sobota, 28 lutego 2015

Defekty z okna na koniec najkrótszego miesiąca w roku

Jak śpiewała wybitna artystka, troszeczkę ziemi, troszeczkę słońca. I lepiej nie patrzeć w dół, gdyż nieprzyzwyczajeni do wysokości mogą sprawić niespodziankę ludziom, spacerującym poniżej...

piątek, 27 lutego 2015

Kilka bajnajtów wymiąchanych

I znów parę wieczorno-nocnych widoczków. Można to traktować jako zapowiedź trzeciej serii nocnych pocztówek warszawskich, która na "Wczoraj i dziś" już od poniedziałku.


czwartek, 26 lutego 2015

The UK – Progresja, 24 II 2015



Z rzadka zdarza mi się iść na koncert zespołu, którego ani jednej płyty nie posiadam. No, w przypadku formacji the UK nie jest to oszałamiająca liczba do przeskoczenia (dwa albumy z premierowym materiałem studyjnym, wydane pod koniec lat 70-tych), ale czasem mam ochotę obejrzeć jakąś legendę zanim się rozpadnie, dosłownie i w przenośni. Poza tym w the UK grają Eddie Jobson, znany z choćby dziwacznej płyty „A” Jethro Tull, no i przede wszystkim śpiewający basista John Wetton (King Crimson, Asia, Uriah Heep, Roxy Music, Wishbone Ash, Bajm… a nie, jeszcze nie), którego głos tak lubię, że może on w zasadzie śpiewać cokolwiek, szczególnie iż głosu owego bardzo sobie przez lata nie zniszczył. Bo to że wygląda jak Fred Flintstone to już inna sprawa, ale nie każdy jest Benjaminem Buttonem czy Krzysztofem Ibiszem.




Wracając do koncertu – był on fragmentem trasy o wymownym tytule „Final World Tour”. W trasie z oryginalnego składu The UK udział biorą wspomniani wyżej Wetton i Jobson a na scenie towarzyszą im Virgil Donati i Alex Machacek. Kwartet rozpoczął koncert bez supportu oraz bez basu Wettona, który podłączono dopiero po paru minutach trwania pierwszego kawałka. Potem było już dobrze – brzmienie było mięsiste, każdy z muzyków miał okazję wykazać się umiejętnościami solowymi (prym wiódł Jobson, z którego elektrycznych, podświetlanych na kolorowo skrzypiec, wręcz dymiło; solówka perkusji Virgila Donatiego była dość efekciarska) a w zestawie utworów, zaprezentowanych podczas koncertu zabrakło mi jedynie przebojowego „Nothing To Lose” z drugiej płyty. Szczególnie ciepło powitana została chyba najbardziej standardowa pod względem struktury piosenka, „Rendez Vous 6:02”. No ale nie można mieć wszystkiego. Cała setlista koncertu tutaj.  Trochę od całości odstawał na scenie gitarzysta Alex Machacek, który wyglądał, niczym hipster, wyciągnięty znienacka z łóżka, nie mogący się do końca obudzić. Coś tam sobie pitolił na gitarze, ale że nie we wszystkich utworach the UK gitara jest non stop obecna, to co jakiś czas znikał, być może żeby odespać. Aha, dodam jeszcze, że Wetton w doskonałej formie - miał tylko drobne problemy z wyższymi dźwiękami we wstępie do "Thirty Years", ale miał je zawsze, więc nie za bardzo rozumiem, po co się porywał z motyką na pięciolinię.




Publiczność bardzo gorąco przyjęła artystów i po kilku utworach nagradzała owacją na stojąco – a właśnie, bo zapomniałem dodać, iż miejsca tym razem były siedzące i numerowane. I szczęście, że nie było supportu, bo pod koniec byłem bliski połamania swojego krzesła – bardzo źle znoszę tkwienie w jednej pozycji. Zaproponowana przez the UK muzyka (nie posiadana przeze mnie, ale częściowo mi znana) to szeroko pojęty rock progresywny z dużymi naleciałościami jazzu, bardzo długimi partiami instrumentalnymi, obfitującymi w popisy solowe muzyków i niewielką w sumie przestrzenią na wokal. Trochę szkoda, że melodyjność głosu Wettona nie do końca została w tym ansamblu wykorzystana, ale w końcu grupa rozpadła się właśnie przez to, że Wetton optował za krótszymi, piosenkowymi formami, podczas gdy Jobson preferował dłuższe i bardziej skomplikowane formalnie kompozycje.


Konferansjerka była raczej skromna i prowadził ją głównie Jobson. Wspomniał, iż w dawnych czasach muzykę the UK można było w Polsce usłyszeć dzięki Piotrowi Kaczkowskiemu (obecnemu na sali) i dziękował Johnowi Wettonowi (który w zasadzie w ogóle nie odzywał się i non stop miał kamienny wyraz twarzy) za wspólne granie. Obyło się bez specjalnych efektów wizualnych – tak się mówi, że less is more, ale the UK nigdy jakiejś wielkiej furory nie zrobili, więc trudno oczekiwać, że nagle będą skakali niczym Bon Jovi na tle fajerwerków. Scenę co jakiś czas spowijało niebieskie lub czerwone światło a w tle wyświetlane były abstrakcyjne projekcje – miejscami można było odnieść wrażenie, że ogląda się jakiś zaginiony odcinek Beat Club (starsi wiedzą, co to). Nie był to może koncert moich marzeń, ale wypełniająca szczelnie Progresję publiczność -przy dość wysokich cenach biletów – potwierdziła, że mimo wszystko pewnego rodzaju muzyka ma u nas wzięcie i nie trzeba być piszczącą pipą z brzuchem na wierzchu, żeby zapełnić salę koncertową. Ciekawe ile jeszcze przed nami pożegnań…



Klatki z komórki cz.84

Skoro dziś czwartek, czas powycierać się po klatkach schodowych. Bo to taka radosna i budująca czynność.


Może na początek cudowny PRL-owski Służewiec.






A w drugiej części cudowny nowoczesny Żoliborz.





Do zobaczenia na okładaniu oczu asfaltem.

środa, 25 lutego 2015

Trójmiejskie neony

Rok temu zdarzyło mi się rzucić paroma neonami z Gdańska, Gdyni i Sopotu. Dziś kolejna porcja na pożegnanie zimowej serii zdjęć trójmiejskich. A już jutro twarde lądowanie na warszawskiej klatce schodowej.


wtorek, 24 lutego 2015

Gdański burdelik zdjęciowy

Zazwyczaj na tym blogu co jakiś czas występuje warszawski burdelik śródmiejski, ale skoro akurat byłem w Danzigu, powstało tam kilka zdjęć, które nie pasują do niczego, więc wrzuciłem wszystkie do jednego wora a teraz wytrząsam - o, proszę.