czwartek, 31 października 2013

Klatki schodowe czterdzieści i cztery

Jako że dziś staropolskie, słowiańskie obchody Dnia Świętego Halołina, postraszę zebranych klatkami schodowymi, których czterdziesta czwarta odsłona zacznie się od...

...Golędzinowa.





Przelecimy teraz szybko przez wysokopienny Muranów...



...i zakończymy na ulubionym Powiślu.





Komu niestraszne klatki schodowe, zapraszam na Bemowo - tam czai się Wielka Sztuka...

środa, 30 października 2013

IRA Stodoła 17 października 2013





Jak już kiedyś wspomniałem, nie jestem entuzjastą okresu w działalności radomskiej grupy, który był jednocześnie pasmem jej największych sukcesów. Przeboje Iry z lat 90 typu „Bierz mnie”, „Wiara” czy „Nadzieja” zawsze powodowały, że wyłączałem radio, gdy leciały, albo przełączałem kanał w telewizorze na cokolwiek innego. Natomiast bardzo sympatycznie jawi mi się twórczość Iry po powrocie na scenę jakieś dziesięć lat temu – szczególnie miło słucha mi się ich twórczości od albumu „Ogień”, na którym grupa wypracowała sobie coś w rodzaju nowego brzmienia – taki lekko podkręcony pop rock, czasem łagodniejszy, ale nie stroniący też od riffów i solówek. No i – czego brak w większości tzw.muzyki popularnej – przebojowy. Można się z Iry śmiać, że „rock rolniczy” (jak to kiedyś określono), że przaśne i że demode, niemniej wolę już siermiężną Irę niż stękanie trędi gwiazdek nowoczesnej wokalistyki, którego nie sposób zapamiętać.


Ponieważ Ira akurat pojawiła się w Warszawie na koncercie i nie był to koncert akustyczny (te omijam szerokim łukiem), z przyjemnością poszedłem nań i nie rozczarowałem się. Zespół jest w trakcie promocji swojego dziesiątego krążka, zatytułowanego oryginalnie „X”. Def Leppard też zatytułowali swoją dziesiątą płytę „X”, ale przyznać muszę, że propozycja Iry wypada o wiele bardziej korzystnie, nawet jeśli przełknie się fakt, iż poprzednia płyta polskiej formacji nosiła tytuł „9”. Ciekawe czy następną nazwą „Virtual XI”.

Koncert zasadniczy poprzedziły dwa supporty, o których chciałbym jak najszybciej zapomnieć - nawet wypite w Stodole piwo nie zneutralizowało zniszczeń, jakie doznała moja estetyka po obu tych występach. Miałem problem ze stwierdzeniem, który z zespołów jest który, ale w zasadzie poziom prezentowały bardzo podobny. Być może, gdyby pokombinować i stworzyć z nich jeden ansambl, byłoby lepiej. Pierwszy z nich (i był to chyba Clock Machine) przypominał nieco zespoły licealne, które czasem występują na zakończenie szkoły, bo i tak nauczyciel muzyki nie obniży im już ocen. Było to rytmiczne łupanie, kompozycyjnie obracające się gdzieś między zespołami grunge’owymi (w tej bardziej dynamicznej odsłonie) a tworami typu RATM – nudne, monotonne kawałki ratował tylko przyzwoity wokalista. Tłok w barze (a nie pod sceną) chyba najlepiej odzwierciedla zainteresowanie grupą. Zawsze staram się obejrzeć – z ciekawości poznawczej – supporty, bo czasem zdarzają się fajne perełki, ale tu po czterech kawałkach bez wyrzutów sumienia opuściłem salę. Wróciłem na drugi support, którym był The Colonist. Każdy z muzyków wyglądał jak z innej bajki: jeden niczym z kapeli death metalowej, inny z alternatywnej kapeli garażowej, jeszcze jeden z klubu „Błękitna ostryga” lub z przyspieszonej imprezy na Halloween… panowie zaprezentowali twórczość teoretycznie zbliżoną do repertuaru głównej gwiazdy, czyli w miarę melodyjny pop rock (chwalą się wpływami Creed i Nickelback, ale to nie do końca prawda) – niestety, tym razem wszystko kładł wokalista (ów nie był za nikogo przebrany), który nie radził sobie z intonacją i śpiewał wszystko na jednym dźwięku, tak jakby dysponował połową oktawy. Oczywiście, chłop po trzech kawałkach był już wyraźnie zmęczony (publiczność chyba też) i śpiewał coraz gorzej… nie wiem, może miał słaby dzień, ale słuchało się tego naprawdę niedobrze. Gdyby wstawić wokalistę poprzedniego zespołu do muzyków tego drugiego, może by było lepiej.


