wtorek, 2 czerwca 2015

WHITESNAKE "The Purple Album" (Frontiers, 2015)




-David, wstawaj, znowu obrzygałeś sobie perukę.
- Aaaaaghrgrhrgrhpurple.
- David, od 40 lat nie śpiewasz w Deep Purple, tylko w Whitesnake. Wstawaj, zaraz mamy koncert z okazji Dnia Rzodkiewki w Odrzywole.
- Aaaaaghrgrhrgrhpurple.
- No dobrze, nagramy piosenki Deep Purple, ale wstawaj już, bo sołtys i koło gospodyń wiejskich czekają.
Aaaaaghrgrhrgrhpurple.

***





Oczywiście, mogę być ciut niesprawiedliwy i wcale nie tak musiała wyglądać geneza powstania „The Purple Album”, płyty z nagranymi na nowo przez Whitesnake kompozycjami Deep Purple z okresu, gdy wokalistą tej formacji był David Coverdale, późniejszy założyciel Whitesnake. Utwory oryginalnie znalazły się na płytach „Burn” i „Stormbringer” (obie z 1974 r.) oraz z wydanej rok później „Come Taste The Band”. Jest to dwunasta studyjna pozycja w katalogu Whitesnake.


Nagrywanie po raz kolejny własnych utworów zazwyczaj kojarzy mi się z pewnymi niedoborami finansowymi, tudzież z nadmiarem spożywanych płynów i niedomiarem nowych pomysłów. Można to wszystko Davidowi wybaczyć, bo jest na scenie już ponad cztery dekady, był już hardrockowcem, bluesmanem, hairmetalowcem a obecnie jest stjuningowanym emerytem w panierce legendy rocka. I o ile image Whitesnake śmieszyć może na wielu etapach działalności zespołu, w swoim dorobku mają kilka naprawdę fajnych albumów i ponadczasowych kompozycji na tychże.


Ten nowy krążek ma wiele plusów. Po pierwsze, Whitesnake będzie grać większość tych piosenek na koncertach i dla młodszych fanów będzie to niezwykła okazja, by usłyszeć kompozycje III i IV wcielenia Deep Purple z Davidem Coverdale na żywo. Najsłynniejszy wokalista Deep Purple, Ian Gillan (w Deep Purple 1969-73, 1984-88, 1993-obecnie), którego David Coverdale zastąpił po opuszczeniu przez Gillana formacji po raz pierwszy, odmawia wykonywania utworów, powstałych bez jego udziału. Zatem piosenki Deep Purple mark III i IV z Davidem na wokalu to pewnego rodzaju gratka.


Po drugie, w oryginalnych nagraniach drugim głosem (z aspiracjami do pierwszego) śpiewał Glenn Hughes, którego szczęśliwie tu nie ma, bo choć fantastycznym basistą jest, to jego rozpaczliwe krzyki emerytki, której chuligani rzucili pomidorem w okno, są okropne i – szczególnie w wersjach koncertowych – absolutnie nie nadają się do upubliczniania. W nowych wersjach niektóre partie Hughesa wykonuje Reb Beach – tyleż bezbarwny, co bezpieczny (nie wywołuje drgawek). No i, po trzecie, to nie jest taka zła płyta, choć do autokowerów podchodzę raczej sceptycznie.


No dobra, nie do końca są to autokowery, bo piosenki Deep Purple nagrał zespół Whitesnake, które to formacje obecnie łączy osoba Davida Coverdale. Czy można było te piosenki wykonać lepiej? Jasne że nie, natomiast można było je dokumentnie spieprzyć, czego w większości przypadków formacja boskiego Davida uniknęła. Nie ukrywajmy jednak, że o ile muzycy, występujący w oryginalnych utworach tworzyli swoje własne, dystynktywne style grania, to zatrudniani przez Davida instrumentaliści, choćby nie wiem, jak się starali, brzmieć będą po klezmersku. Na „The Purple Album” paradoksalnie najlepiej widać klasę Ritchiego Blackmore’a, Jona Lorda i Iana Paice’a, czyli nieobecnych w nowych wersjach muzyków Deep Purple (Lord od pewnego czasu jest nieobecny w ogóle). Partie gitar rzadko mają jajo, bas jest średnio słyszalny a perkusista Whitesnake jest przy Ianie Paice niczym kiełbasa parówkowa na półce z wibratorami u Beate Uhse. Klawiszowca praktycznie nie ma – niektóre, ale bardzo nieliczne, partie organów odgrywa muzyk sesyjny i jest to albo schowane głęboko w miksie, a jak nie, to i tak niezupełnie warte słuchania.Brzmi, jakby nagrał to zaprogramowany komputer.


