wtorek, 3 lutego 2015

LORDI Progresja 1 lutego 2015


Informacja dla osób o tak zwanym dobrym albo wręcz wyrafinowanym guście – nie czytajcie dalej. A jeśli jesteś uparci, odpalcie klip poniżej.





Lordi to jedyny zespół rockowo-metalowy, który wygrał Eurowizję. Poznałem ich nieco wcześniej, w okolicy wydania debiutu, Get Heavy, i od tamtej pory zapoznaję się z kolejno wydawanymi płytami. Obawiałem się nieco, iż cały ten sztafaż, przebieranie się za potwory i maksymalnie głupie teksty piosenek (durniejsze ma chyba tylko Steel Panther) w dość szybkim czasie przejedzą się, ale najwyraźniej grupa broni się przebojowymi melodiami, skoro cały czas funkcjonuje, wydaje nowe płyty i gra koncerty.


W Polsce fani rocka i metalu nie wykazują się szczególnym poczuciem humoru – o ile na zespoły grające, nazwijmy to, luźniej albo wręcz pastiszowo, w Niemczech czy Skandynawii chodzą tłumy, u nas furorę robią raczej dziwne formacje, u których myślą przewodnią jest podkreślanie w tekstach albo jakiegoś niesamowitego cierpienia, albo udzielanie porad, jak z tego cierpienia wyjść (w niektórych przypadkach wystarczy węgiel i herbatka z mięty), natomiast przebojowość pojmowana jest jako szczyt obciachu. I wcale nie świadczy to, moim zdaniem, o tym że Polacy mają wielce wysublimowane gusta (vide dyskusja o rodzimych kabaretach we wpisie u lavinki) a nasi bracia zza Odry to tylko piwo, tandeta, kiełbacha i krasnale w ogródkach. Jest ździebko inaczej, ale to temat na inną dyskusję.


Przed Lordi pojawiły się, niestety, aż dwa supporty – na pierwszy (Palace) szczęśliwie się spóźniłem i wysłuchałem jedynie trzech ostatnich utworów, będących mieszanką inspiracji Helloween, Accept, Iron Maiden, Krzysztofem Krawczykiem oraz totalnej bezradności. Druga grupa (Sinheresy), z wokalistką i niewiarygodnie grubym wokalistą na czele, była fantastyczna – dawno tak się nie śmiałem. Pan próbował growlować i jakoś mu tam to nawet wychodziło, natomiast dziewczątko piszczało, fałszując niemiłosiernie, niczym sierotka pod bombardowanym kościołem. Dziewczyna jednocześnie była ubrana, no, dość letnio, i machała rączkami, jak gdyby próbowała złapać na stopa ciężarówkę. Im bardziej podnosiła głos, tym bardziej wyraziste były fałsze. Po którymś z utworów popłakałem się ze śmiechu. Same kompozycje nie były nawet złe i gdyby zaśpiewał je ktoś, kto śpiewać potrafi, podobałyby się. Ale cóż.





Parę minut po wpół do dziewiątej na scenie pojawiła się stewardesa. Nowy album Lordi nosi tytuł „Scare Force One” i nieco nawiązywały do tego dekoracje, stroje chórzystek i inne defekty specjalne. Próbowałem podejrzeć wcześniej w necie tegoroczną setlistę, ale nie udało mi się. Dopiero wokalista oświecił mnie podczas jednej z zapowiedzi, iż jest to pierwszy koncert nowego tournee. Grupa – mimo niskiej frekwencji, bo u nas nie chodzi się na tego typu zespoły (acz i tak było lepiej niż na poprzednim koncercie Lordi w Warszawie kilka lat temu) – została przyjęta gromkim rykiem i brawami a publiczność bawiła się doskonale, tworząc nawet mini-kocioł pod sceną. Naturalnie, promowany był nowy album, zatem zespół sięgnął po utwór tytułowy, zaraźliwie przebojowe Hell Sent In The Clowns, było też How To Slice A Whore, Monster Is My Name, Nailed By The Hammer Of Frankenstein i bodajże United Rocking Dead. Ze starszych piosenek były, rzecz jasna, przeboje – prócz eurowizyjnego Hard Rock Hallelujah usłyszeliśmy Who’s Your Daddy, Devil Is A Loser, Would You Love A Monsterman, Snows In Hell, Deadache, Man Skin Boots, This Is Heavy Metal i parę innych kawałków wybranych z różnych płyt (najmniej było z debiutanckiego albumu i nie do końca był to, moim zdaniem, trafny wybór, ale trudno, to nie ja gram w zespole Lordi i wybieram piosenki na trasę). Muszę pochwalić grupę za profesjonalizm i brzmienie. Po pierwsze, dźwięk był bardzo dobry (choć to, jak brzmiały supporty, wprowadziło mnie w stan lekkiego niepokoju). Po drugie, formacja szarpnęła się na aktorów na scenie, zorganizowała krótkie scenki z wyjmowaniem wnętrzności z jakiejś pani (wnętrzności te okazały się kabanosami, rzuconymi potem w publiczność), z gryzieniem w głowę piastunki przez diabelskiego niemowlaka, zabawą z kościotrupem, fruwającą czaszką, karłami okładającymi się kijami itp. Na szczęście każdy z przerywników trwał minutę, po czym zespół wracał do gry. Rozumiem, że muzycy, schowani pod gumowo-lateksowymi kostiumami muszą mieć chwilę oddechu, szczególnie że występ trwał ponad półtorej godziny.


Być może nie jest to faktycznie rozrywka lotów najwyższych, ale nie obiecam, że z taką samą radością zażyję odczytu dzieł Nietschego przy akompaniamencie twórczości Rachmaninowa (aranżacja na otwieracz do butelek i gumę do majtek, żeby było minimalistycznie i organicznie) a następnie połączę się w łańcuchu światłych dusz, odśpiewując z Filharmonią zremiksowaną, wydłużoną maksisinglową wersję 4:33 Johna Cage’a. Raczej pójdę na kolejny koncert Lordi.







PS: Mam nową czapeczkę.








Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza