czwartek, 31 lipca 2014

To może trochę dekoracji i takich innych małych bzdecików, których nikt nie zauważa

Pałac Prezia Dętki.

A to jakiś kościół. Św. Jacek? Nie pamiętam. Za mało wódki.

A to Żurawia. Co widać na obrazku.


Michał przy Puławskiej.

Batory.

Franciszkanie nowomiejscy.

Sapiehowie.

Zakroczymska.

Freta.

A to było jakieś dziwne miejsce i oczywiście skleroza...

Poznańska.

Nowolipki.

środa, 30 lipca 2014

Warszawa w piosence XXXVIII

Dziś nieco polskiej klasyki:

Bo mój chłopiec piłkę kopie (Maria Koterbska)

Czarny Ali-Baba (Helena Majdaniec & NC)


Czerwony autobus (Andrzej Bogucki)

Do dna (Halina Mlynkova)

Kolorowe kredki (Fasolki)

Najwięcej witaminy (Andrzej Rosiewicz)

Obmyślam nowy plan (Sedes)

Pamiętaj mnie (Varius Manx)

Przeklnę cię (Barbara Krafftówna & Bohdan Łazuka)

Video (2 plus 1)

wtorek, 29 lipca 2014

KANSAS Progresja 22 lipca 2014









Zespół Kansas obchodzi czterdziestolecie istnienia. Z tej okazji odbywa się trasa, podsumowująca owe cztery dekady. Dodatkowo z pracy w grupie rezygnuje od połowy sierpnia wieloletni śpiewający klawiszowiec, Steve Walsh, którego zastąpi nowy muzyk. Tym bardziej warto było zobaczyć ten skład, usłyszeć na żywo choćby „Dust In The Wind” i uronić łezkę nad odchodzącymi w niebyt zespołami, które lata świetności miały dawno temu a nie pojawili się godni następcy.


Ale od początku: koncert odbył się w nowej siedzibie klubu Progresja, tuż przy Forcie Wola. Byłem w naprawdę wielkim szoku, bo o ile wiele mogłem złego powiedzieć o wystroju, rozmiarach i samym umiejscowieniu starej Progresji, to nowa jest jej zaprzeczeniem. Są dwa barki, dużo toalet, dwie sceny (mała i duża, w tym duża dorównująca wielkością tej w Stodole) i przede wszystkim dogodny dojazd do innych części miasta. Zwłaszcza jeśli chodzi o powrót po koncercie.


Występ Kansas rozpoczął się punktualnie o 20:00 i trwał półtorej godziny. Zespół, zgodnie z założeniami trasy rocznicowej, przygotował swoiste „greatest hits”, choć ze względu na krótkość trwania koncertu, nie uwzględniono niektórych popularnych nagrań. Instrumentaliści byli w doskonałej formie a publiczność szalała, entuzjastycznie przyjmując nie tylko kolejne utwory, ale i niektóre partie solowe. Jednocześnie od pierwszych taktów drugiego utworu (wstęp był instrumentalny) słychać było, iż decyzja Steve’a Walsha o opuszczeniu grupy jest jak najbardziej słuszna. Lata rockandrollowego życia robią swoje i facet po prostu ledwo zipał. Gdy próbował uderzyć w te same dźwięki, co 30 lat temu, z głośników wydobywało się pianie chorego koguta, względnie beczenie owcy. Strasznie przykry efekt dla uszu, no i przykry w ogóle, bo nie ma się co śmiać – większość z nas właśnie tak będzie się prezentować na stare lata a Steve Walsh zaczął tracić głos już dobre dwie dekady temu, czyli w okolicach pięćdziesiątki. Już wydany w 1992 album koncertowy "Live At The Whisky" krytykowany był za kiepską formę wokalisty, który wówczas lubował się nie tylko w whisky, ale i w innych substancjach, co w rezultacie doprowadziło do trwałego uszkodzenia strun głosowych.


