poniedziałek, 30 listopada 2015

"Zaraz po wojnie" - wystawa w Zachęcie

Po emocjach, związanych z Wielką Sztuką, czas na coś normalnego. Mimo, że w Zachęcie. Zapewne ta wystawa będzie strzałem w dziesiątkę, jakby to powiedział Narutowicz, bo w dzień płatnego biletu spotkałem na niej sporo ludzi - również takich, których spotkać w ogóle nie miałem ochoty. No ale widocznie dlatego tak się dzieje, bo ekspozycja jest popiular.


"Zaraz po wojnie" to wystawa, która nieco mnie zaskoczyła, bo - skażony eventami architektonicznymi - oczekiwałem czegoś bardziej w tym kierunku, a tu okazało się, że chodzi bardziej o sztukę (architektura pojawia się, ale nie w roli głównej) i o to, że po wojnie Bierut ogłosił początek socrealu w sztuce, co wiązało się z zakończeniem modernizmu i wysłaniem w cholerę paru innych gatunków, choćby sztuki abstrakcyjnej.

Mamy też dizajn użytkowy i parę innych spraw, związanych z połową lat 40 XXw (przesiedlenia).


Wystawa jest dość obszerna i jest na niej sporo do oglądania, jak i do czytania. Zdecydowanie warto tam się znaleźć a mniej zorientowanym podpowiem, iż w Zachęcie czwartki są za friko.



niedziela, 29 listopada 2015

Wielka Sztuka w Zachęcie wielce zachęca

W Zachęcie wisi czasem jakaś normalna wystawa  - o tej przy okazji - ale wisi też, leży i powiewa Wielka Sztuka.



Jeszcze kolaże zmarłego tragicznie artysty nadawały się do oglądania (nie piszę tego dlatego, iż zmarł tragicznie i nie wypada, tylko po prostu jego prace przypominały cokolwiek), ale reszta była już tylko tragiczna.









Zacytuję Powolniaka z "Co ludzie powiedzą": Frytek bym w to nie zawinął.

PS Zdjęć tym razem nie zrobiłem wiele - raz, że większość prac była do siebie na tyle podobna, iż nie warto było. Dwa, że moje towarzystwo absolutnie nie wykazało żadnego zainteresowania wielką sztuką i dosłownie przebiegło przez sale, w których była ona eksponowana. Mam jednak wrażenie, że była to całkiem zasadna reakcja.

sobota, 28 listopada 2015

NEW ORDER Music Complete (Mute, 2015)





I stało się. New Order zarejestrował pierwszy w historii album bez udziału basisty Petera Hooka. Hook opuścił grupę kilka lat temu w wyniku konfliktu z wokalistą i gitarzystą Bernardem Sumnerem i liczył na to, że New Order po prostu przestanie istnieć. A tu niespodzianka - pozostali muzycy ściągnęli nowego basistę (Tom Champan, znany już ze współpracy z Sumnerem w Bad Lieutnant) oraz dokoptowali przebywającą od piętnastu lat poza grupą Gillian Gilbert, no i nagrali nowy materiał. Towarzyszył im multiinstrumentalista Phil Cunningham, który zastąpił Gilbert po jej odejściu (prywatnie małżonka perkusisty, Stephena Morrisa, opuściła skład, by zajmować się chorą córką).

Okładkę przygotował nadworny grafik Joy Division i New Order, Peter Saville. Książeczka nie zawiera - poza podstawowymi informacjami- nic, jedynie powtórzoną kilkakrotnie ekstremalnie niewyszukaną grafikę z okładki (na której, rzecz jasna, nie ma ani nazwy grupy, ani tytułu wydawnictwa - zapraszamy do CSW). Może powiem tak: bierzemy kartkę, od linijki rysujemy czarnym markerem parę przecinających się kresek i jest sztuka. Co więcej, na okładce niektóre przestrzenie między kreskami są pokolorowane, a w zależności od wydania płyty (CD, winyl, DVD audio, płyta chodnikowa, blok szesnastotonowy) obrazek jest inaczej obrócony na każdej z okładek – ale bajer, nie? Szkoda że w czasach Leonarda da Vinci tego nie było, mielibyśmy Giocondę w wersji deluxe, limitowanej i kolekcjonerskiej a chłonny rynek japoński dostałby ekskluzywny bonus w postaci trzeciego ucha.

A właśnie, a muzyka? „Kompletna muzyka”? Jest, a jakże. Mocno elektroniczna, wręcz dyskotekowa, ale to żadna nowość dla znających dyskografię New Order. Grupie udało się zachować, mimo dość jednostajnych aranżacji, specyficzny klimat - być może dzięki głosowi Sumnera, może też przez charakterystyczną produkcję, na szczęście nie sprowadzającą materiału do prymitywnego tłuczenia kotletów schabowych (przynajmniej w większości). Jednocześnie nie jest to album w żadnym stopniu przełomowy- mógłby się równie dobrze ukazać piętnaście lat temu. I to już nie zawsze jest komplement.

Jest tu kilka momentów naprawdę fajnych - choćby singlowy "Restless", z bardzo ładną melodią. "Stray Dog" z parlando Iggy Popa na syntetycznym tle także ma swój urok. Czy pamiętacie, kto słuchał "The Idiot" tuż przed samobójczą śmiercią? No właśnie. Fantastycznie łączy rytm i przebojowość znane już z koncertów "Singularity". "Plastic" jest plastikowe, ale przyjemnie zahacza o klimat "I Feel Love" Donny Summer. Miło też brzmi „Academic”.
Niestety, podczas słuchania można często odnieść wrażenie, że zespół miał pomysł na brzmienie całości (bardzo konsekwentnie zrealizowany), ale na część kompozycji już nie bardzo. Jest kilka kawałków - zdecydowanie za dużo - przy których nie mogłem powstrzymać ziewania. Przeciętne eurodisco z pretensjonalnymi tekstami. Gdyby niektóre piosenki zostały połączone, niewiele osób zauważyłoby, gdzie jedna się kończy a następna zaczyna. Bardzo rzadko słychać wyraźnie gitarę i bas (czyżby muzycy chcieli "zagłuszyć" brak Hooka?). Nie znaczy to, że jest źle czy tragicznie - bo nie jest - ale być może apetyt na pierwsze od dekady premierowe piosenki New Order był większy niż możliwości autorów muzyki. No i - co tu kryć - New Order bez Hooka jest trochę niczym Dolly Parton bez biustu pod szyją. Słuchać się da, ale to trochę nie to samo.

Są - a jakże - momenty, w których New przypominają, skąd się wywodzą. Wstęp do "Singularity" brzmi niczym nieznane nagranie Joy Division (czapka z głowy za klimat). Jest też zabawa ze słuchaczami - w ostatnim kawałku głos daje wokalista grupy Killers, pierwotnie fikcyjnej i stworzonej na potrzeby teledysku "Crystal" sprzed 14 lat. New Order świadomie bawią się sami swoją historią i swoim kultowym już statusem. Szkoda tylko, że nie są w stanie bawić ciekawymi kawałkami. Wprawdzie jest to jeden z bardziej spójnych brzmieniowo krążków Brytyjczyków, niemniej wolałem o wiele mniej konsekwentne a bardziej zróżnicowane "Get Ready" (na którym było wprawdzie zbyt wiele wstrętnego gitarowego rocka i true fani mieli spazmy, globus i koklusz). Acz miło, że - w świetle wydarzeń z ostatnich lat - realizacja płyty z premierowym materiałem w ogóle doszła do skutku. Mam też cichą nadzieję, iż „Music Complete” nie okaże się ostatnią pozycją w dyskografii Brytyjczyków. Ostatecznie jeszcze przecież pozostaje rozebranie się i nagranie płyty akustycznej z orkiestrą i gościnnymi duetami (oferty można łączyć). Czyż nie?


piątek, 27 listopada 2015

Kamieniczyzm ze Śródmieścia, czyli brama, balkonik i parę innych bzdetów

Bloczyzm to raczej nie jest, więc jedziemy z paroma niemodnymi starociami ze Śródmieścia Południowego.

czwartek, 26 listopada 2015

Klatki z komórki cz.116

Dziś ostatnia porcja klacizmu w listopadzie - do wyboru, do koloru, bo aż trzy różne klatencje.

Na początek znajdziemy się w rejonie Pola Mokotowskiego (niektórym po pijaku dwoi się w oczach, ale ja używam liczby pojedynczej).






Teraz czas na kawalątek Ulrychowa.





I na koniec pozostaniemy jeszcze na Woli i wykręcimy młynka na Młynów.




środa, 25 listopada 2015

Bajnajtowa Ochota z góry

Góra może niezbyt wysoka, bo zaledwie piąte piętro, a i widok mocno ograniczony, no ale skoro już poszedłem... wprawdzie padający deszcz mocno utrudniał robienie zdjęć, ale kolejnej okazji może nie być. Bitch albo nie bitch, oto jest pyta nie.

wtorek, 24 listopada 2015

Neon nights cz.33

Kolejna już porcja neonów, sugerująca, jakoby cała Warszawa była jedną wielką rurką neonową. Nie jest to do końca prawda. Sporo nowych neonów pojawia się, ale niektóre znikają po roku-dwóch działalności tego, co reklamują. Dlatego w starszych odcinkach neonowego cyklu można zobaczyć kilka takich, które już zdemontowano. Ciekawe, ile poświecą te z dzisiejszego odcinka.