Na szczęście po dwóch (po cholerę aż dwóch) rozgrzewaczach na scenie pojawiła się bez zbędnych ceregieli Ira i zagrała od razu bez trzymanki połowę najnowszej płyty. Poleciały kolejno najlepsze z niej, dynamiczne kompozycje: „Gniew”, „Pretty baby” (znacznie zyskujące w wersji live), „Taki sam”, „Uciekaj” (dwie moje ulubione piosenki z ostatniego krążka, z chóralnymi, „stadionowymi” refrenami), a także nowy singiel „Styks”. Na koniec koncertu zespół zachował, na szczęście, straszliwą balladę „Szczęśliwa” – na szczęście, bo wyszedłem, nie usłyszawszy jej, podobnie jak zupełnie niepotrzebnej przeróbki „Venus” Shocking Blue (wersja Bananaramy miała więcej jaj), „Bierz mnie” i „Nadziei”. Bardzo się cieszę, że akurat te utwory Ira gra na końcu – mogę z czystym sumieniem wyjść przed końcem koncertu, wiedząc że nic mnie nie omija. Przecież i tak wiadomo, że Ira skończyła się na „Kill’em All”.

Poza solidną reprezentacją bieżącego longplaya formacja zaprezentowała, oczywiście, best of z lat zamierzchłych („Mój dom”, „Wiara” oraz to, co wymieniłem powyżej), z lat współczesnych („Mocny”, „Nie daj mi odejść”, „Parę chwil” i masakrycznie słabą, acz niestety będącą dużym przebojem kompozycję z poprzedniej płyty, „Dlaczego nic”), dwie pieśni z solowych płyt Artura Gadowskiego („Ona jest ze snu”, „Szcześliwego Nowego Jorku”) oraz zaśpiewaną – zapewne, by lider mógł odpocząć – przez gitarzystę Piotra Koncę „Proud Mary” z repertuaru Creedence Clearwater Revival w fajnej, hardrockowej wersji. Publiczność domagała się wprawdzie utworu „Znamię”, ale wokalista już po paru okrzykach uprzedził, że „nie dziś”. Osobiście żałowałem, że nie było „Jestem obcy” z płyty „Ogrody”, ale wszystkiego mieć nie można. Artur Gadowski zwrócił się w pewnym momencie do ludzi, żeby nie wrzeszczeli „nap…lać”, po czym pięć minut potem gitarzysta zaproponował publice, żeby „troszeczkę ponap…lać” – chyba panowie nie prowadzą wspólnej polityki, jeśli idzie o konferansjerkę.



Grupa była w doskonałej formie – szczególnie popisywał się na scenie wspomniany Konca, mający zapędy gwiazdorskie, ale pewna dawka showmaństwa musi w tym interesie być. Poza tym Konca sprawnym gitarzystą jest, także nie ma co chłopakowi żałować. Artur Gadowski śpiewał bardzo dobrze, choć do dziś nie mogę się przekonać do jego aktualnego imidżu, ale to sprawa drugorzędna. Muzycy robili chórki, było czysto i profesjonalnie, ale z energią i pasją. I na tym dobra zabawa polega.