Tak w ramach dygresji dodam, że są wokaliści, którym głos nie zepsuł się bardzo i śpiewają (lub do ostatnich lat życia śpiewali) doskonale. Na przykład ś.p. Ronnie James Dio czy - z żyjących - wokalista Saxon Biff Byford, Bruce Dickinson z Iron Maiden albo, z rodzimego podwórka, Marek Piekarczyk (TSA) czy Krzysztof Cugowski (wiadomo). A z drugiej strony jest choćby Robert Plant... pomijam tych, którzy na żywo śpiewać nigdy nie umieli a teraz nie umieją jeszcze bardziej (np. Bernard Sumner z New Order).

 

Wracamy do koncertu Kansas: Trzy kawałki były z drugiej płyty, „Song For America” (Down The Road, Lamplight Symphony i tytułowy), z „Masque” Mysteries and Mayem i oczywiście Icarus - Borne On Wings of Steel. Najwięcej - rzecz jasna - numerów reprezentowało album „Leftoverture” (Carry On Wayward Son, The Wall, Miracles Out Of Nowhere, Cheyenne Anthem), z “Point Of Know Return” nieśmiertelne Dust In The Wind i tytułowy, z “Audio Visions” przebojowe Hold On, z “Drastic Measures” odśpiewane chóralnie z widownią Fight Fire With Fire i jeszcze parę innych kawałków z lat siedemdziesiątych. Dla zainteresowanych cała setlista tutaj.






Nie pojawiło się nic z debiutanckiego albumu. Nie były także przedstawione utwory z „Monolith”, „Vinyl Confessions” (a szkoda, zabrakło mi  Play The Game Tonight), „Power”, „In The Spirit Of Things”, “Freaks Of Nature” ani z ostatniego jak dotąd albumu z 2000 r., „Somewhere To Elsewhere” (tu także ciężko mi było przełknąć brak Icarus II, zwłaszcza że grali to na poprzednim tournee). Czyli zespół odciął się od całej swojej twórczości po 1986 roku.


Wprawdzie przedstawiciel organizatora koncertu zachęcał publiczność do ciepłego przyjęcia grupy, ale tak naprawdę nie musiał tego robić – owacje chyba miło zaskoczyły i sam zespół. Czasem, gdy oglądam współcześnie rejestrowane koncerty starszych gwiazd, słychać po każdej piosence parę pojedynczych klapnięć w łapki. Natomiast na koncercie Kansas w Progresji reakcje były wręcz euforyczne. Nie wiem czy jest to spowodowane tym, iż nie zawsze publiczność jest dobrze nagrana na wydawnictwach koncertowych, czy tym, że zgniły imperialistyczny zachód miał takie atrakcje aż do przesytu a Kansas dopiero po raz pierwszy dotarł do naszego kraju.


Mam nadzieję, że wraz z przyjęciem nowego muzyka formacja zabierze się wreszcie za nową płytę. Ostatnia była bardzo piękna, ale wyszła już czternaście lat temu. A czas płynie tylko w jednym kierunku. All we are is dust in the wind, że się tak wyrażę.



poniedziałek, 28 lipca 2014

To może drobny spacerek do parku im. Żeromskiego

W Warszawie, jak wiemy, jest mało zieleni i drzew, ale te rachityczne resztki, które zostały w nielicznych parkach, pozwalają na schowanie się przed słońcem, którego tak bardzo pragną Polacy, dopóki go wreszcie nie dostaną i potem na nie mogą narzekać. A w parku jest o tak:











niedziela, 27 lipca 2014

Kilka oldksulowych napisów

Pewnie za jakiś czas część szlag trafi, ale co zrobić...








sobota, 26 lipca 2014

Śmiech to zdrowie czyli wystawa w Muzeum Karykatury

Jako dzieciak często czytałem "Szpilki". Później także i bardziej przaśną, ale i tak sympatyczną "Karuzelę". Regularnie też odwiedzałem Muzeum Karykatury przy Koziej. No i lata minęły, oba pisma padły a moje wizyty w śmiechowym przybytku także się mocno ograniczyły. Ostatnio można tam oglądać wystawę o mass mediach, na której całkiem mi się podobało. Prace są z różnych lat, różnego autorstwa, jedne bardziej śmieszne, inne mniej. Kilka na zachę... przepraszam.











A w ogóle wielkie brawa za jedną małą naklejkę na drzwiach wejściowych: