sobota, 31 stycznia 2015

Helski industrial czyli materiał dla zboczeńców

Oczywiście, chodzi mi o osoby, które zboczą z wyznaczonego szlaku. Zdarzyło mi się niechcący skręcić (albo  nie skręcić) w alejkę, która zamiast na deptak w Helu prowadzi... no właśnie. Miejsce dość niesamowite, nigdy tego nie widziałem live. Uwieczniłem bez narażania życia, zdrowia i znaczków pocztowych.














piątek, 30 stycznia 2015

Wycieczka na koniec Polski - choć według niektórych jest to początek

Już parę lat nie byłem na cypelku-końcu Polski w Helu. Pojawiła się tam bajerancka promenada na palach oraz pomnik, którego treść sugeruje, że to początek a nie koniec kraju. Czyli że "od morza do Tatr" a nie na odwrót. Zapewne górale mają inne zdanie na ten temat, ale nie da się zadowolić wszystkich. Niech zatem zadowoleni zostaną ci, którzy lubią nadmorskie widoczki ze stycznia. Świeżutkie, gorące... a nie, nie było gorąco. Ale jeden z niewielu słonecznych momentów.


czwartek, 29 stycznia 2015

Klatki z komórki cz.80

Ależ ten czas leci - już osiemdziesiąty odcinek cyklu klatexowego. Dziś szczęśliwa trzynastka - bo tyle zdjęć wykonałem na dwóch klatkach. Obie z północy Warszawy.







To wszystko na górze to był Marymont. Na dole natomiast Stare Bielany.







 Do zobaczenia na polewaniu zimną wodą.

środa, 28 stycznia 2015

Kuźnica na Helu - tak, w styczniu, pojechałem na półwysep w styczniu i nic mi nie zrobicie.

Wsiadamy do Pier... Pendolino (faktycznie, jedzie szybko; już jesteśmy z powrotem w latach 90-tych!) i jedziemy do 3city a stamtąd na Hel. Na półwysep. I idziemy na plażę... zaraz, zaraz, no ale jest styczeń. Hm. A co tam, raz się żyje, najwyżej nie będziemy się kąpać.

Ciekawie wygląda letniskowy kurort poza sezonem - zamknięte wszystkie knajpy, ulice puste, promenada także, o plaży nie mówiąc. Ale jodowanego powietrza łyk i człowiekowi od razu lepiej. 


wtorek, 27 stycznia 2015

Widoki z góry na mirowskie mury (i nie tylko)



Mirów wprawdzie jest nieprawdziwą Wolą, ale że są to częściowo moje rodzinne strony, nie mam co narzekać. Pewnego słonecznego, zimowego (acz dość mroźnego, jak na moje standardy, dnia) wdrapałem się na ostatnie piętro jednego z bloków, wciśnietego między resztki wolsko-śródmiejskich kamienic, i sobie pocykałem. Nikt nie protestował, nie wypytywał, nic nie chciał, nie włączał Trubadurów, więc było całkiem okej.