Wbrew moim obawom, jakie miałem na początku imprezy (przy pierwszym supporcie), Stodoła wypełniła się całkiem szczelnie i nie odnotowałem jakichś szczególnych przypadków pijaństwa, jakie niestety czasem miewa miejsce na różnych imprezach (fakt, że poziom piwa dorównywał poziomowi supportów a 10 zł za pół litra moczu to dość wygórowana cena). Czyli że istnieje jeszcze część społeczeństwa, która chce iść na płatny koncert nie po to, żeby się nawalić i obeżreć grillowaną karkówką. Jakie to budujące.


W bielańskim klasztorze

Mam jakiegoś pecha do klasztoru na Bielanach. Co chciałem zrobić w nim zdjęcia, to albo był w remoncie i część była zasłonięta, albo był zamknięty, albo odbywała się jakaś uroczystość... w końcu dnia pewnego pięknego udało się nie dość że wejść, to jeszcze zrobić zdjęcia i nie zostać wygonionym. Klasztor robi wrażenie, jak każde barokowe cacuszko. Proponuję krótkie zwiedzanie.













wtorek, 29 października 2013

"Żoliborz artystyczny"

Specjalnie wziąłem to w cudzysłów, bo nie chodzi o opiewanie znanych przedstawicieli sztuki, zamieszkujących Żoliborz, ani ich dokonań, tylko o nowoczesne osiedle mieszkaniowe, powstające przy Powązkowskiej, niedaleko Elbląskiej.

Do owego artyzmu żoliborskiego nawiązywać mają nazwy alejek między blokami. Osiedle ma być otwarte i posiadać tzw. przestrzeń publiczną w postaci knajpy (już jest namiastka), spacerniaka, zieleni, oraz płynącej tu i ówdzie wody (jeśli będzie awaria rur, przewidziane są także inne atrakcje).

Na razie powstał sam środek osiedla, bloki "się robią" a dość fajnym obiektem jest pawilon dewelopera - niestety, tymczasowy, bo i na jego miejscu stanie blok.

Zobaczymy, jak to wszystko wyjdzie w praniu, ale można chyba liczyć na coś lepszego niż obetonowane i zamknięte drutem kolczastym "Rezidęs".











A kto chętny, by obejrzeć wizualki - są w necie. Ja uwierzę, gdy zobaczę.

poniedziałek, 28 października 2013

Z Żoliborza ujęć kilka (znów)

Ponieważ, co już wspominałem wielokrotnie ("Znacie? Znamy! To posłuchajcie..."), po Żoliborzu - i to nie tylko tym pięknym, klasycznym, wuesemowskim - spaceruję dość często, wracając pieszo do domu  - nie, nie, mam kartę miejską, ale lubię spacerować - to siłą rzeczy pojawiać się będą zdjęcia z tych spacerów, bo zazwyczaj mam przy sobie aparat i, co więcej, robię nim zdjęcia.

Dziś znów mieszanka z kilku spacerów żoliborskich.


Aleja Wojska Polskiego.

Niszczejąca wiata na Przasnyskiej, pamiętająca co najmniej Edwarda Gierka. Kiedyś była stara, dziś jest wintydżowa i oldskulowa.

Detalik z Duchnickiej.

A to już nowa zabudowa Powązkowskiej. W tle osiedle, na miejscu którego stał "Ciech" a za mną po lewej (niewidoczne w kadrze) osiedle "Żoliborz artystyczny, z którego jutro więcej fotek - z placu budowy, znaczy.


Zajrzymy też do parku im. Żeromskiego.


Chmury na rogu Mickiewicza i Zajączka.

Tu było - za tym liściem - kino "Elektronik".

Wystawiona na sprzedaż modernistyczna zabudowa okolic dworca Warszawa Gdańska.


Na koniec widoki z okolic placu Lelewela.