę oszukiwał z grą na basie, bo wprawdzie bas jak zwykle miał powieszony na wysokości kolan (Ma pan to od małego? Nie, od kolan - HA HA HA), ale faktycznie część jego partii wykonywał drugi basista w kapeli. Basista zupełnie przypadkowo jest synem Hooka.

Repertuar Joy Division podzielono na dwa sety, ale najpierw poleciała płyta "Closer" a dopiero potem debiutancki "Unknown Pleasures". Muzycy starali się w miarę wiernie odtworzyć kolejne utwory (zapewne wiedząc, na co czeka publiczność), choć w wersji live zabrzmiały bardziej dynamicznie niż pierwowzory studyjne. Publiczności nie trzeba było długo zachęcać do zabawy, choć trochę komicznie dla mnie wyglądała radośnie szalejąca młodzież, podczas gdy ze sceny leciały depresyjne teksty Iana Curtisa. Ale cóż. Wśród publiki na szczęście niewielu było nouveau intellectuelle (okulary w grubych oprawkach i broda zapuszczona do okolic moszny, upaćkana hummusem), przedział wiekowy był od dwudziestu paru do pięćdziesięciu paru lat. Publiczność przed wejściem została dość starannie przeszukana na okoliczność wnoszenia czegokolwiek, co zupełnie nie przeszkodziło śmierdzącemu, pijanemu facetowi, który przez jakiś czas stał obok mnie, bezceremonialnie wciągać coś do nosa – i podejrzewam, że nie była to tabaka.




Pod koniec koncertu Hook podszedł do mikrofonu – a konferansjerka była bardziej niż skromna – i powiedział: „Hello, Warsaw, we named a song after you”, po czym poleciało, nie grane nigdzie indziej na trasie, „Warsaw”. Trochę z tym „after you” podkoloryzował, bo chłopaki z Warsaw (późniejszego Joy Division) zainspirowały się płytą Davida Bowie a ten z kolei Warszawą. Ale i tak miło.

Ogólne wrażenie mam takie, że w sumie wolę chyba, jak Peter Hook wykonuje utwory Joy Division, natomiast zdecydowanie wolę gdy Bernard Sumner fałszuje w piosenkach New Order, które śpiewał oryginalnie. Gdyby się chłopaki nie poprztykały, można by było nawet zrobić sensowny podział ról na scenie, ale obecnie raczej nie zanosi się, żeby topór wojenny został zakopany. Szczególnie że Hook zapowiada kontynuację książki o Joy Division – druga jego opowieść ma być o historii New Order, zatem, niestety, należy oczekiwać wiadra pomyj na głowy pozostałych muzyków, do dziś tworzących New Order.

I kilka luźnych refleksji ze Stodoły: Nie wiem czy naród tak słabo stoi finansowo, ale chyba nie, bo Stodoła na koncercie Petera Hooka była wypełniona niemal po brzegi. Zastanawia mnie natomiast co roku, w sezonie zimowym, całkiem spory odsetek ludności, której szkoda jest 2 zł na szatnię i woli stać przez cały koncert, grzejąc się w ciepłych kurtkach. Tym bardziej, że były czynne szatnie i na górze, i na dole.

Artysta nie zorganizował żadnego stoiska pamiątkarskiego z płytami, koszulkami itp. Więc można powiedzieć, że jestem parę złotych do przodu.


3 komentarze:

  1. Jako się już kiedyś rzekło - Joy Division, a zwłaszcza Closer - zawsze, New Order - nie moja bajka zasadniczo. Szkoda Curtisa, że tak powiem oczywistość na marginesie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywistością jest też, że jego samobójstwo było ciekawym epizodem w jego życiu :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Sto doła, pięciuset chłopa.

    OdpowiedzUsuń