Niektóre piosenki zostały uwhitesnakeowione, czyli lekko komercyjnie zmetalizowane i zaopatrzone w pudlowe chórki – w tej grupie wyróżnia się zdecydowanie „Stormbringer”, „Burn” i „Lady Double Dealer”. Kombinowanie z aranżacją ciekawie wyszło w „Sail Away” – oparta na masywnym riffie kompozycja została przekształcona w zasadzie w akustyczną szantę. W „Might Just Take Your Life” bottleneckowy początek nieco myli wroga, acz potem jest już normalnie (szkoda jedynie, że bez klawiszy). Z jakimś tam szacunkiem dla oryginału, ale ze wzmocnieniem, wykonano balladowe „The Gypsy” i „You Keep On Moving”. Zdecydowanie tracą bałaganiarskie „You Fool No One” i „Lady Luck”, w których Ian Paice oryginalnie bębnił z fantastycznym drivem a białowężowy Tommy Aldridge gra potwornie kwadratowo i bez polotu. A na kilka piosenek, moim zdaniem, nie było ciekawego pomysłu i po prostu odegrano je tak, jak się udało odegrać („Love Child” i, niestety, bardzo rozczarowujące „Soldier Of Fortune”). Niespodzianką absolutną jest nagranie „Holy Man”, które oryginalnie wykonywał w całości Glenn Hughes – tu śpiew Coverdale’a zastępuje go chyba lepiej niż w oryginale. Chyba nie muszę dodawać, że fakt iż nie jest Glennem Hughesem, jest podstawową zaletą.


Oczywiście, głos Davida Coverdale, skoro już o nim mowa, nie brzmi tak samo, jak czterdzieści lat temu. I nie należy z tego czynić zarzutu – w momencie nagrywania płyt z Deep Purple wokalista miał lat dwadzieścia, teraz ma ich sześćdziesiąt. I tak dobrze śpiewa, porównawszy obecne wyczyny choćby Roberta Planta. Tonacja niektórych kompozycji została dyskretnie obniżona, co by DC mieścił się w odpowiednich rejestrach. Deep Purple zazwyczaj mieli utwory dość forsowne zarówno instrumentalnie i wokalnie, i o ile nie musi stanowić to wielkiego problemu dla gitarzysty czy klawiszowca – chyba że akurat umrze – to wokalista jest tu na straconej pozycji. Uwagę zwracają niezwykle dopracowane chórki w wykonaniu gitarzystów i basisty.


Wersja podstawowa płyty zawiera trzynaście nagrań – „Lady Luck” i „Comin’ Home” pojawiają się jako bonusy w wydaniu poszerzonym. W tymże słuchacz otrzymuje (a w zasadzie kupuje dodatkowo za ciężkie pieniądze) DVD. Zawiera ono cztery teledyski – w większości dość sztampowe, ale przy „Stormbringer” chłopaki się postarały i wyszło naprawdę zabawnie, choć domyślam się, iż nie było to zamierzone przez artystów. Poza tym na DVD jest program „Behind The Scenes”, w którym muzycy opowiadają, jak powstawała płyta, oraz coś o tytule „The Purple Album EPK”, stanowiące skróconą wersję programu „Behind The Scenes”… po co? Nieważne, wódki. We wkładce David najpierw opowiada po raz sześćsetny, dlaczego nagrał płytę (opowiada o tym również na DVD), a także komentuje nagrane na nowo purplowe utwory. I co? I tyle, fajnie byłoby posłuchać tego na żywo. PurpleSnake Tour na razie nie ma w planach Polski, ale Whitesnake dawno już u nas nie grali (ostatnio z okazji wydania płyty „Good To Be Bad” w Stodole), a więc hirajgołegę i zapraszamy.


2 komentarze:

  1. Ciekawie mi się czyta Twoje artykuły okołomuzyczne, szczególnie gdy w ogóle nie wiem, o czym piszesz (tzn. nie znam twórczości opisywanych artystów).

    Po czym odpaliłem "Stormbringera" i okazało się, że oczywiście piosenkę znam :-) tylko za cholerę nie pamiętałem tytułu.

    OdpowiedzUsuń
  2. A niech chłopaki nagrywają. Jak ludzie chcą słuchać, to czemu nie. Wódki nigdy za wiele! Poza tym, jeśli David ma jeszcze siłę i zdrowie, to niech śpiewa, tym bardziej, że towarzystwo już powoli się wykrusza.

    OdpowiedzUsuń